Jak bumerang powraca pomysł wprowadzenia w Polsce pochodnych bezwarunkowego dochodu podstawowego – zdaniem liberałów takie „rozdawnictwo” pieniędzy przyczyni się do wyniszczenia rynkowej gospodarki.

Całkiem niedawno na łamach naszego portalu opublikowaliśmy tekst „Koronasocjalizm”, w którym przedstawiliśmy m.in. pomysł wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego (BDP), coraz częściej postulowany przez lewicę, ekologów i socjaldemokratów. W rozmowach z nami inicjatywę tę poparli poseł Maciej Konieczny (Lewica Razem), twórca „Nowego Obywatela” Remigiusz Okraska i wykładowca uniwersytecki Tymoteusz Kochan. W ostatnich dniach do grona zwolenników socjalnego narzędzia dołączyła Związkowa Alternatywa socjalistycznego działacza Piotra Szumlewicza.

Czytaj też: „Koronasocjalizm”

„Rząd przekazuje dziesiątki miliardów złotych firmom, również tym, których kondycja jest bardzo dobra, a nie dba o ludzi, którzy utracili środki do życia. W naszej opinii znacznie ważniejszym zadaniem władz jest wsparcie dla żywych ludzi niż niedziałających firm” – napisali w przygotowanym oświadczeniu związkowcy.

Marzeniem aktywistów jest przyznanie Polakom minimalnego dochodu gwarantowanego (MDG) w wysokości 1500 zł netto. Pieniądze miałyby trafić do osób, które straciły dochody lub ich wynagrodzenie spadło poniżej tego progu. Przedstawione przez lewicowców rozwiązanie odbiło się szerokim echem w mediach. Entuzjazmu dla niego próżno jednak szukać u ekonomistów i liberałów.
Zarobek, a nie dochód

Doktor ekonomii Arkadiusz Sieroń, ekspert Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa, uważa, iż państwo może nie być w stanie poradzić sobie z tak dużymi wydatkami budżetowymi, które niesie wdrożenie BDP lub pokrewnego mu MDG.

– Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa zaproponował wprowadzenie minimalnego dochodu gwarantowanego w wysokości 1500 zł netto dla wszystkich osób dorosłych. Propozycję tę – podobnie jak koncepcję bezwarunkowego dochodu podstawowego – oceniam negatywnie. Jak pisałem kilka lat temu w tekście na temat bezwarunkowego dochodu podstawowego „Money for nothing”, bezwarunkowy dochód podstawowy w wysokości raptem 500 zł co miesiąc kosztowałby 180 mld zł rocznie. Zatem koszt programu przewidującego wypłaty w wysokości 1500 zł kosztowałby 540 mld zł, czyli około 25 proc. PKB – wyjaśnia „FiM” ekonomista.

Sieroń podkreśla, że choć związek zakłada jedynie, aby państwo wyrównywało (!) wynagrodzenie do 1500 zł i tak nie zmienia to sytuacji.
– Oczywiście, autorzy koncepcji mówią o minimalnym dochodzie gwarantowanym, nie o bezwarunkowym dochodzie podstawowym, czyli obywatele dostawaliby jedynie wyrównanie do 1500 zł, a nie całą kwotę – tłumaczy. – Koszt takiego programu byłby zatem istotnie niższy, gdyż byłby on skierowany jedynie do osób zarabiających poniżej 1500 zł. Pod tym względem jest to lepsza propozycja niż bezwarunkowy dochód podstawowy. Niemniej wciąż oceniam ją negatywnie.

Zdaniem eksperta takie rozwiązanie niesie uboczne skutki społeczne m.in. takie, jak rozleniwienie pracowników.

– Płacenie ludziom pieniędzy za nic mogłoby w długim terminie osłabiać ich motywację do pracy, negatywnie oddziałując na podaż pracy. Warto także zwrócić uwagę, że istnieją już obecnie narzędzia mające na celu ochronę pracowników. Jest to, po pierwsze, płaca minimalna, która de facto pełni funkcję minimalnego dochodu gwarantowanego. Po drugie, funkcjonują przecież zasiłki dla bezrobotnych. Lepszym zatem pomysłem byłaby ewentualnie jakaś zmiana ich parametrów na czas kryzysu wynikającego z epidemii, niż wdrażanie kolejnego programu socjalnego. To, z czego bierze się wzrost gospodarczy, to wzrost produktywności generowany przez firmy prywatne. Dlatego nie mogę się zgodzić z opinią Związkowej Alternatywy, że „znacznie ważniejszym zadaniem władz jest wsparcie dla żywych ludzi niż niedziałających firm”. Co z tego, że ludzie będą mieć minimalny dochód gwarantowany, gdy firmy poupadają? Na dłuższą metę ludzie potrzebują zarobku, a nie po prostu dochodu – kontynuuje swój wywód zwolennik leseferyzmu.

Według dr. Sieronia istnieje lepszy sposób na uporanie się z postkoronawirusowym kryzysem niż propozycje Szumlewicza.

– Dużo lepszym pomysłem na zwiększenie dochodu rozporządzalnego obywateli byłoby podwyższenie kwoty wolnej od podatku. Instytut Misesa w ramach swojej tarczy antykryzysowej rekomenduje właśnie raczej umorzenie i obniżenie podatków: zarówno dla firm, jak i pracowników – konkluduje.

Płaca za pracę

Propozycja Związkowej Alternatywy nie jest również do przyjęcia przez zwolenników popularnego w Polsce ruchu konserwatywno-liberalnego (tzw. kolibrów).

W rozmowie z „FiM” pomysł wprowadzenia minimalnego dochodu gwarantowanego krytykuje lider koliberalnej partii Unia Polityki Realnej (UPR), poseł na Sejm VIII kadencji Bartosz Jóźwiak. Polityk uważa, że MDG zbytnio obciąży Skarb Państwa.

– Dochód minimalny, w normalnej gospodarce, to w zasadzie płaca czy też suma różnych płac. I to płace, wynikające z konkretnych stosunków pracy, winny być jedynym elementem dochodu. Jakakolwiek ingerencja o charakterze interwencyjnym, wprowadzana przez państwo, spowoduje zepsucie rynku pracy i generalnie systemu gospodarczego, poprzez nadmierną ingerencję. Przyniesie także ogromne koszty budżetowe – ocenia polityk. – W efekcie, aby temu sprostać i uniknąć przekroczenia konstytucyjnych progów ostrożnościowych, państwo będzie musiało zwiększyć dochody budżetowe. Nie zakładam kreacji pieniądza, bo to jest rodzaj strzału w kolano; ale nieraz widzieliśmy u polityków i takie pomysły, więc nie jest to wykluczona droga – przewiduje.

Analizując propozycję Szumlewicza pod kątem zwiększenia fiskalizmu, Jóźwiak przedstawia kilka liberalnych instrumentów, służących faktycznemu zwiększeniu dochodów Polaków.

– W dzisiejszej sytuacji zwiększenie różnego rodzaju form fiskalizmu w efekcie uderzy najpierw w pracodawców, w firmy, a na końcu w pracowników i konsumentów. Finalnie znów wszyscy złożymy się z własnych pieniędzy na redystrybucję tych samych pieniędzy do nas samych (tyle że pomniejszonych o koszty obsługi wygenerowane przez państwo). To jest rozwiązanie absurdalne, które jedyne co gwarantuje, to jeszcze mocniejsze uzależnienie nas od państwa i większe finansowe straty finalne (wszak państwo za obsługę przelewania z wiadra do wiadra tych samych naszych pieniędzy, uszczknie z nich na obsługę przelewania; a kiedy państwo dokonuje tego przelewania, wody zawsze jakoś dziwnie ubywa). Jedynym logicznym sposobem na zwiększenie dochodu minimalnego jest stymulacja rozwoju gospodarczego przez ograniczenie fiskalizacji, cięcie kosztów stałych pracy, stabilizacja otoczenia prawnego działalności gospodarczej (przewidywalność) i deregulacja gospodarki – wymienia.

Deregulacja gospodarki to w opinii Jóźwiaka przede wszystkim ograniczenie do minimum przepisów regulujących działalność gospodarczą. Tak, aby otoczenie prawne było jednoznaczne, jasne, proste i dotyczyło jedynie najważniejszych spraw, czyli np. ram i zasad funkcjonowania rynku. Państwo ze swoim aparatem prawnym musi być przewidywalnym obserwatorem przestrzegania tych praw w grze rynkowej, a nie uczestnikiem czy też kreatorem tej gry.

Pytany o możliwe następstwa liberalizacji gospodarczej, Bartosz Jóźwiak odpowiada:

– Efektem takich działań jest kreacja większej odwagi inwestycyjnej i innowacyjno-wdrożeniowej form (efekt jasnego, przewidywalnego, stabilnego i minimalnego ilościowo otoczenia prawnego działalności gospodarczej), zwiększenie dochodu firm (efekt rozwoju i zmniejszenia fiskalizmu, w tym kosztów stałych pracy), dynamizacja ich rozwoju (są środki na inwestycje), zwiększenie zatrudnienia (efekt inwestycji i rozwoju firm), zwiększenie pensji (efekt popytu na pracownika) i pozostawienie większej ilości pieniędzy w portfelach obywateli. Każda inna droga to zawracanie kijem Wisły. To działania groźne i w skali długofalowej szkodliwe – podsumowuje lider UPR.

Żadnych ingerencji w zarobki

Dla „FiM” inicjatywę związkowców ocenił też poseł Konfederacji Artur Dziambor. Parlamentarzysta uważa, że wszelki interwencjonizm nie jest dobrym wyjściem.

– Jakakolwiek ingerencja rządu w zarobki, jak na przykład podwyższanie najniższej krajowej, w której lubuje się dział propagandy Prawa i Sprawiedliwości, zawsze powoduje spadek wartości pieniądza. W tym przypadku moglibyśmy spodziewać się nie tylko spadku wartości, ale przede wszystkim wzrostu cen usług i realnej podwyżki płaconych podatków. Takie pomysły mogą mieć tylko skrajnie lewicowe środowiska, które nie mają nic wspólnego z ekonomią i matematyką – mówi.

Dodaje, że plan Szumlewicza jest trudny do zrealizowania również i z tego powodu, że aktualny budżet państwa jest zapełniony wszelkiej maści projektami socjalnymi PiS-owskiego rządu.

– Obecny budżet, napięty masą projektów danin socjalnych typu 500+ czy trzynasta emerytura, nie jest w stanie wziąć na siebie jakichkolwiek dodatkowych obciążeń. Dlatego ten pomysł jest nie tylko nieprzemyślany, ale i niebezpieczny – twierdzi poseł.
Jakie zatem sposoby Dziambor proponuje na ograniczenie kryzysu?

– Na czas trwania epidemii i zastoju zawodowego można by wejść z przedsiębiorcami w bardzo prosty, ale wydaje mi się, że uczciwy układ: państwo zwalnia ich z płacenia składek ZUS za siebie i pracownika oraz z podatku dochodowego w pensjach, a oni w zamian za to gwarantują utrzymanie stanu zatrudnienia i wypłaty na poziomie minimum 75 proc. stałej pensji. Krytycy oczywiście zapytają, skąd wziąć pieniądze na emerytury, skoro nie będzie składek. Odpowiedź jest prosta – państwo może wstrzymać większość zaplanowanych inwestycji, typu autostrady, obwodnice czy CPK (Centralny Port Komunikacyjny – przyp. aut.). Polacy obejdą się bez tego, jeżeli ich miejsca pracy nie będą zagrożone. Państwo miało szansę podjąć taką mądrą decyzję, ale niestety zdecydowało się na dalszą redystrybucję pieniądza pobieranego w podatkach po staremu. Po kilku miesiącach trwania tego kryzysu przyjdzie czas rozliczeń. Jestem przekonany, że będzie to dla rządzących bardzo smutny okres – dodaje.

A co z ludźmi, którzy pracę stracili i trudno im będzie znaleźć nową, bo ich branża (patrz np. turystyka) nie będzie miała w najbliższym czasie szans na rozwój?

– Rząd powinien w określonym i ogłoszonym z wyprzedzeniem czasie, tak jak np. w Czechach, uwalniać kolejne gałęzie gospodarki. Firmy, działalności, muszą wiedzieć, kiedy będą mogły wrócić do pracy na pełnych obrotach. Problem w tym, że nasz rząd zarządza tym kryzysem tak, jakby prowadził 24-godzinny sztab kryzysowy, w którym gasi się tylko bieżące pożary. Branża turystyczna będzie niestety bardzo długo wychodzić z kryzysu, szczególnie że na jej stan wpływa sytuacja międzynarodowa i nawet gdyby w Polsce było lepiej, to niekoniecznie będzie tak za granicami. Tu muszę wrócić do tego, co powiedziałem wcześniej – jestem przekonany, że nie byłoby problemu z utrzymaniem miejsc pracy, gdyby rząd zwolnił pracodawców z opodatkowania pod warunkiem utrzymania zatrudnienia. Byłoby ciężko, ale byłoby zdecydowanie lepiej niż jest dziś. Na przełomie marca i kwietnia z mapy Polski zniknęło ponad 20 tys. firm. To są przedsiębiorcy, którzy nie widzieli żadnej nadziei, w tym co proponował rząd. Woleli iść na bezrobocie niż czekać na to, co zaplanowano. To o czymś świadczy. Ta liczba rośnie. Im szybciej rząd odmrozi kolejne gałęzie gospodarki, tym szybciej przedsiębiorcy ruszą, a pracownicy zaczną odzyskiwać swoje miejsca pracy. Nie będzie to proces natychmiastowy, ale wierzę głęboko, że uda nam się wrócić do naszego życia sprzed wirusa – kończy.

***

Naszym zdaniem BDG warto analizować jako jedną z metod walki z kryzysem. Formuła przedstawiona przez związkowców – jak wykazali rozmówcy „FiM” – nie jest jednak możliwa. Związki, przygotowując następne propozycje, powinny uwzględnić również głosy liberałów, których chłodne analizy często sprawdzają się w praktyce. Być może, w końcu, zwolennicy opcji socjalnej i rynkowej znajdą nić porozumienia. Choć czasu na ratowanie gospodarki pozostało niewiele…


* Artykuł doktora Arkadiusza Sieronia „Money for nothing” dostępny jest na oficjalnej stronie Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa.
* Na tej samej stronie przeczytać można plan Tarczy Antykryzysowej Instytutu.

Facebook Comments
Poprzedni artykułPrezydent internetu
Następny artykułPrzenieś biznes do sieci i zarabiaj
Norman Tabor
Urodziłem się w 1996 roku. Pochodzę z Wybrzeża i przez całe życie mieszkam w województwie zachodniopomorskim. Obecnie kończę studia licencjackie na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego. (Głęboko wierzy w to, że zdoła poprawić świat, ale młody wiek usprawiedliwia tę naiwność - przy. red.).