Gdyby Hitler powstał z grobu i przyszłoby mu przed sądem odpowiedzieć za swoje zbrodnie, mógłby liczyć na uniewinnienie. Przynajmniej w Polsce.

Ludzie wierzą w to, w co chcą, a chcą tego, co akurat im wygodne. Można więc odnieść wiarę do kategorii konformizmu. Jest to dość proste w przypadku religii: jest Bóg czy Go nie ma – kto to wie? Ale co mi szkodzi deklarować wiarę w Niego, jeśli mogę coś z tego mieć? A nuż się kiedyś do czegoś przyda? Dokładnie ten sam mechanizm działa w drugą stronę, czyli w stronę „budowanie niewiary”. Tu jest jeszcze prościej, bo wystarczy tylko nie przyjmować czegoś do wiadomości. Najprostsze jest to w przypadku religii – Boga nie ma i już…

Przykład wiary lub niewiary w sferze duchowości bez problemu da się przenieść na życie „świeckie”, czyli normalne. Pasuje komuś wierzyć w zamach pod Smoleńskiem? – proszę bardzo, niech zostanie wyznawcą Macierewicza! Woli kierować się rozumem – jego sprawa. Wierzy Kaczyńskiemu? – proszę bardzo. Ale jeśli ktoś zamiast tej wiary wybiera rozum, też dobrze (chociaż wstyd).

Tak naprawdę rzecz polega na wyborze wygodnej dla siebie wiary. Nie bulwersuje mnie to specjalnie, ale wkurza, doprowadzając do torsji, gdy pada jakiś mit (dogmat) czyjejś wiary i gdy któryś z jej wyznawców, nie mogąc zaprzeczyć faktom, odpowiada: „nic nie wiedziałem”. Dziecinne to takie, tanie, prymitywne, podłe, świńskie! To w sumie chamstwo, bo wprost uderza w inteligencję osób, do których przekaz jest adresowany. Czuję się tak, jakby osoba mówiąca to z telewizora pluła mi w twarz twierdząc, że to deszcz i miała nadzieję, iż w to uwierzę. Możecie się poczuć tak samo, patrząc z tej perspektywy na tych, którzy plują również na was. Kłamią prosto wam w oczy z końcowym przekazem: „no, gardzę, ku…a, wami debile! I co mi zrobicie?”.

„Nic nie wiedziałem” – jakie to prostackie. Gdyby Hitler powstał z grobu i przyszłoby mu odpowiedzieć przed sądem za swoje zbrodnie, mógłby liczyć na uniewinnienie. Przynajmniej w sytuacji, gdyby był sądzony w Polsce. Bezczelny wniosek? Może trochę. Ale gdyby tłumaczył się – „nic nie wiedziałem” o Holocauście, a czas polityczny sprzyjałby temu, miałby szansę na niewinność… Większość żołnierzy Wehrmachtu była szlachetnymi rycerzami i nic nie wiedziała o zbrodniach wojennych, tak? Podobnie jak miliony członków ich rodzin. Tych samych, którzy w 1933 r. w jak najbardziej demokratyczny sposób powierzyli Hitlerowi władzę.

Aparat Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego też był szlachetny i w latach 1922–1953 „nic nie wiedział” o zbrodniach Józefa Stalina. O dziesiątkach milionów ofiar wśród własnych obywateli! Jeśli tak, to może i Stalin o nich „nic nie wiedział”? Wynika z tego, że i on miałby szanse na uniewinnienie.

Niemcy potępili hitleryzm i setki razy przepraszali za zbrodnie swoich rodaków. Aparat KPZR potępił „kult jednostki” Stalina i częściowo odciął się od jego zbrodni. I też, choć przez jego łagry przewinęły się miliony, prawie nikt „nic nie wiedział”. A my?
W 2001 r. „Fakty i Mity” ujawniły prawdę o skandalach seksualnych abp. Juliusza Paetza. I co? I nic… Potrzebna była późniejsza publikacja „Rzeczpospolitej”, by Polaków olśniło. Czy to nie obłuda? Obłuda i dowód konformizmu: jak już trzeba uwierzyć, lepiej uwierzyć komuś „politycznie poprawnemu”. A godność, a prawda? Oj tam, oj tam… A co z tymi, którzy wiedzę o świństwach Paetza mieli znacznie wcześniej? No, nic, przecież jakby co, oficjalnie „nic nie wiedzieli”.

Identycznie gra się teraz sprawą ks. prałata Henryka Jankowskiego. Ależ oburzenie! No co to za świnia była! Gwałcił chłopców. Gwałcił dziewczynki; ganiał je z fujarą na wierzchu, spuszczał się na ich ubranka, jedna popełniła przez niego samobójstwo. A przecież o świństwach tej kreatury tylko w „Faktach i Mitach” było grubo ponad 100 publikacji! No, ale wiecie – czasy były takie: Solidarność, ZChN, AWS, PC, LPR, PiS, Radio Maryja, lepiej było nie wiedzieć… Co innego teraz – klimat lepszy: scena polityczna się polaryzuje, Rydzyk zakłada partię, ludzie obejrzeli „Kler” Smarzowskiego. A honor, a godność jego popleczników? Oj tam, oj tam…

Pies drapał publikacje „FiM” i tygodnika „Nie” (a tak – bądźmy uczciwi!) o jego carskim życiu, o luksusach, o limuzynach. Pies drapał publikacje o jego orderach (do noszenia których nie miał prawa), mundurach (w tym mundurze admirała), szatach wyszywanych złotem. Pies drapał jego ciemne interesy. Ale co z przestępstwami seksualnymi, o których pisaliśmy? Nikt nic nie wie? Ależ chętnie przypomnimy pierwszą z naszych licznych publikacji o życiu seksualnym tego kapusia SB („Libella” vel „Delegat”), „męża stanu”, „Honorowego Prałata Domowego Jego Świętobliwości” (?), „kapelana Solidarności”, kawalera Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski, zwierzchnika Komandorii Pomorskiej Wojskowego i Szpitalnego Zakonu Świętego Łazarza z Jerozolimy w Polsce; nawet medal Komisji Edukacji Narodowej dostał (od Romana Giertycha – widać doceniał to, co prałat robił dla dzieci). Publikacja ta nosiła tytuł „Prałat ma żonę. Żona nazywa się Kajtuś i jest chłopcem”. Artykuł ukazał się 2 maja 2002 r. i raczej trudno było go nie zauważyć, bo zdjęcie Jankowskiego z Kajtusiem znajdowało się na pierwszej stronie „FiM” (nr 18/2002). Do końca 2004 r. „Fakty i Mity” opublikowały 24 (dwadzieścia cztery!) teksty o tym zwyrodnialcu. I co? Wiem – oj tam, oj tam…

„W przestrzeni publicznej nie ma miejsca na pomnik księdza Henryka Jankowskiego” – powiedział 10 grudnia br. prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Zhardział, prawda? Dziwne tylko dlaczego, bo przecież sam sypnął kasą na budowę tego pomnika. No, ale wiadomo: „nic nie wiedział”. „Nic nie wiedział” też Lech Wałęsa. Dziwne, bo z książki jego żony wynika, że ona wiedziała. No, też nie ma sprawy, wiadomo, że wieczorami Lechu z Danusią albo wspólnie Senekę czytali, albo Petrarkę na polski tłumaczyli i na ploty nie mieli czasu.

Trzymacie w ręku 980 numer „Faktów i Mitów”. Policzcie, ile jest w nim choć krótkich tekstów o bezeceństwach „sług bożych” (w redakcji nazywamy je „klerykałkami”) i pomnóżcie tę liczbę razy tysiąc. Potem pomnóżcie ten wynik razy 70 tysięcy (średnia sprzedaż „FiM” w ciągu 19 lat). Nie chcecie liczyć? OK, podam Wam wynik – 0 (zero). Dlaczego? Bo przecież „nikt nic nie wie”.

Facebook Comments
Poprzedni artykułKraj radiem płynący
Następny artykułGrudniowe święta światła
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).