fot. Artur Kulikowski
Podobno Kościół katolicki w Polsce zakazuje obchodzenia pogańskiego zwyczaju andrzejek. Mieszkańcy Śródmieścia w Warszawie mają na ten temat zupełnie inne zdanie.

Wchodząc do podziemi parafii pod wezwaniem św. Krzyża mijam klęczących i rozmodlonych młodych ludzi. Niektórzy unoszą nad głowami dłonie z palcami ułożonymi w kształcie litery V. Z oddali słyszę przebrzmiały przebój emerytowanego artysty kabaretowego Jana Pietrzaka „Żeby Polska była Polską” w wykonaniu tercetu wokalistów i kwartetu smyczkowego. Kościół dolny bazyliki mniejszej przy Krakowskim Przedmieściu jest pełen ludzi, jednak nikt się nie bawi. Wszyscy są nad wyraz skupieni i poważni. Myślę – trafiłem idealnie, ale mimo wszystko dziwi mnie aż tak patriotyczny nastrój andrzejek. W zaproszeniu napisano przecież, że czeka nas wyśmienita, chrześcijańska i roztańczona impreza. Tu nikt nie podryguje w takt muzyki, ba nawet nie tupie zmarzniętą nogą w bucie. Atmosfera jest grobowa i trochę przygnębiająca, choć w sumie idealna na wieczór wróżb i lanie wosku.

– To są andrzejki? – nieśmiało pytam szeptem zasłuchaną, stojącą pod ścianą siostrę miłosierdzia. – Nie, balanga jest z tyłu – zrozumiałem z ruchu warg i szerokiego gestu ręką wskazującego drogę. Balanga? – zdziwiłem się.

Balanga!

Wewnętrznymi schodami wchodzę na zakrystię. Akurat kończy się koncert chóru Sursum Corda, którego w kościele głównym słucha garstka melomanów muzyki pasyjnej. Gdyby nie otwierane co chwila ciężkie, dębowe drzwi na parking, krążyłbym po bazylice jeszcze przez kilka minut w poszukiwaniu właściwego adresu. Właśnie przez uchylane drzwi dociera do mnie muzyka, która zupełnie nie pasuje do miejsca i sytuacji. To dźwięki disco, czyli impra andrzejkowa! Zakonnica miała rację – faktycznie, balanga odbywa się z tyłu kościoła. Bezbłędnie trafiam na miejsce.

Z otwartych okien budynku Zgromadzenia Księży Misjonarzy dudni na całą okolicę muza w stylu „umpa, umpa”. Pod napisem „Domus Congregationis Missionis Fundata
A.D. 1651” kłębi się tłumek ludzi. W większości to studenci Duszpasterstwa Akademickiego. W torbach dostrzegam ciasta, sałatki, paluszki, ale także słyszę dzwoniące o siebie butelki zmrożonego, złocistego płynu. Sprawdzana jest lista obecności i pobierana opłata w wysokości 10 zł od osoby.

Andrzejkowiczów wita z otwartymi ramionami ksiądz Artur. Patrzy także na mnie i z chrześcijańską wrażliwością, bez ogródek pyta:
– Co pan tu robi i czego chce?
Odpowiadam zgodnie z prawdą, że przyszedłem się pobawić, a ponadto jestem na liście zaproszonych gości.
– To nie jest impreza dla pana, proszę stąd iść – słyszę zdumiony w odpowiedzi.
Księdza trochę trudno zrozumieć, bowiem muzyka dobiegająca z salki św. Wincentego, gdzie urządzono parkiet taneczny, jest tak głośna, że w ogóle go nie słychać. Ponadto w pomieszczeniu obok już zaczęła się hałaśliwa biba. Szanując wolę duszpasterza Artura, pytam więc, czy mogę choć na chwilę odpocząć i ogrzać się. Kapłan niechętnie wyraża zgodę. Wskazuje mi miejsce. Obok kibla. Siadam i cieszę się radością innych.

Kiblowanie

Pierwsze, co rzuca się w oczy to stroje studentów. Zgodnie z sugestią w zaproszeniu obowiązują kreacje wieczorowe, a więc dominują kuse sukienki z odkrytymi ramionami, obłędne fryzury i wyzywające makijaże oraz – w przypadku panów – garnitury lub choćby marynarki. Żadnych tam discopolowych dresów czy żółtopomarańczowych bluzeczek nie ma, ale i tak panuje totalny luz. No klasyczny dancing, z tą różnicą, że średnia wieku nie przekracza 25 lat. Przeważają piękne studentki, choć jest kilkudziesięciu młodocianych absztyfikantów. Lejącego się strumieniami alkoholu co prawda nie dostrzegam – bo zostałem posadzony nie przy stole, a karnie przy kiblu – ale z minuty na minutę impreza niewytłumaczalnie się rozkręca.

Kibel, prócz parkietu, jest najczęściej odwiedzanym miejscem. Dziwne, ale niektórzy do miejsca ustronnego wchodzą dosłownie co chwila i od razu ponownie ruszają w tany. Co ciekawe, andrzejki nie zaczęły od modlitwy czy choćby przemowy duszpasterskiej księdza Artura, który obchodził urodziny. W końcu jak szaleć, to szaleć.

Andrzejki w kościele Świętego Krzyża wyglądały jak normalny młodzieżowy melanż, z wszystkimi jego atrybutami. Co prawda nie było lania wosku czy wróżb, ale może ominęły mnie inne atrakcje, ponieważ gdy wyszedłem zajarać szluga, nie miałem już prawa wstępu.
Wróciłem po północy. Impreza trwała w najlepsze, a przez otwarte okna salki św. Wincentego o trwających chrześcijańskich andrzejkach mogli się dowiedzieć wszyscy mieszkańcy pobliskich budynków. Nawet na Krakowskim Przedmieściu bardzo dobrze było słychać „umpa, umpa”.

Facebook Comments