Przed tygodniem straciłem polskie obywatelstwo. No i co? Nic, dobrze mi z tym.

Gdybyśmy bardzo abstrakcyjnie i szczerze spojrzeli na 10 przykazań bożych – w tej zmanipulowanej i najpopularniejszej wersji – dojdziemy do wniosku, że ich sens sprowadza się do ochrony własności. Nie mówią one jak żyć, tylko czego w tym życiu nie robić: nie zabierać.

Tak jakoś by to leciało:

1. Nie zabieraj mi boskości.
2. Nie zabieraj mi czasu.
3. Nie zabieraj mi hołdów.
4. Nie zabieraj ich rodzicom.
5. Nie zabieraj cudzego życia.
6. Nie zabieraj żonie złudzeń.
7. Nie kradnij.
8. Nie zabieraj bliźniemu dobrego imienia.
9. Nie zabieraj komuś żony.
10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

To wersja, która obowiązuje wiernych Kościoła katolickiego. Nie ma sensu długie dywagowanie nad oczywistymi faktami, że ci, którzy głoszą te przykazania, dorobili się pozycji w organizacji gospodarczej, która sukces zawdzięcza łamaniu tych zasad. Boskości pozbawili i Stwórcę, i Syna jego, i mamę tegoż syna, kupcząc ich wizerunkami. Mordowali na potęgę – tak jak nikt w całej historii ostatnich dwóch tysiącleci. Cudzołożyli i cudzołożą. Kradną na potęgę! Stan posiadania Kościoła katolickiego jest dowodem na to, że łamanie powyższych zasad jest najlepszą receptą na sukces.

W przytoczonych przykazaniach nie ma słowa o tym, żeby nie pożądać nieletniej córeczki lub synka bliźniego. Zdradami partnerów też się nie przejmują, bo przed takimi zarzutami chroni ich uświęcony celibat. Jeśli mordowali bądź mordują – robią to w imieniu Pana: na jego chwałę i pamiątkę. Tak samo ma się sprawa z okradaniem bliźnich i rzucaniem fałszywych oskarżeń pod adresem konkurencji. Sumienia mają przy tym krystalicznie czyste – nieużywane. Słowa natchnione „czymś świętym” niosą pokłady nienawiści, a wyciągane do całowania łapska są ponoć przedłużeniem rąk Zbawiciela.

Jeśli narzędziem ich sukcesu jest łamanie przykazań, w tym wyciąganie łap po cudze, nie powinienem się szczególnie dziwić, że nieustannie coś mi zabierają. Nie chodzi mi tu o 20 mld zł, jakie co roku traci skarb państwa na utrzymywanie tej 50-tysięcznej grupy nierobów. Boli mnie to okrutnie, bo to nie są pieniądze „rządu”, gdyż nie istnieje taki szmal. To pieniądze pochodzące z pracy każdego z nas. Boli jeszcze bardziej, że w tej swojej pazerności posuwają się coraz dalej. Bez krępacji krzyczą, do jakich filmów powinienem mieć dostęp, a jakie powinny być mi zakazane. Jakie sztuki teatralne mogę oglądać, a jakie powinny być niedostępne. Jakiej muzyki mogę słuchać, a jakiej słuchać mi nie wolno. Jakie książki są dla mnie dobre, a jakie złe. W jakie dni wolno mi uprawiać seks, w jakie jeść mięso, kiedy pić, a kiedy nie pić, kiedy pracować, a kiedy udawać, że kontempluję mękę pańską. Nawet myśli mi cenzurują, bo muszę uważać, by nieopatrznie nie urazić ich uczuć.

Gdybym żył tak jak oni, cała moja rodzina od niezliczonych pokoleń powinna kraść i mordować. Gdybym zaś chciał żyć według zasad, które usiłują mi wpoić, patrząc w niebo, nigdy nie widziałbym tęczy. Nie słyszałbym Beatlesów ani hard rocka. Nie zaczytywałbym się za młodu w „Mistrzu i Małgorzacie”, w poezji Tuwima w wieku średnim, a na starość w sadze o Harrym Potterze czy w fantastyce Tolkiena. Nie słyszałbym o Sokratesie, Platonie, Arystotelesie, Kancie, Darwinie ani Freudzie. Myślałbym, że Ziemia jest płaska jak kora mózgowa niektórych pisowców i zamieszkana tylko przez rzymskich katolików. Nienawidziłbym zwierząt, gardził przyrodą, poniżał kobiety. No i wierzyłbym, że Bóg ma twarz Ryszarda Terleckiego, skoro stworzył go na własne podobieństwo. Żebyśmy mieli jasność – w słowach tych nie dostrzegam przesady. (No, może z Terleckim, bo równie dobrze mógłbym tu „wstawić” Suskiego albo Szydło).
Nie widzę powodu, by być dumnym z tego, że nie daję się zamknąć w intelektualnej krypcie. Krytykowania zgrai zboczonych nierobów, siejących nietolerancję i nienawiść, nie uważam za akt specjalnej odwagi. Mam naprawdę ogromny dystans do tego środowiska, którym gardzę i choć wmawiam sobie, że nie potrafią mnie niczym zaskoczyć, to jednak się to zdarza. Właśnie pozbawili mnie obywatelstwa…
„Muszą sobie wszyscy postawić pytanie, czy są w tej wielkiej wspólnocie serca niepodzielonego, serca narodowej rodziny, narodowej wiary i narodowego czynu, czy też sami się od niej oddzielają. Kluczem interpretacyjnym jest serce: dla Polski, dla narodu, dla Maryi, dla Boga i dla naszych spraw”. Słowa te wypowiedział kilka dni temu na Jasnej Górze (podczas pielgrzymki kibiców) reprezentant Króla Polski Jezusa Chrystusa metropolita szczecińsko-kamieński abp Dzięga. No, wziął mnie, skubany, z narodu wypisał!

Dlaczego? Bo nic mnie z panem Dzięgą nie łączy i nie chcę, żeby mnie łączyło! Nie chcę być razem z nim częścią „wspólnoty serca niepodzielnego”, „narodowej wiary” i „narodowego czynu”. Nie chcę razem z nim niczego robić ani dla „Maryi”, ani dla „Boga”, a skoro nic mnie z Dzięgą nie łączy, nie mam też „naszych spraw”. Nie chcę być częścią wspólnoty Dziwiszów, Hoserów, Gądeckich, Głódziów, Jędraszewskich, Rydzyków i reszty.

Skoro więc, panie Dzięga, uprzejmy byłeś wykluczyć mnie ze społeczności polskiej, załatw mi pan stosowne zwolnienie z podatków. Albo odp*** się ode mnie i ludzi mi podobnych.

Facebook Comments
Poprzedni artykułŚmierć za śmierć
Następny artykułMonż stanu
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).