Artykuły

Muzyce śmierć

W blasku kamer, w cieniu nowych technologii, pozornie demokratyczna jak nigdy – umiera stara, dobra muzyka; taka, jaką znaliśmy. W kraju nad Wisłą na trendy globalne nakłada się dodatkowo aktywność Kościoła katolickiego, psującego na skalę masową gusty nie tylko muzyczne. Czas pokochać disco polo?

O „końcu muzyki” w znaczeniu dobrej, ambitnej muzyki popularnej krytycy mówią od lat. Co pewien czas pojawiają się jednak niepodważalne dowody na poparcie tej tezy. W 2012 r. ogłoszono rezultaty poważnych i zakrojonych na szeroką skalę badań Hiszpańskiej Akademii Nauk. Uczeni przeanalizowali z wykorzystaniem wyrafinowanych algorytmów komputerowych 464 411 nagrań muzyki popularnej zarejestrowanych w latach 1955–2010. Wnioski nie są wesołe. W ostatnich dwóch dekadach dramatycznie spadła różnorodność i pomysłowość kompozycji, ilość akordów, ujednoliceniu uległo tempo, błyskawicznie postępuje uśrednienie brzmienia. To paradoks, ponieważ nigdy dotąd twórcy nie mieli do dyspozycji takiej swobody w tworzeniu dźwięków i dostępu do narzędzi – skomplikowane utwory elektroniczne można dziś tworzyć nie tylko na laptopie, lecz wręcz w telefonie.
Ta technologia zdaje się (w świetle hiszpańskich badań) służyć do jednego – nagrywania piosenek, które brzmią coraz… głośniej. Od czasów wczesnego Presleya do dziś średni poziom głośności wzrósł o siedem decybeli – warto wspomnieć, że różnica trzech decybeli odbierana jest przez ludzkie ucho i mózg jako podwojenie głośności.
Psychologowie odkryli dziesiątki lat temu prostą zależność – spośród dwóch podobnych piosenek ludzie za bardziej atrakcyjną uznają tę, która brzmi… głośniej. Jak uczynić piosenkę maksymalnie donośną bez używania gałki głośności po stronie odbiorcy?…

Autor: Oskar Lipman

Ziomale Pana Boga

Próbą pozyskania dla Kościoła najmłodszych są coraz śmielej poczynający sobie księża-raperzy, którzy w utworach zamieszczanych na platformie YouTube próbują „zasiać ziarno” Ewangelii poprzez hip-hop.

Najpopularniejszym rymującym duchownym jest ks. Jakub Bartczak z Wrocławia. Kanał księdza na YouTube ma ponad 89 tys. subskrybentów, a publikowane przez niego piosenki i teledyski nierzadko mają kilkusettysięczne grono odbiorców. Najpopularniejszym utworem ks. Bartczaka z gościnnym udziałem Fragua jest remiks „Wolność”, który przekroczył półtora miliona wyświetleń. (…)
Teksty są w przytłaczającej większości poświęcone religii i życiu duchowemu, co nie powinno dziwić. Ksiądz łączy wątki biblijne z hiphopową nawijką. I tak przykładowo w utworze „#Hot16Challenge” duchowny odczytuje fragment wstępu Listu do Hebrajczyków, a dopiero później zaczyna rapować. „Wypluwa” słowa: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!/Spoko luz, no to już, no to ciach, bez kitu/Dla mnie hot16 to ten list do Hebrajczyków/ Tytuł, mój krótki komentarz spod pod tłuściutkiego bitu/Rap ewangelizacją, modlitwa jest gwarancją/Cisnę gorącą szesnastką”. Odbiór przytoczonego utworu był na tyle duży, że przy jego premierze sylwetka księdza została opisana w portalu TVN24.

Ksiądz Bartczak ma jednak także ciemniejszą stronę. Wiadomo, że jest konserwatystą („Przede wszystkim ksiądz-konserwatysta” – jak sam deklaruje), a niektóre jego utwory zawierają treści podchodzące pod homofobię. W piosence „Po prostu wierzę” duchowny twierdzi: „Dla nowoczesnych wartości jak chrześcijaństwo Polska/To zaścianek i wioska rap plus ksiądz, ciekawostka/Nie jest prosta wiara w Boga, ale mieć ją jest spoko/Jak ksiądz Dariusz Oko mówię prawdę dosadnie/ Tak trzymam mikrofon, składam rymy w sutannie…

Aut. Norman Tabor

Utrwalacze

Gdy PiS trafi na śmietnik historii, pamiętajmy o prawnikach, którzy tę partię wspomagali.
Również w naszym prawniczym środowisku odnajdujemy osoby, które kładą fundamenty pod rewolucję realizowaną przez PiS. Jest ich niewiele, ale zasługują na to, żeby je docenić. (…)

Mam na myśli cichych, szeregowych funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości pisowskiego państwa, tych wytrwałych utrwalaczy nowej „władzy ludowej”, których skromne imiona nie powinny jednak zostać zapomniane. Przywołajmy kilka z tych postaci, aby pamiętać już za kilka miesięcy, po wyborach, które władza przegra (niestety nie z powodu permanentnego brutalnego gwałcenia konstytucji, ale przez nieudolność i afery, w tym takie, które budzą podejrzenia kryminalne), kto winien zostać doceniony przez komisję weryfikacyjną, jeżeli nowa władza taką powoła.
Wspomnijmy zatem panią Justynę Domagałę-Szlagę. Awansowana na kierownicze stanowisko prokuratorskie w czasach PiS (2016 rok), pani Justyna to osoba, która wyczuwa wiatr historii. Pielgrzymuje na św. Krzyż i działa we Wspólnocie Prawników Jana Pawła II w Radomiu. Nie widzi niczego niestosownego w publicznym udzielaniu się prokuratora w ruchach religijnych. Z pewnością też zapewni nas, że gdyby np. przyszło jej ścigać za prześladowanie ateistów, to zrobi to z morderczą wręcz bezstronnością. Uprzednio publicznie się rozmodliwszy. Rozumie także, że jeśli kilku „patriotów” z Młodzieży Wszechpolskiej bije i kopie działacza KOD, to zarzuty karne za udział w bójce musi dostać tenże działacz KOD, który bestialsko nadstawił twarz pod kopniaki…
Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

V kolumna

Co może Biedroń
Zakotłowało się w polskim zatęchłym bajorku, gdy Robert Biedroń na konwencji założycielskiej partii Wiosna ogłosił projekt radykalnej zmiany stosunków państwo-Kościół. Zaraz też odezwali się realiści, że nie można usunąć religii ze szkół, bo to sprzeczne z konkordatem, konkordatu zaś nie można renegocjować, bo przykościelni politycy wpisali go do konstytucji (art. 25 p. 4). Właściwie rząd polski może zaproponować renegocjację, lecz jeśli Stolica Apostolska odmówi, co jest pewne, nie mamy już żadnego ruchu, bo zerwanie konkordatu jawnie gwałciłoby konstytucję. Jedynym prawnikiem, który uważa, że Polska może w zgodzie z prawem zerwać konkordat, ponieważ Kościół od lat nie respektuje niektórych jego postanowień, jest nasz autor Jerzy Dolnicki. Gdyby został ekspertem u Biedronia, program Wiosny zyskałby ręce i nogi (na razie ma głównie skrzydła).

Taca i kasa
W programie Wiosny jest punkt, który budzi silne emocje: opodatkować tacę, jak to ujął Biedroń. Natychmiast rzuciła się na niego armia krytyków: to przecież niemożliwe, ksiądz musiałby chodzić po kościele z kasą fiskalną i wydawać paragony płatnikom! Albo ustawić wiernych w kolejce do kasy… Już łatwiej sobie wyobrazić kasę fiskalną w kancelarii parafialnej i rejestrowanie opłat za śluby czy pogrzeby, ale i to uderzałoby w odwieczne obyczaje i wywołało wściekły opór kleru. A może by tak zacząć od posunięć dużo prostszych? Podnieść wysokość płaconego przez księży podatku ryczałtowego, obecnie śmiesznie niskiego, a leży to w gestii ministra finansów. Zlikwidować przywileje kościelnych podmiotów gospodarczych, które rzekomo przeznaczają cały zysk „na cele kultu” i pod tym pretekstem w ogóle nie płacą podatków. I oczywiście obciąć dotacje na kolejne papieskie muzeum czy inne fanaberie wielebnych.

Superświęto
Senatorowie Platformy chcą ustanowić rekordowe w dziejach Polski, dziewięciodniowe święto na pamiątkę pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w roku 1979 (historycznej celebry, podczas której papież wołał na pl. Zwycięstwa, dziś Piłsudskiego: „Niech zstąpi duch Twój i zmieni oblicze ziemi, tej ziemi”). Obchody nowego święta, nazwane Dniami Wolności, trwałyby od 2 do 10 czerwca 2019 r. Fajny termin, idealny na wycieczki i grillowanie w ogródkach lub na balkonach. Po ogłoszeniu tego populistycznego projektu platformersi nie powinni zarzucać konkurentom populizmu w jakiejkolwiek sprawie. Nie powinni się także dziwić, że duża część antypisowskich wyborców ma już powyżej uszu ich lawirowania: Kościołowi świecę, a zwolennikom świeckiego państwa ogarek.

Godek do Strasburga
„Musimy tam być, by pewne rzeczy hamować i ograniczać wpływ Unii na polskie prawodawstwo” – ogłosiła Kaja Godek, która chce kandydować do Parlamentu Europejskiego razem z członkami Ruchu Narodowego i Partii Wolność (pod jakim szyldem, nie wiadomo). Zdaniem Godek, PiS skręca w lewo, tzn. nie chce uchwalić totalnego zakazu aborcji ani nawet zakazu „aborcji eugenicznej” (przerywania ciąży w razie ciężkich i nieuleczalnych wad płodu). Kaczyński zdradził, ale prawdziwi katolicy nie odpuszczą, zajmą fotele eurodeputowanych i za unijne pieniądze będą pluć bezbożnej Unii w twarz. Skończy się to pewnie tak, jak europejska kariera Janusza Korwin-Mikkego, który miał rozwalać Unię od wewnątrz, lecz wylądował na marginesie politycznym, wyśmiewany i karcony za swoje wyskoki. Jest tylko jeden powód, dla którego możemy wspierać wspólny start oszołoma Korwina i fanatyczki Godek: urwą trochę PiS-owi!

Rydzyk szkoli sędziów
Toruńska uczelnia Ojca Dyrektora, WSKSiM, dostała z Ministerstwa Sprawiedliwości blisko 3 mln na szkolenie sędziów w celu „podniesienia kompetencji w zakresie komunikacji i negocjacji”. Ponad 80 proc. tej kwoty stanowią fundusze unijne. Do tej pory przygotowywaniem sędziów do wystąpień medialnych zajmowała się Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury w Krakowie. Szkolenie „w zakresie negocjacji” jest czystym absurdem, bo z kim mają negocjować sędziowie – z oskarżonymi? Ujawnienie kolejnego transferu kasy od Ziobry do Rydzyka spowodowało spore zamieszanie. Wielu sędziów pytało, czy kurs w Toruniu jest obowiązkowy. Zareagowała Beata Górszczyk, rzeczniczka Sądu Okręgowego w Krakowie, gdzie prezesem jest koleżanka Ziobry Dagmara Pawełczyk-Woicka: udział w szkoleniu jest dobrowolny, a prezes Pawełczyk-Woicka powiadomiła o nim podwładnych w trosce poziom zawodowy sędziów. Mamy pytanie: czy jeśli nikt się nie zgłosi, Rydzyk zwróci kasę?

Zagrożenia duchowe
W portalu Deon.pl siostra Ewa Bartosiewicz wymienia czyhające na biednych katolików zagrożenia duchowe. Oto kilka z nich. „Dlaczego wszyscy mogą, a ja nie?” – to według autorki popularny sposób usprawiedliwiania swoich grzechów. Świetny patent dla pazernych pisiewiczów, którym ich własna propaganda wmówiła, że Platforma straszliwie kradła. „Niech on pierwszy przeprosi, to nie ja zacząłem” – tak rozumują politycy i publicyści dojnej zmiany, którzy wszystkie ekscesy swego obozu tłumaczą tym, że przed 14 laty Tusk wspomniał o „moherowej koalicji” (za co przeprosił), a 12 lat temu Sikorski wezwał do „dorżnięcia watahy”. „Oni też o mnie źle mówili” – dyżurna odpowiedź na zarzuty, że pisowiec stosuje mowę nienawiści. „Inni robią gorsze rzeczy” – to wręcz motto PiS. W ten sposób s. Bartosiewicz, chyba nieświadomie, opisała schemat pisowskiej propagandy, ocierającej się o infantylizm rodem z przedszkola (to on zaczął!).

Naganiacze
Pisaliśmy o tym w zeszłym roku, ale historia się powtarza: w okresie składania zeznań podatkowych posłowie i senatorowie PiS oraz pracownicy ich biur stają się naganiaczami Rydzyka. Pomagają w wypełnieniu PIT-ów pod warunkiem, że proszący o pomoc obywatel przekaże 1 proc. podatku fundacji Nasza Przyszłość. Wirtualna Polska przytacza dialog w jednym z biur poselskich: „Czy można u państwa rozliczyć PIT za ubiegły rok? – Oczywiście. Prowadzimy zapisy do jednego z naszych pracowników, który się tym zajmuje. Zapraszamy zwłaszcza emerytów, którzy nie zawsze radzą sobie z PIT-ami. – A co z przekazaniem 1 proc. podatku? – Wpisujemy fundację Nasza Przyszłość. Nikt się na to nie skarży”. A kto by się skarżył? Jeśli ktoś nie chce płacić na Rydzyka, wybierze biuro innej partii.

Znak z nieba?
Jak donosi portal Newspix.pl, w jeziorze Wigry w woj. podlaskim z nieznanych powodów zatonęła najsłynniejsza barka w Polsce, ta, na której pływał papież Jan Paweł II. „Nad powierzchnię wody wystaje tylko część kadłuba” – mówi jej właściciel Błażej Bieńkowski z Suwałk, który nie wie, jak mogło do tego dojść. Informacji towarzyszy zdjęcie. Rzeczywiście, papieska barka tonie. „To jakiś znak?” – zastanawiają się pobożni mieszkańcy okolicznych wsi. Internauci zaś sugerują, że idzie na dno mit świętego Wojtyły, podobnie jak jego jednostka pływająca. I jak tu teraz śpiewać „Barkę”?

Łajdak
Ks. Jacek Dunin-Borkowski zasłynął z agresywnych wpisów na Twitterze, m.in. sprzeciwił się modlitwie za zamordowanego Pawła Adamowicza. Wywołało to falę krytyki, z powodu której na jakiś czas zamknął konto, ale długo nie wytrzymał. Ogłoszenie żałoby narodowej po śmierci Jana Olszewskiego skłoniło kapłana do zamieszczenia takiego oto komentarza: „No! Jednak. A już się bałem, że skończy się na łajdaku Adamowiczu”. Wielu użytkowników Twittera uznało ten komentarz za skandaliczny, wobec czego ksiądz zrobił krok w tył: „Przepraszam (…). Chodziło mi o żałobę po Olszewskim, niepotrzebnie i niekulturalnie porównałem. Za karę pomodlę się za śp. Adamowicza”. Czyli nieszczerze przeprasza za chwilę szczerości. Kościół potrafi zakneblować księży Bonieckiego czy Lemańskiego, ale takie indywiduum, jak ks. Dunin-Borkowski pluje bez przeszkód.

Jak to działa

Żeby być republiką bananową, trzeba mieć banany. Niektóre państwa stają się więc republikami kartoflanymi z uwagi na klimat i naturalne predyspozycje.

Przyjrzyjmy się przez chwilę działaniu takiej oligarchokracji, która niegdyś miewała demokratyczne ambicje. Przed Państwem – voilà! – tydzień z życia Republiki Kartoflanej.
Niedziela, 27 stycznia
Rządząca partia dostaje przeciek, że niebawem główny dziennik niezduszonej jeszcze do końca opozycji opublikuje nagrania z tajnych rozmów prezesa rządzącej partii. Prezes dotychczas podobał się wyborcom rządzącej partii, bo był ulepiony na ich wzór i podobieństwo: zepsute zęby, brudne znoszone buty, łupież na kołnierzu i brak konta bankowego. Wręcz symbol życiowego nieudacznika, ssącego zapomogi socjalne. Mało kto z wyborców wiedział (dzięki blokadzie informacyjnej założonej przez rządowe media), że ten ich pocieszny safanduła to przecież cwaniak, który już na początku demokratycznej transformacji przytulił dla siebie i swojego środowiska politycznego wartościowe nieruchomości, a też i umiał doskonale ustawić się na koszt podatnika: partia kupowała mu garnitury, krawaty – nieodmiennie czarne w związku z demonstracyjnie noszoną na użytek elektoratu żałobą – i fundowała limuzyny oraz tłum ochroniarzy, a kiedy zabolała go nóżka czy dupka, natychmiast stawiał się tłum lekarzy, do których prezes nigdy nie musiał miesiącami czekać w kolejce. Ale tego wszystkiego jego wyborcy nie wiedzieli, otumanieni propagandą pokazującą prezesa karmiącego się tylko hymnami za umęczoną ojczyznę. I oto okazało się, że główna gazeta opozycyjna (tu prezes przeklął własny brak wyobraźni: „A trzeba było tego sepleniącego guru liberastów zamknąć w pierwszej kolejności, niech to kaczki rozdziobią!”) posiada 160 godzin nagrań poufnych rozmów biznesowych prezesa. Prezes miał bowiem plan. Był to plan wzbogacenia partii – a przecież partia to prezes! – miliardami dochodów z inwestycji w wielki biurowiec w centrum stolicy Kartoflandii, poprzez spółkę należącą do fundacji finansującej partyjne akcje. Prezes, przez podstawione słupy, miał atrakcyjną działkę w stolicy, a uzyskanie kredytu nie było problemem, odkąd wszystkie największe banki przejął rząd, czyli sam prezes. Prezes śmiał się wiele razy, że stada kretynów wierzyły w bajki o gospodarczym patriotyzmie, kiedy prezes kupował od zagranicznego kapitału akcje banków za pieniądze tych kretynów, wpłacane gorliwie w podatkach. W umiejętnościach biznesowych prezes był lepszy niż Wielki Kapłan, czyli ubrany w sutannę biznesmen z Piernikowa…

Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Piłkarz z bożej łaski

Historia jakich wiele. Najpierw perspektywa wielkiej kariery, pieniądze, balangi, potem upadek i nawrócenie. Wygląda na to, że techniki chrześcijańskiego Boga nie zmieniły się od tysiącleci. Metoda kija i marchewki wciąż działa.

(…) Zaczęło się od marchewki. Bóg dał Jakubowi talent. Już jako sześciolatek zaczął trenować z juniorami. Był dobry, miał dryg do piłki, podobnie jak kiedyś jego ojciec – pastor, którego karierę piłkarską pogrzebał uraz kolan. Kuba nawet przewyższał ojca, trenerzy wróżyli mu wielką piłkarską karierę. W wieku 12 lat trafił do Jagiellonii Białystok, mając lat 16 grał już z Lechią Gdańsk.

Kilka lat poza domem w rodzinnej Gołdapi zaczęło oddalać go od wartości, które wpoili mu religijni rodzice. Ambicje zawodowe i towarzyskie młodego Kuby szybko rosły. Wyznawał zasadę: żyj na 100 proc. Na 100 proc. więc grał i na 100 proc. imprezował. Król życia! Król boiska! Gdziekolwiek się znalazł, przejmował rolę wodzireja. Dziewczyny, alkohol, narkotyki – próbował wszystkiego i wszystko mu się podobało. W piłce spieszyło mu się do wielkiej kariery. Zaczęły się pojawiać konkretne propozycje. Media pisały nawet o możliwym transferze Kamińskiego do Słowenii. (…)
(…) I nagle… kontuzja podczas meczu: zerwane więzadła krzyżowe, operacja, rehabilitacja.
Być może ktoś inny uznałby to za ostrzeżenie, jakiś znak od życia: „wyhamuj, chłopie”, „zastanów się, co robisz”, ale ambitny Jakub w ogóle nie brał takich sygnałów do siebie. Szybko wrócił na boisko i do starych nawyków. Pewnego dnia zadzwonił do niego ojciec.

– Kuba, za trzy tygodnie mamy ważną chrześcijańską konferencję, przyjedź – prosił.
Syn uznał, że to prośba z kosmosu.
– Tato, na pewno nie przyjadę, mam mecz. Nie da rady.
– Da, da – oznajmił ojciec. – Przyjedziesz, to ważne – powiedział i się rozłączył, a syn tylko się roześmiał z tej ojcowskiej niedorzecznej pewności.
Trzy tygodnie później na konferencję dotarł niczym syn marnotrawny i… kaleka.

Uzdrowienie
Tydzień po ojcowskim telefonie, podczas meczu, doszło do kolejnego wypadku. Dawny uraz się odnowił. Konsultacje u najlepszych ortopedów wykazały, że ktoś pierwszą operację dokumentnie spartaczył, a na drugą, która nie gwarantuje sukcesu, ale przynajmniej może uratować Jakuba przed trwałym kalectwem, potrzeba 50 tys. zł. Cóż, takich pieniędzy Jakub nie miał, bo przecież wszystko poszło na hulanki i swawole. Tymczasem noga niesprawna jak u szmacianej lalki. Diagnoza lekarska była ostateczna: koniec marzeń o piłce, koniec kariery futbolowej.
Na konferencji w rodzinnych stronach, gdzie goście z różnych części świata dzielili się swoim świadectwem spotkania z Bogiem, Kamiński junior siedział jako wielki przegrany. Z głową schowaną w dłoniach, płakał nad swoim zmarnowanym życiem, nad kalectwem, nad błędami, jakie popełnił i nad brakiem sensownych celów na przyszłość. Gdy tak rozpaczał i kajał się w duchu, podszedł do niego, przemawiający wówczas na scenie, pastor z Ekwadoru i powiedział:
– Pan przebacza ci twoje grzechy, wstań i idź…
Aut. Blanka Florczyk
Więcej: efaktyimity.eu

Ostry dyżur serca Jezusowego

Fajnie trafić do szpitala, którego patronem jest miłośnik samobiczowania albo orędowniczka terapii bólem.

Świeckość państwa polskiego polega i na tym, że w zgodzie z prawem w każdym szpitalu, gdzie jest więcej niż 70 łóżek, dyrektor ma obowiązek zatrudnić kapelana.

Uzdrawiani św. Rafałem
W kraju, którego ustawa zasadnicza stanowi o nieprzymuszaniu do praktyk religijnych, jak nas przejedzie samochód, to lądujemy w szpitalu, nie dość że z etatowym księdzem, to na dodatek o imieniu kogoś, kogo imię byłoby do przyjęcia jedynie w nazwie kościoła, np. w Szpitalu Powiatowym im. Miłosierdzia Bożego w Limanowej. Dyrektorzy szpitali z religijnymi patronami na temat nazwy swojej placówki oficjalnie rozmawiać nie chcą, ale nieoficjalnie twierdzą, że większości pacjentów taki święty robi dobrze. Tak jak obecność księdza. Dlaczego tak się dzieje i czy na pewno pacjentom w noszących święte nazwy szpitalach się poprawia, nikt nie jest w stanie powiedzieć, bo – rzecz jasna – nikt nigdy czegoś takiego nie badał.

Tak samo jak tego, czy pacjent ma świadomość, pod czyją opiekę trafia, gdy pakują go do łóżka w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. św. Rafała w Czerwonej Górze koło Kielc. A szkoda, bo na pewno chory taki ucieszyłby się wiedząc, że tenże św. Rafał to nie kto inny jak sam archanioł Rafał. A jego imię oznacza „Bóg uzdrawia”.

Inna sprawa, że wielu chorych najczęściej nie wie, że szpital nosi jakieś dumne katolickie miano. I pewnie nie od rzeczy byłoby wręczanie przy przyjmowaniu do placówki ulotki z żywotem świętego patrona. Wtedy chorujący w Szpitalu Specjalistycznym św. Łukasza w Końskich albo w Szpitalu Wojewódzkim im. św. Łukasza w Tarnowie wiedzieliby, że jak mają problem niewymagający działań chirurgicznych, to winni się mieć na baczności. Bo medycznie św. Łukasz opiekuje się chirurgami tylko…
Aut. Stefan Płonicki
Więcej: efaktyimity.eu

Ciąża ze św. Dominikiem

Konserwatywny kwartalnik „Fronda” wskazał religijną alternatywę wobec ateistycznej metody zapłodnienia in vitro. Jest nią pasek św. Dominika i starannie dobrany zestaw modlitw.

(…) Redaktorzy „Frondy” zalecają użycie pasków wykonywanych przez mniszki zakonu kaznodziejskiego z krakowskiego Gródka. Niezawodni redaktorzy uspokajają – pasek św. Dominika nie jest talizmanem ani innym przedmiotem magicznym! Możemy być spokojni, gdyż jest „tylko wezwaniem małżonków do usilnej i ufnej modlitwy o upragnione potomstwo za wstawiennictwem tego świętego”.
Paski wykonane są z tasiemki bądź białej wstążeczki. Na materiale wypisane są słowa antyfony do św. Dominika „O spem miram” (łac. tł.: „O nadziejo przedziwna”). Wyprodukowany przez mniszki pasek trafia następnie do dominikanów, którzy go święcą. Gotowy produkt nadaje się do sprzedaży i produkcji nowych katolików. Paski są skuteczne przy jednoczesnym stosowaniu modlitwy. Pasek – rzecz jasna – jest przeznaczony wyłącznie dla kobiet zamężnych. Internetowe źródła podają, że świętość paska zostaje wyłączona w przypadku małżeństw zawartych w obrządku innym niż rzymskokatolicki.
Krakowskie mniszki zapewniają o skuteczności metody…

Aut. Norman Tabor
Więcej: efaktyimity.eu

Rydzyk żąda pieniędzy

Media katolickie w Polsce ledwo zipią. Telewizji Trwam nikt nie chce oglądać, Radia Maryja słucha garstka fanatyków, prasa katolicka cierpi na intelektualny uwiąd, a o istnieniu chrześcijańskiego internetu społeczeństwo nie ma pojęcia.

(…) W Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu odbyło się sympozjum naukowe pod tytułem „Oblicza kolonizacji mediów”. Spotkanie przeszło bez echa, a szkoda, bo ze słów, które tam padły, wynika, że media katolickie szykują się do ataku.
Najjaśniejsza kolonia
Zdaniem prelegentów, polskie media są kolonizowane przez wrogi kapitał. Kolonizacja postępuje w sposób niekontrolowany i gwałtowny.
– My, Polacy, nie uświadamiamy sobie tego, ponieważ media dalej przemawiają do nas w ich języku. Choć są polskojęzyczne, realizują obcą politykę – stwierdziła specjalistka od egzorcyzmów Hanna Karp.
Tadeusz Rydzyk, by wzmocnić przekaz swojej podwładnej, tłumaczył to dosadniej:
– Chodzi o skolonizowanie naszych umysłów. Żeby podbijać narody, nie trzeba dziś mieć broni, czołgów. Wystarczy mieć media. Czy oni reprezentują polskie interesy? Czy to jest dobre dla społeczeństwa, które jest katolickie? Te media to jest niewyobrażalny walec, który niszczy nasze umysły, nasz system wartości.
Barbara Bubula z PiS do firm kolonizujących polskie media zaliczyła światowych gigantów teleinformatycznych, takich jak Google, Facebook, Netflix czy Amazon.
– Mamy do czynienia z modelowaniem nowego człowieka, pozbawionego fundamentu tradycji katolickiej, rodziny. Trzeba temu przeciwdziałać – mówiła wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii. Jeszcze dalej poszedł Janusz Kawecki. Członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) pytał i publicznie nakazywał:..
Autor: Artur Kulikowki
Więcej: efaktyimity.eu