Artykuły

Jak to działa

Żeby być republiką bananową, trzeba mieć banany. Niektóre państwa stają się więc republikami kartoflanymi z uwagi na klimat i naturalne predyspozycje.

Przyjrzyjmy się przez chwilę działaniu takiej oligarchokracji, która niegdyś miewała demokratyczne ambicje. Przed Państwem – voilà! – tydzień z życia Republiki Kartoflanej.
Niedziela, 27 stycznia
Rządząca partia dostaje przeciek, że niebawem główny dziennik niezduszonej jeszcze do końca opozycji opublikuje nagrania z tajnych rozmów prezesa rządzącej partii. Prezes dotychczas podobał się wyborcom rządzącej partii, bo był ulepiony na ich wzór i podobieństwo: zepsute zęby, brudne znoszone buty, łupież na kołnierzu i brak konta bankowego. Wręcz symbol życiowego nieudacznika, ssącego zapomogi socjalne. Mało kto z wyborców wiedział (dzięki blokadzie informacyjnej założonej przez rządowe media), że ten ich pocieszny safanduła to przecież cwaniak, który już na początku demokratycznej transformacji przytulił dla siebie i swojego środowiska politycznego wartościowe nieruchomości, a też i umiał doskonale ustawić się na koszt podatnika: partia kupowała mu garnitury, krawaty – nieodmiennie czarne w związku z demonstracyjnie noszoną na użytek elektoratu żałobą – i fundowała limuzyny oraz tłum ochroniarzy, a kiedy zabolała go nóżka czy dupka, natychmiast stawiał się tłum lekarzy, do których prezes nigdy nie musiał miesiącami czekać w kolejce. Ale tego wszystkiego jego wyborcy nie wiedzieli, otumanieni propagandą pokazującą prezesa karmiącego się tylko hymnami za umęczoną ojczyznę. I oto okazało się, że główna gazeta opozycyjna (tu prezes przeklął własny brak wyobraźni: „A trzeba było tego sepleniącego guru liberastów zamknąć w pierwszej kolejności, niech to kaczki rozdziobią!”) posiada 160 godzin nagrań poufnych rozmów biznesowych prezesa. Prezes miał bowiem plan. Był to plan wzbogacenia partii – a przecież partia to prezes! – miliardami dochodów z inwestycji w wielki biurowiec w centrum stolicy Kartoflandii, poprzez spółkę należącą do fundacji finansującej partyjne akcje. Prezes, przez podstawione słupy, miał atrakcyjną działkę w stolicy, a uzyskanie kredytu nie było problemem, odkąd wszystkie największe banki przejął rząd, czyli sam prezes. Prezes śmiał się wiele razy, że stada kretynów wierzyły w bajki o gospodarczym patriotyzmie, kiedy prezes kupował od zagranicznego kapitału akcje banków za pieniądze tych kretynów, wpłacane gorliwie w podatkach. W umiejętnościach biznesowych prezes był lepszy niż Wielki Kapłan, czyli ubrany w sutannę biznesmen z Piernikowa…

Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Piłkarz z bożej łaski

Historia jakich wiele. Najpierw perspektywa wielkiej kariery, pieniądze, balangi, potem upadek i nawrócenie. Wygląda na to, że techniki chrześcijańskiego Boga nie zmieniły się od tysiącleci. Metoda kija i marchewki wciąż działa.

(…) Zaczęło się od marchewki. Bóg dał Jakubowi talent. Już jako sześciolatek zaczął trenować z juniorami. Był dobry, miał dryg do piłki, podobnie jak kiedyś jego ojciec – pastor, którego karierę piłkarską pogrzebał uraz kolan. Kuba nawet przewyższał ojca, trenerzy wróżyli mu wielką piłkarską karierę. W wieku 12 lat trafił do Jagiellonii Białystok, mając lat 16 grał już z Lechią Gdańsk.

Kilka lat poza domem w rodzinnej Gołdapi zaczęło oddalać go od wartości, które wpoili mu religijni rodzice. Ambicje zawodowe i towarzyskie młodego Kuby szybko rosły. Wyznawał zasadę: żyj na 100 proc. Na 100 proc. więc grał i na 100 proc. imprezował. Król życia! Król boiska! Gdziekolwiek się znalazł, przejmował rolę wodzireja. Dziewczyny, alkohol, narkotyki – próbował wszystkiego i wszystko mu się podobało. W piłce spieszyło mu się do wielkiej kariery. Zaczęły się pojawiać konkretne propozycje. Media pisały nawet o możliwym transferze Kamińskiego do Słowenii. (…)
(…) I nagle… kontuzja podczas meczu: zerwane więzadła krzyżowe, operacja, rehabilitacja.
Być może ktoś inny uznałby to za ostrzeżenie, jakiś znak od życia: „wyhamuj, chłopie”, „zastanów się, co robisz”, ale ambitny Jakub w ogóle nie brał takich sygnałów do siebie. Szybko wrócił na boisko i do starych nawyków. Pewnego dnia zadzwonił do niego ojciec.

– Kuba, za trzy tygodnie mamy ważną chrześcijańską konferencję, przyjedź – prosił.
Syn uznał, że to prośba z kosmosu.
– Tato, na pewno nie przyjadę, mam mecz. Nie da rady.
– Da, da – oznajmił ojciec. – Przyjedziesz, to ważne – powiedział i się rozłączył, a syn tylko się roześmiał z tej ojcowskiej niedorzecznej pewności.
Trzy tygodnie później na konferencję dotarł niczym syn marnotrawny i… kaleka.

Uzdrowienie
Tydzień po ojcowskim telefonie, podczas meczu, doszło do kolejnego wypadku. Dawny uraz się odnowił. Konsultacje u najlepszych ortopedów wykazały, że ktoś pierwszą operację dokumentnie spartaczył, a na drugą, która nie gwarantuje sukcesu, ale przynajmniej może uratować Jakuba przed trwałym kalectwem, potrzeba 50 tys. zł. Cóż, takich pieniędzy Jakub nie miał, bo przecież wszystko poszło na hulanki i swawole. Tymczasem noga niesprawna jak u szmacianej lalki. Diagnoza lekarska była ostateczna: koniec marzeń o piłce, koniec kariery futbolowej.
Na konferencji w rodzinnych stronach, gdzie goście z różnych części świata dzielili się swoim świadectwem spotkania z Bogiem, Kamiński junior siedział jako wielki przegrany. Z głową schowaną w dłoniach, płakał nad swoim zmarnowanym życiem, nad kalectwem, nad błędami, jakie popełnił i nad brakiem sensownych celów na przyszłość. Gdy tak rozpaczał i kajał się w duchu, podszedł do niego, przemawiający wówczas na scenie, pastor z Ekwadoru i powiedział:
– Pan przebacza ci twoje grzechy, wstań i idź…
Aut. Blanka Florczyk
Więcej: efaktyimity.eu

Ostry dyżur serca Jezusowego

Fajnie trafić do szpitala, którego patronem jest miłośnik samobiczowania albo orędowniczka terapii bólem.

Świeckość państwa polskiego polega i na tym, że w zgodzie z prawem w każdym szpitalu, gdzie jest więcej niż 70 łóżek, dyrektor ma obowiązek zatrudnić kapelana.

Uzdrawiani św. Rafałem
W kraju, którego ustawa zasadnicza stanowi o nieprzymuszaniu do praktyk religijnych, jak nas przejedzie samochód, to lądujemy w szpitalu, nie dość że z etatowym księdzem, to na dodatek o imieniu kogoś, kogo imię byłoby do przyjęcia jedynie w nazwie kościoła, np. w Szpitalu Powiatowym im. Miłosierdzia Bożego w Limanowej. Dyrektorzy szpitali z religijnymi patronami na temat nazwy swojej placówki oficjalnie rozmawiać nie chcą, ale nieoficjalnie twierdzą, że większości pacjentów taki święty robi dobrze. Tak jak obecność księdza. Dlaczego tak się dzieje i czy na pewno pacjentom w noszących święte nazwy szpitalach się poprawia, nikt nie jest w stanie powiedzieć, bo – rzecz jasna – nikt nigdy czegoś takiego nie badał.

Tak samo jak tego, czy pacjent ma świadomość, pod czyją opiekę trafia, gdy pakują go do łóżka w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. św. Rafała w Czerwonej Górze koło Kielc. A szkoda, bo na pewno chory taki ucieszyłby się wiedząc, że tenże św. Rafał to nie kto inny jak sam archanioł Rafał. A jego imię oznacza „Bóg uzdrawia”.

Inna sprawa, że wielu chorych najczęściej nie wie, że szpital nosi jakieś dumne katolickie miano. I pewnie nie od rzeczy byłoby wręczanie przy przyjmowaniu do placówki ulotki z żywotem świętego patrona. Wtedy chorujący w Szpitalu Specjalistycznym św. Łukasza w Końskich albo w Szpitalu Wojewódzkim im. św. Łukasza w Tarnowie wiedzieliby, że jak mają problem niewymagający działań chirurgicznych, to winni się mieć na baczności. Bo medycznie św. Łukasz opiekuje się chirurgami tylko…
Aut. Stefan Płonicki
Więcej: efaktyimity.eu

Ciąża ze św. Dominikiem

Konserwatywny kwartalnik „Fronda” wskazał religijną alternatywę wobec ateistycznej metody zapłodnienia in vitro. Jest nią pasek św. Dominika i starannie dobrany zestaw modlitw.

(…) Redaktorzy „Frondy” zalecają użycie pasków wykonywanych przez mniszki zakonu kaznodziejskiego z krakowskiego Gródka. Niezawodni redaktorzy uspokajają – pasek św. Dominika nie jest talizmanem ani innym przedmiotem magicznym! Możemy być spokojni, gdyż jest „tylko wezwaniem małżonków do usilnej i ufnej modlitwy o upragnione potomstwo za wstawiennictwem tego świętego”.
Paski wykonane są z tasiemki bądź białej wstążeczki. Na materiale wypisane są słowa antyfony do św. Dominika „O spem miram” (łac. tł.: „O nadziejo przedziwna”). Wyprodukowany przez mniszki pasek trafia następnie do dominikanów, którzy go święcą. Gotowy produkt nadaje się do sprzedaży i produkcji nowych katolików. Paski są skuteczne przy jednoczesnym stosowaniu modlitwy. Pasek – rzecz jasna – jest przeznaczony wyłącznie dla kobiet zamężnych. Internetowe źródła podają, że świętość paska zostaje wyłączona w przypadku małżeństw zawartych w obrządku innym niż rzymskokatolicki.
Krakowskie mniszki zapewniają o skuteczności metody…

Aut. Norman Tabor
Więcej: efaktyimity.eu

Rydzyk żąda pieniędzy

Media katolickie w Polsce ledwo zipią. Telewizji Trwam nikt nie chce oglądać, Radia Maryja słucha garstka fanatyków, prasa katolicka cierpi na intelektualny uwiąd, a o istnieniu chrześcijańskiego internetu społeczeństwo nie ma pojęcia.

(…) W Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu odbyło się sympozjum naukowe pod tytułem „Oblicza kolonizacji mediów”. Spotkanie przeszło bez echa, a szkoda, bo ze słów, które tam padły, wynika, że media katolickie szykują się do ataku.
Najjaśniejsza kolonia
Zdaniem prelegentów, polskie media są kolonizowane przez wrogi kapitał. Kolonizacja postępuje w sposób niekontrolowany i gwałtowny.
– My, Polacy, nie uświadamiamy sobie tego, ponieważ media dalej przemawiają do nas w ich języku. Choć są polskojęzyczne, realizują obcą politykę – stwierdziła specjalistka od egzorcyzmów Hanna Karp.
Tadeusz Rydzyk, by wzmocnić przekaz swojej podwładnej, tłumaczył to dosadniej:
– Chodzi o skolonizowanie naszych umysłów. Żeby podbijać narody, nie trzeba dziś mieć broni, czołgów. Wystarczy mieć media. Czy oni reprezentują polskie interesy? Czy to jest dobre dla społeczeństwa, które jest katolickie? Te media to jest niewyobrażalny walec, który niszczy nasze umysły, nasz system wartości.
Barbara Bubula z PiS do firm kolonizujących polskie media zaliczyła światowych gigantów teleinformatycznych, takich jak Google, Facebook, Netflix czy Amazon.
– Mamy do czynienia z modelowaniem nowego człowieka, pozbawionego fundamentu tradycji katolickiej, rodziny. Trzeba temu przeciwdziałać – mówiła wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii. Jeszcze dalej poszedł Janusz Kawecki. Członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) pytał i publicznie nakazywał:..
Autor: Artur Kulikowki
Więcej: efaktyimity.eu

Sędziowie życia i śmierci

Niedocenianą rolą sędziów jest, że to oni – a nie psychiatrzy – decydują, kto jest psycholem.
Krzycho, choć wyglądał jak niedźwiedź, wedle powszechnej opinii robił za psa. Pracował w komisariacie na wrocławskim Ołbinie, był policjantem. Robotę miał stresującą, a na dodatek odległą od domu o 40 kilometrów, bowiem mieszkał w Oleśnicy.

Zawodowy podejrzliwiec

Średnio cztery godziny dziennie na przemieszczanie się nie robiły Krzychowi dobrze. Miał czas myśleć o swoich najbliższych – żonie i dwójce przychówku. A jego procesy intelektualne obciążone były charakterystyczną dla każdego policjanta podejrzliwością.
Jako przedstawiciel organów ścigania znał zasady popełniania występków i wiedział, że tym, czego potrzeba ich sprawcom, jest przede wszystko czas. Wykoncypował zatem, że jeśli pozbawi żonę czasu na pozamałżeńskie amory, to uchroni się od zostania rogaczem.
Dlatego Estera, czyli żona Krzycha, musiała raportować każdy dzień co do minuty. Żeby nie mataczyła, ustalił dzienną stawkę pieniędzy przeznaczonych na wydatki. Nieprzychylni policjantowi znajomi twierdzą, że nie miała prawa samorzutnie wybrać się nawet do fryzjera. Do tego dochodziła kontrola internetu i telefonu. (…)

Pewnie dlatego rodziców Krzycha nie zdziwiło, gdy w środku tygodnia podrzucił im dzieciaki na noc. Zupełnie inaczej niż siostrę Estery – Żuliettę, którą o godzinie 3.41 obudził telefon. Usłyszała Krzycha, wypowiadającego następujące słowa: „Zajebałem, zabiłem twoją siostrę”…
Aut. Stefan Płonicki
Więcej: efaktyimity.eu

V kolumna

Wasze kamienice
Przed komisją weryfikacyjną Patryka Jakiego zeznaje sławny adwokat Robert Nowaczyk, uważany za jednego z głównych macherów warszawskiej reprywatyzacji. Obciążając pisowców, w tym szefów CBA i Sasina, wspomina nagle, że jedną z reprywatyzowanych kamienic interesuje się pewien ksiądz i chce ją kupić za 800 tys. zł. Bo to przecież zupełnie normalne, że kapłan uciułał z tacy i rozgląda się za jakimś dochodowym interesem! Jedno wydaje się pewne, jeśli kamienicę kupi ksiądz, komisja Jakiego przyklepie tę reprywatyzację i odpuści sobie wszelkie pomysły zwracania poprzednim właścicielom.

Przepustka do nieba
Ojciec Inkasent bierze wiernych pod włos, apelując o wpłacanie 1 proc. podatku dochodowego na Fundację Nasza Przyszłość: „Wstań z tego fotela, pójdź do ludzi, powiedz znajomym, powiedz rodzinie” (że Rydzyk potrzebuje kasy). „Wykorzystaj telefon i porozmawiaj. Zrób to. Nie popełniajmy grzechu zaniedbania”. Grzechem jest więc nie tylko nieprzekazanie pieniędzy Rydzykowej fundacji, ale także niezawiadomienie rodziny i znajomych, że odbywa się ogólnonarodowa ściepa! Ale oprócz kija (grzech), pojawia się też marchewka (zbawienie wieczne): „To dobro zaniesiemy w wieczność. Gdy staniemy przed Panem Jezusem, powiemy: patrz, Panie, nie mam pustych rąk. Uczyniłem tyle dobra”. Nie zapomnijcie zabrać na Sąd Ostateczny zeznań podatkowych i dowodów wpłaty! Będzie tam niezły tłok, więc św. Piotr może uprościć procedurę: kto nie zna numeru konta Ojca Tadeusza, nie wejdzie do nieba.

Afront dla Rydzyka
Nie wszystko jednak układa się tak, jak zacny redemptorysta by sobie życzył. Dotychczasowy sojusznik Ziobro zrobił mu wielki afront. Mimo że Rydzyk wystosował oficjalny list z osobistym poręczeniem za Bartłomieja M., byłego rzecznika MON, prokuratura zupełnie to zlekceważyła i wystąpiła o areszt dla podejrzanego, a Sąd Rejonowy w Tarnobrzegu wniosek przyjął i biedny Miś trafił na trzy miesiące za kraty. Złośliwe tabloidy już pokazują, jak ciasną dostał celę. Do czego to podobne, żeby podwładni Ziobry nie liczyli się z opinią Ojca Dyrektora? Wszak jest on prawdziwym autorytetem w takich sprawach, jak korupcja, przekręty, powoływanie się na wpływy i płatna protekcja. A swoją drogą, co ten Miś w sobie ma, że tak go protegują starsi panowie?
Epoka antychrysta
Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak jest hospitalizowany w Wielkopolskim Centrum Onkologii. Pod artykułem tygodnika „Do Rzeczy” na ten temat ukazało się ok. 100 komentarzy, w ogromnej większości nienawistnych, a przy tym tak obrzydliwych, że wywołują odruch wymiotny. „Żydokomuna zdycha”, „Jeden umarł od noża, drugi może pod nożem”, „Nie zapomnijcie w ch… wbić osinowy kołek”, „Nareszcie, mam nadzieję, że ta k… zdechnie, i to szybko. Tego ci życzę, ty lewacka szmato” itp. Nie minęły trzy tygodnie od zamordowania Pawła Adamowicza, a już widać, że chór dramatycznych apeli o powstrzymanie mowy nienawiści trafił w próżnię. Naczelnym „Do Rzeczy” jest konserwatywny katolik Paweł Lisicki, autor książek „Czy Jezus jest Bogiem? Od judaizmu do chrześcijaństwa” i „Epoka antychrysta”, promujący model „mediów tożsamościowych”, dla których nie liczą się fakty, tylko budowanie wspólnoty odbiorców. Uroczą katolicką wspólnotę udało mu się zbudować.

Walka o dusze
Puławy. Radny Ignacy Czeżyk z klubu PiS, były poseł i były dyrektor liceum, domaga się, żeby samorząd przyjrzał się wychowaniu dzieci i młodzieży, zareagował na „zbytnią świeckość” szkolnych ślubowań („One nie uskrzydlają. Nie znalazłem w nich wartości chrześcijańskich”) i zaprosił księży do przeanalizowania „etycznych i ideologicznych znamion” Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Toczy się bowiem „walka o dusze” młodego pokolenia, a Owsiak i jego sojusznicy „tworzą nową religię”. Radny Czeżyk osobiście odkrył zagrożenie, rozmawiając 13 stycznia z wolontariuszami, stojącymi pod kościołem z puszkami. Te dzieciaki „chcą nieść dobro, ale są niedoinformowane”. Nie mają wiedzy np. o chrześcijańskich fundacjach charytatywnych. Radni komisji oświaty uznali jednak, że postulaty uskrzydlonego kolegi Czeżyka są zbyt ogólne i wykraczają poza kompetencje rady miasta. No i nowa religia Owsiaka będzie szerzyć się bez przeszkód.
Krucjata za kapłanów
Koordynacja Odnowy w Duchu Świętym Archidiecezji Wrocławskiej (jest takie ciało) zainaugurowała krucjatę modlitwy za kapłanów. „Chcemy naszą modlitwą objąć jak największą liczbę kapłanów naszej diecezji” – zapewnia Koordynacja Odnowy. W tym celu publikuje nazwiska i zdjęcia księży, „których otoczyliśmy już naszą modlitwą”. Jest ich 299, lecz nie wiadomo, dlaczego akurat ich wybrano, wzorowo pełnią posługę kapłańską, czy wprost przeciwnie, grzeszą i błądzą, i dlatego wymagają modlitwy? Co najciekawsze, organizatorzy krucjaty na bieżąco informują, kto się modli za wytypowanych księży. Np. 29 stycznia modliło się 116 osób z 25 wspólnot: Dobra Nowina, Dom na Skale, Lumen Christi, Wieczernik, Źródło itd. Były czasy, gdy ludzie wierzyli, że Pan Bóg rejestruje ich modły. A dziś to wszystko załatwia internet.

Z wilgotnych wiatrów
28 stycznia w Kościele obchodzono dzień św. Tomasza z Akwinu (1227-1274). Ogłoszony przez innego świętego, Alberta Wielkiego, „świetnością i kwiatem całego świata”, został nazwany przez kolejnego świętego, papieża Piusa V, Doktorem Anielskim. Kościół zaś nadał mu tytuł Doktora Powszechnego „z racji jego niezrównanej mądrości teologicznej i filozoficznej”. Z jego poglądów wyrósł system filozoficzny nazwany tomizmem, dominujący w Kościele przez kilkaset lat, współcześnie odrodzony jako neotomizm. Z tej okazji warto przypomnieć kilka myśli Akwinaty: „Kobiety są błędem natury z tym ich nadmiarem wilgoci, temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu; są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny”; „Wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”, „Dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów”. Bez komentarzy.
Kto się w grobie przewraca
Sąd Rejonowy w Toruniu 4 marca rozpatrzy zażalenie na decyzję prokuratury, która odmówiła ścigania z urzędu b. premiera Włodzimierza Cimoszewicza za powyższą opinię o projekcie inwestycji Rydzyka muzeum „Pamięć i Tożsamość”: „Papież się w grobie przewraca, kiedy robią z niego złotego cielca. To jest skandal, żeby w ten sposób obchodzić się z człowiekiem, który miał zupełnie inne zasady i nigdy nie pogodziłby się z tym, żeby dla jego wizerunku wydawać takie pieniądze, zamiast przekazać je tym, którzy ich potrzebują”. Co ciekawe, Cimoszewicza nie ściga osobiście Rydzyk, tylko były poseł Ryszard Nowak, przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą, który od lat donosi prokuraturze o przypadkach domniemanej obrazy uczuć religijnych lub zniesławienia kościelnych idoli. Wiele wskazuje na to, że z tego żyje.

Propedofilscy biskupi
Serwis OKO.press publikuje analizę grudniowego sondażu, z którego wynika, że 60 proc. Polaków uważa, że biskupi stają po stronie księży, sprawców przestępstw seksualnych wobec małoletnich, a nie po stronie skrzywdzonych dzieci. Najbardziej wyrozumiali dla biskupów są wyborcy PiS, ale i oni częściej wskazują, że biskupi stają po stronie sprawców (36 proc.). Tylko nieco ponad 17 proc. ankietowanych wskazało, że kościelni hierarchowie stają po stronie ofiar. O tym, że biskupi chronią sprawców najczęściej przekonane są osoby z wyższym wykształceniem, z dużych miast i o największych dochodach. Taką odpowiedź wybrało też więcej mężczyzn (64 proc.) niż kobiet (57 proc.). 72 proc. osób w wieku 40-49 lat uważa, że biskupi wspierają molestujących księży. Najbardziej wyrozumiałe dla biskupów są osoby powyżej 60. roku życia.
B.F.

Jak to działa

Żeby być republiką bananową, trzeba mieć banany. Niektóre państwa stają się więc republikami kartoflanymi z uwagi na klimat i naturalne predyspozycje.

Przyjrzyjmy się przez chwilę działaniu takiej oligarchokracji, która niegdyś miewała demokratyczne ambicje. Przed Państwem – voilà! – tydzień z życia Republiki Kartoflanej.
Niedziela, 27 stycznia
Rządząca partia dostaje przeciek, że niebawem główny dziennik niezduszonej jeszcze do końca opozycji opublikuje nagrania z tajnych rozmów prezesa rządzącej partii. Prezes dotychczas podobał się wyborcom rządzącej partii, bo był ulepiony na ich wzór i podobieństwo: zepsute zęby, brudne znoszone buty, łupież na kołnierzu i brak konta bankowego. Wręcz symbol życiowego nieudacznika, ssącego zapomogi socjalne. Mało kto z wyborców wiedział (dzięki blokadzie informacyjnej założonej przez rządowe media), że ten ich pocieszny safanduła to przecież cwaniak, który już na początku demokratycznej transformacji przytulił dla siebie i swojego środowiska politycznego wartościowe nieruchomości, a też i umiał doskonale ustawić się na koszt podatnika: partia kupowała mu garnitury, krawaty – nieodmiennie czarne w związku z demonstracyjnie noszoną na użytek elektoratu żałobą – i fundowała limuzyny oraz tłum ochroniarzy, a kiedy zabolała go nóżka czy dupka, natychmiast stawiał się tłum lekarzy, do których prezes nigdy nie musiał miesiącami czekać w kolejce. Ale tego wszystkiego jego wyborcy nie wiedzieli, otumanieni propagandą pokazującą prezesa karmiącego się tylko hymnami za umęczoną ojczyznę. I oto okazało się, że główna gazeta opozycyjna (tu prezes przeklął własny brak wyobraźni: „A trzeba było tego sepleniącego guru liberastów zamknąć w pierwszej kolejności, niech to kaczki rozdziobią!”) posiada 160 godzin nagrań poufnych rozmów biznesowych prezesa. Prezes miał bowiem plan. Był to plan wzbogacenia partii – a przecież partia to prezes! – miliardami dochodów z inwestycji w wielki biurowiec w centrum stolicy Kartoflandii, poprzez spółkę należącą do fundacji finansującej partyjne akcje. Prezes, przez podstawione słupy, miał atrakcyjną działkę w stolicy, a uzyskanie kredytu nie było problemem, odkąd wszystkie największe banki przejął rząd, czyli sam prezes. Prezes śmiał się wiele razy, że stada kretynów wierzyły w bajki o gospodarczym patriotyzmie, kiedy prezes kupował od zagranicznego kapitału akcje banków za pieniądze tych kretynów, wpłacane gorliwie w podatkach. W umiejętnościach biznesowych prezes był lepszy niż Wielki Kapłan, czyli ubrany w sutannę biznesmen z Piernikowa…

Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Srebrne rozwody

– Rozwodzimy się – mówi mi znajoma. Widujemy się rzadko, raz na kilka miesięcy. W ubiegłym roku opowiadała, że razem z mężem chcą kupić camper i na emeryturze jeździć nim po Europie. Plany uległy jednak zmianie.

Elżbieta i jej mąż dołączyli do stale rosnącej grupy Polaków, którzy w okolicach sześćdziesiątki lub siedemdziesiątki postanawiają rozpocząć życie od nowa. To drugie małżeństwo Elżbiety. Dla męża przeprowadziła się do Warszawy. Przez kilkanaście lat byli szczęśliwi, wychowali razem dzieci z poprzednich małżeństw. On już jest na emeryturze, ona będzie za rok. Okazało się, że mąż, który ma mnóstwo wolnego czasu i spędza go w domu, przed telewizorem lub komputerem, na co dzień jest nieznośny: wymaga, zrzędzi. Doszedł też element zdrady, jakże łatwej w czasach, gdy jest mnóstwo portali randkowych. Mąż Elżbiety nie zdradza jej z jedną kobietą, ma kilka nowych „narzeczonych”. Sprawa wyszła przypadkiem, Elżbieta nie chce się wdawać w szczegóły.
Każdy rozwód boli. Taka decyzja w dojrzałym wieku bywa jednak bardzo przemyślana. Elżbieta wie, czego chce i – co ważne – czego nie chce. Razem z mężem porozmawiali szczerze i boleśnie, zastanowili się nad terapią, ale w końcu doszli do wniosku, że najlepszym lekarstwem na małżeńskie cierpienie będzie rozstanie. (…)
O kłopotach, które masowo pojawiają się w pożyciu małżeńskim na emeryturze, świat po raz pierwszy usłyszał ładnych parę lat temu za sprawą Japończyków. Do lekarzy w Japonii masowo zgłaszały się panie po sześćdziesiątce, które skarżyły się na chroniczne bóle głowy, duszności, rozdrażnienie i bezsenność. Lekarze przyjrzeli się temu zjawisku i przedstawili diagnozę. To syndrom męża na emeryturze, czyli retired husband syndrome (RHS) i boryka się z nim ponad połowa Japonek, których mężowie przestali pracować…
Autor: Marianna Rolla
Więcej: efaktyimity.eu