Duda i Błaszczak chwalą się gdzie mogą, że Polska jako jeden z nielicznych krajów NATO wydaje na obronę 2 proc. PKB. Tylko po co?

Naród polski kocha polskie wojsko. I jest dumny z naszych żołnierzy. No, chyba że jest w KFC między Grójcem i Warszawą i spożywa kawałki kurczaka pod lufami karabinów. Wtedy naród polski rękami swoich przedstawicieli śle do internetu fotki, w których umundurowanych jegomości z bronią w knajpie odsądza od należnej im czci i wiary w zwycięstwo.

„Kuchnie polowe diabli wiedzą gdzie”*

Oczywiście sprawą głodnego wojska szybko zajęły się media, a tuż potem kadra oficerska naszych sił zbrojnych. A właściwie jej piątego koła, czyli Wojsk Obrony Terytorialnej. Albowiem to reprezentujący jej barwy wojacy wpadli na szybkie jedzenie. Kadra w osobie rzecznika WOT stwierdziła, że zgłodnienie żołnierzy jest naturalne i wymagało zaspokojenia. W związku z czym ich wizyta w KFC była rzeczą normalną. Zaś fakt niepozostawienia przez nich broni w samochodzie, którym jechali, jak też jej przewieszenie przez ramiona z lufą skierowaną w dół, jest wyrazem przestrzegania przez weekendowe wojsko prawa i obowiązujących standardów. Szczególnie, że byli w podróży służbowej w związku udziałem w zmianie warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

O takie drobiazgi, jak to, po co ciągać ludzi w celu nieistotnej celebry wiele kilometrów, nikt rzecznika nie spytał. Tak samo jak o to, dlaczego w wojsku nie zadziałały stosowne procedury aprowizacyjne, które winny spowodować, żeby wojacy nie byli cały dzień o suchym pysku.

„Kto by się martwił”

Wszyscy polscy piloci mający prawo latać na samolotach MiG-29 stracili uprawnienia.
Samoloty te to prawie jedna trzecia stanu polskich wojskowych skrzydeł. Ponieważ jednak po serii wypadków ponad dziewięć miesięcy nikt w wojsku nie chciał podjąć decyzji o wznowieniu zawieszonych lotów migami, bo nie zadziałały podstawowe procedury, to teraz nie ma nimi komu latać. Jak wybuchła związana z tym afera, ukazał się stosowny rozkaz. Dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych, „po analizie wdrożonych zaleceń”, podjął decyzję o wznowieniu eksploatacji samolotów MiG-29.

Wywołany do odpowiedzi został też minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak, który błysnął w mediach sformułowaniem: „Polscy piloci chcą służyć wykorzystując samoloty MiG-29”.

Nikt nie zająknął się słowem o tym, że przez poprzednie miesiące ci piloci też chcieli latać, ale nie mogli. Dlaczego, skoro maszyny były sprawne? Dlaczego, skoro od dawna wiedziano, które elementy w samolotach, które spadły, zawiodły i zostały w pozostałych dokładnie sprawdzone i wymienione? Nie udało się też usłyszeć odpowiedzi na nasuwające się pytanie, czy skoro przez tyle czasu polskie lotnictwo dawało sobie radę dwiema trzecimi stanu samolotów, to może tyle nam wystarczy i wcale nie trzeba się silić na wydawanie ponad sześciu miliardów dolarów na nowe F-35, które i tak przylecą do nas co najmniej za pięć–sześć lat? Obyło się też bez wywalenia na pysk odpowiedzialnych za to ludzi. Dlaczego? Czy znaczy to, że wszyscy robili, co do nich należało? A jeśli tak, czy przypadkiem nie dowodzi to, że obowiązujące w lotnictwie przepisy są kretyńskie?

„Słońce osuszy twarz”

Przepisy, które obowiązują teraz i są wdrażane, żeby poderwać samoloty MiG-29 w powietrze, są jeszcze ciekawsze. Skoro nie ma w Polsce nikogo, kto ma prawo zasiąść za ich sterami, to kto ma to zrobić? Rosjanie, Ukraińcy czy Białorusini? Ich piloci ważne papiery na latanie tym sprzętem wciąż mają. Ale nie są w NATO, więc nie mogą nawet robić za instruktorów dla polskich pilotów, którzy chcą odzyskać prawo latania migami.

Dowództwo znalazło zatem dwa inne rozwiązania. Wykorzysta ludzi z papierami tzw. oblatywacza, czyli kogoś, kto testuje maszyny nowe, po naprawie, albo modernizacji. Taki oblatywacz zostanie instruktorem dwóch–trzech pilotów, którzy wraz z nim wyrobią odpowiednią liczbę godzin w powietrzu, żeby odzyskać stracone uprawnienia. Problem polega jednak na znalezieniu kogoś z takimi papierami. Łatwiejszą metodą jest zatem szkolenie się na dwumiejscowych, szkolno-bojowych MiG-29UB, w których zasiadają dwaj instruktorzy jednocześnie i nawzajem będą kontrolowali swoje poczynania. Tak czy inaczej, żeby wszystkie migi miały pilotów z ważnymi papierami, trzeba roku.

To nie koniec. Uziemione samoloty stały przecież prawie rok w hangarach i cholera wie, czy wszystko w nich jest w porządku. To się okaże dopiero w locie. A jak się nie okaże i znowu MiG-29 spadnie? I kolejne uziemienie też będzie trwało do utraty ważności praw do latania?

„Jeszcze zadziwi świat”

W 2016 r. MON zadecydowało, że w celu wzmocnienia jednostek położonych bliżej wschodniej granicy dozbroi 1. Warszawską Brygadę Pancerną czołgami Leopard. Jeśli komuś wydaje się, że teraz przeczyta o tym, że kupiliśmy u Niemców nówki sztuki, to się rozczaruje. Leopardy zabrano bowiem z 34. Brygady Kawalerii Pancernej w Żaganiu. Czyli miasta leżącego bardzo nie na wschodzie.

Za to wozy PT-91, będące dotychczas w wyposażeniu warszawskiej jednostki z Wesołej, pojechały do 15. Brygady Zmechanizowanej w Giżycku. Ponieważ jednak żagańscy pancerniacy nie mogą nie mieć czołgów, to zamiast niemieckich, mają teraz rosyjskie czołgi T-72. O tym, czy od mieszania w herbacie, do której nie wsypano cukru będzie ona słodsza, specjaliści od obronności wolą się nie wypowiadać. Podkreślają jednak, że militarny złom na gąsienicach pozostaje złomem, bez względu na to gdzie garażuje.

Po dwóch latach od przezbrojenia Warszawskiej Brygady Pancernej z Wesołej dowództwo doszło do wniosku, żeby sprawdzić, co to dało. Czołgi pojadą pierwszy raz na poligon i zostaną sprawdzone „w zakresie planowania i organizacji działań, pokonywania przeszkód wodnych oraz elementów taktycznych”. Jak się nie potopią, to będą mogły na poligonie w Nowej Dębie odbyć ćwiczenia o kryptonimie „Lampart-19”. Jak pisze armia w komunikacie: „Głównym celem ćwiczenia będzie sprawdzenie poziomu wyszkolenia żołnierzy 1. batalionu czołgów oraz kompanii saperów 1. WBPanc., w tym sprawdzenie dowództwa i sztabu w planowaniu, organizowaniu i dowodzeniu pododdziałami w warunkach zbliżonych do działań na polu walki”. Czyli na poligonie żołnierze będą robili to, co robią żołnierze na poligonie. Zdawałoby się, że to absolutnie nic dziwnego. Otóż nie.

– Po dwuletnim okresie szkolenia i zgrywania poszczególnych elementów batalionu, czyli plutonów i kompanii, przyszedł czas na sprawdzenie batalionu. Tym samym pierwszy z naszych dwóch batalionów przejdzie certyfikację, która ma potwierdzić jego zdolności bojowe – powiedział mediom ppor. Artur Wróbel.

Dzięki temu wiemy, że ćwiczenia są dla wojska czymś mocno wyjątkowym. Na tyle, że przez dwa lata wojsko nie jest w stanie powiedzieć, czy tak duży twór militarny jak batalion jest coś wart, czy nie. Ale to samo wojsko będzie wszem i wobec utrzymywało, że jest potęgą.

„Nikt z nas nie pęka, chociaż krucho jest”

Istotnych informacji wojsko nie pozyskuje, ale za to bardzo chętnie dzieli się wiadomościami, które ma. Od paru tygodni „wszystkie dywizje Wojsk Lądowych oraz najwyższe dowództwa w strukturach Marynarki Wojennej oraz Sił Powietrznych podają internautom najświeższe informacje o swojej działalności w portalu Wojsko-polskie.pl. Portal stał się hubem informacji o naszych Siłach Zbrojnych” – chwali się MON w komunikacie.

Żeby tam tylko! Czytamy też, że: „2. Skrzydło Lotnictwa Taktycznego, 3. Skrzydło Lotnictwa Transportowego, 4. Skrzydło Lotnictwa Szkolnego, 11. Dywizja Kawalerii Pancernej, 12. Dywizja Zmechanizowana, 16. Dywizja Zmechanizowana, 18. Dywizja Zmechanizowana, 3. Flotylla Okrętów i 8. Flotylla Obrony Wybrzeża, jako pierwsze z dowództw Wojska Polskiego szczebla dywizyjnego i brygadowego prowadzą internetową komunikację za pośrednictwem nowoczesnych i atrakcyjnych wizualnie stron internetowych”.

Przy tej okazji można się dowiedzieć, że do końca tego roku wszystkie dywizje i brygady będą we wzmiankowanym portalu. Po co? „Aby ułatwić zainteresowanym osobom znalezienie informacji na temat służby i działalności naszego wojska zarówno w kraju, jak i poza jego granicami”. Naprawdę… I pewnie powstały specjalne kompanie, których zadaniem jest prowadzenie stron internetowych. Dziesiątki ludzi w mundurach będą zatem dostawały pieniądze za coś, co nikomu nie jest do niczego potrzebne.

* fragmenty piosenki z komedii „Jak rozpętałem II wojnę światową”

Facebook Comments