fot. Renata Byżycka
U nas co trzeci to aktor – jak nie „Wino truskawkowe”, to „Boże Ciało” albo Telewizja Trwam z drona. Niby dobrze. Ale Jaśliska Hollywood to się tylko tak łatwo mówi…

O Jaśliskach (pow. krośnieński) znowu stało się głośno za sprawą nominowanego do Oscara filmu „Boże Ciało” w reżyserii Jana Komasy. Wcześniej kręcono tu „Wino truskawkowe” na podstawie „Opowieści galicyjskich” Andrzeja Stasiuka, „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej, sceny z filmu „Wołyń” Wojtka Smarzowskiego i wiele plenerów do innych filmów polskich i zagranicznych. Magnetyczne, przyciągające filmowców miejsce, niesamowity klimat – słyszy cała Polska. Wieś gminna położona na łagodnych stokach Beskidu Niskiego, 10 km od Słowacji jest miejscem niezwykłym.

Jaśliska niegdyś było to miasto, gród obronny, który w czasie szwedzkiego potopu odparł najazd Rakoczego. Dziś wieś licząca około 500 mieszkańców. Średniowieczny rynek z unikatową drewnianą zabudową, w której chałupy pamiętają jeszcze XVIII w., a ich fundamenty i piwnice, połączone podziemnymi korytarzami z centralnie położonym zajazdem, średniowiecze. Przez jaśliski rynek, drogą z Węgier do Rymanowa, a potem dalej na Lwów albo do Krakowa, tłukły się wozy z hektolitrami wina z Tokaju i Eger. Na węgierskim szlaku kupcy liczyli złoto, a miasto rosło w siłę.

– W czynie partyjnym, społecznym ludzie musieli rozbierać resztki średniowiecznych murów obronnych i bram – opowiada mężczyzna spotkany na rynku.

W 1942 r. w pobliskim lesie na zawsze zniknęło 250 jaśliskich Żydów. Rok 1946 – koniec świata Łemków, Bojków i Wołosów. Lata 50. czas prosperity. Na zrównanych z ziemią łemkowskich zagrodach urządzono dwa potężne pegeery i dwie mniejsze filie.

– Bydło i rzepak, całe hektary – wspomina pan Jan z Woli Niżnej. – Ale ten dobrobyt niby, gdzie ludzie mieli zatrudnienie, a nie pracę, te pegeery, moralnie zniszczyły. Kraść nauczyli. Pić. W gospodzie piwa nigdy nie zabrakło, ale kufli często. Tak kradli – dodaje z uśmiechem.
W 1976 r. Jaśliska przestały być siedzibą gminy. Popadały w coraz większą ruinę.

– Był taki żart, że „kółko rolnicze” spalili, GS przepili, a Gminę sprzedali – śmieje się mój rozmówca. Na dobre rozpoczęła się era „truskawkowców”.

Wino truskawkowe

Dariusz Jabłoński, producent i reżyser, asystent Kieślowskiego, na miejsce akcji filmu z 2010 r., opartego na „Opowieściach galicyjskich” Andrzeja Stasiuka, wybrał wieś pod Duklą. Jak się czyta Stasiuka w dużym mieście, to można podejrzewać go o fantazję. A w Jaśliskich to wszystko, co opisał autor, jest naprawdę. I krzyże, i rozwalające się chałupy, i czeski traktor i gospoda, i nawet Lorenc Stanisław – jaśliski muzyk i społecznik, którego czardasze i organy znalazły się na ścieżce muzycznej do filmu Jabłońskiego, skomponowanej przez innego Lorenca – Michała. Ale przede wszystkim są tu ludzie nieskażeni, chętni do grania w filmie.

– Chwalili tu nas, że karni, posłuszni jesteśmy. Tylko reżyser krzyknął: „Dubel!”, to wszyscy grzecznie się schodzili – wspomina pan Edek. – 50–60 złotych dniówki było – dodaje uczciwie.

Po filmie do Jaślisk przyjechał sentymentalnie Marian Dziędziel. Stasiuk też był. Podobno szukał domu, ale nikt go drugi raz nie widział. Kiedy zachwyceni krytycy nazywali film magiczną historią, a Jaśliska Małymi Bałkanami, kłaniali się życiowej mądrość prostych ludzi, gdzie miłość, wina i pokuta są święte, lokalna społeczność widziała w nim swoją smutną rzeczywistość. Stada pijaków, „truskawkowców” stojących wiecznie na rynku, siedzących na ławce pod „Groszkiem” u Edka.

– Chyba musiałby stać się cud, żebym ja zatrzymał w Jaśliskach dzieci. Niech wpław do Ameryki, Brukseli, wszędzie tylko nie tu – mówi pan Stanisław. – Tu bieda. Teraz jest biednie, ale 10 lat temu to ruina była. Dalej w Jaśliskach nie ma pracy, żyją z zasiłków. Młodych nie ma, to i dzieci się nie rodzą. Domów ile pustych. Co innego zobaczyć to w filmie gdzieś w Polsce, co innego tu żyć – dodaje.
Po projekcji filmu trochę turystów przyjechało zobaczyć Jaśliska.

– Wino truskawkowe o smaku malinowym – śmieją się ekspedientki od Ediego ze sklepu „Groszek”. – Półtora litra kosztowało kilka złotych. No trzeba było mieć na stanie, bo czasem jakiś turysta, wielbiciel filmu i Stasiuka, kupował i pił na miejscu – dodają kobiety.

Górka biskupa i Francuzi

Ci, którzy nie dali się winu, wyemigrowali do Włoch, Grecji, Francji, a do Jaślisk przyjeżdżali tylko latem. Kilka razy mówiono nam o jednym wikarym, co tu był lata temu, który wskazał, co może uratować Jaśliska: samodzielna gmina, szkoła dla dzieci, wyremontowana droga na Słowację dla turystów, wyciąg narciarski i kąpieliska, które wybudował Jean Pierre. Jean Pierre to tak naprawdę dawny drwal Jan Łątka, który dorobił się we Francji i robił co mógł dla lokalnej społeczności. Dzięki Łątce Jaśliska miały zalew-basen, wybudowany na rzece.

– Na Kamieniu (wzniesienie – przyp. aut.) miał być stok narciarski, taki jak u zielonoświątkowców w Puławach, ale tu był kłopot, bo górka należała wtedy do biskupa Michalika i nie chciał sprzedać, choć Jean Pierre kupił mu niby w zamian działkę budowlaną w Daliowej. No i nie ma do dziś. Taka była gadka – opowiada jeden z mieszkańców.

Z zalewu już też nic nie zostało. A Jean Pierre to już dziś tylko Janek Francuz, co ma dwa sklepy i tartak. Grubo po siedemdziesiątce i po udarze. Do prawdziwych Francuzów miały Jaśliska szczęście w 2016 r., kiedy to ekipa kręcąca czarną komedię „Wielkie zimno” z Jean-Pierre’em Bacrim, gwiazdą francuskiego kina, wybrała Jaśliska. Beskidzkie bezdroża wygrały wtedy z plenerami Kanady i Bułgarii.

Nasza Matka Boska

„Kościołowe” sceny do „Bożego Ciała” były kręcone pod Warszawą, bo na jaśliski, XVII-wieczny kościół pw. Katarzyny Aleksandryjskiej nie zgodziła się przemyska kuria. Poszło o scenariusz, ale oficjalna wersja to taka, że kościół w Jaśliskach to sanktuarium ze świętym, koronowanym przez JP2 obrazem. Przy wjeździe do Jaślisk czytamy na tablicy: „Gorąco i serdecznie witamy w Jaśliskach, zapraszamy do stóp Matki Bożej Królowej Nieba i Ziemi”. Prawdą jest, że czczona tu ikona ma zacną i wręcz symboliczną dla tego regionu historię. XVII-wieczna, namalowana na desce, słowacka madonna, uratowana przez polskich katolików z rąk innowierców, pod którą modlą się też prawosławni i grekokatolicy, musi być niepowtarzalna.

Tak czy inaczej, jeszcze 10 lat temu filmowcy robiący opowieść o winie truskawkowym mogli kręcić film bez przeszkód w lokalnym kościele. Komasie już nie było to dane.

– Na plebanii też nie pozwoli na zdjęcia – opowiada pan Edek. – Plebania była zrobiona u Stanisława w domu. Nawet dał im szopę spalić, jak kręcili pożar. Dwa dni go namawiali, ale w końcu dał – dodaje.

Większymi względami od Jana Komasy cieszy się w jaśliskiej parafii ekipa innej telewizji.
– „Trwam” u nas nadawała pielgrzymki i Zjazd Rodzin Radia Maryja – wspomina październikowe wydarzenie starsza mieszkanka.
– Pięknie było, ludzie z całej Polski – zachwyca się. W październiku ubiegłego roku, tuż przed wyborami, Jaśliska przeżyły zlot sympatyków Rydzyka.
– Nie tylko was słyszę, ale widzę. Ładnie ludzie wyglądają. Pokazują mi teraz Jaśliska z góry, z drona. Pięknie! O, widzę też pana posła Piotrowicza. Gratulacje, panie pośle. Nie łamać się nic! Jak pana szczypią w tych mediach złośnicy, to błogosławić i mówić: „Panie Boże, przemień złośników”. Życzę panu, żeby pan, jeśli startuje w wyborach… Może warto powiedzieć, z którego miejsca? Z piątego? Dwudziesty drugi okręg? Piątka to znaczy bardzo dobrze. Wybierajmy, drodzy, dobrze i idźmy na wybory wszyscy – mówił z telebimu do wiernych redemptorysta z Torunia.

Ludzie wierzą tu bardzo i w Boga, i Kościół, i w Piotrowicza. Do tego stopnia jest to wiara mocna, że nie da się wytłumaczyć mojej rozmówczyni, że ich idol to prokurator stanu wojennego.
– Ale księży bronił! – argumentuje starsza kobieta.
Nie można zaprzeczyć. Bronił. Księdza pedofila z oddalonej o dziewięć kilometrów od Jaślisk Tylawy. Jaśliska trwają polskie i katolickie. A polskość i wiara mają tu wyłącznie twarz PiS.
– Tacy jesteśmy, tu nic nie ma co wymyślać. Jak śpiewamy w kościele, to głośno. Jak się modlimy, to za swoich. Jak głosujemy, to na PiS – podkreśla jeden z rozmówców. – Chociaż powiem, że zaczynają coś za bardzo się mądrzyć – dodaje.

Gmina filmowa
fot. Sebastian Sobieraj

Gmina Jaśliska jest najmłodszą i najbiedniejszą gminą w woj. podkarpackim. Powstała w 2009 r., po wielu próbach lokalnych działaczy, którzy latami zabiegali o odzyskanie utraconego w 1976 r. statusu. MSWiA musiało pominąć uwarunkowania ekonomiczne, uzasadniając pozytywną decyzję argumentami socjalnymi i geograficznymi, takimi jak: wola mieszkańców lokalnej społeczności, lokalne więzi społeczne, historyczne i gospodarcze, jednorodność terytorium pod względem osadniczym.

– Gminę zrobili z siedmiu wsi. A tak naprawdę to z czterech, bo w trzech, Czeremsze, Lipowcu i Woli Wyżnej, nikt nie mieszka. To wsie widma, tylko na mapie, opuszczone – opowiada pan Stanisław. – Dostaliśmy osiem milionów budżetu, z czego ponad sześć szło na same szkoły. Zostawało niecałe dwa miliony. I co z tym robić? – głowi się.

Wokół nie ma żadnego przemysłu, żadnych zakładów pracy. Od północy dumny i zachłanny na turystów Rymanów-Zdrój. Ciężko pokonać takiego konkurenta, chociaż tereny wokół Jaślisk niczym nie ustępują kurortowym. Jak przyjąć profil gminy, skoro tu same zakłady karne i ewentualnie tartaki? Brakuje infrastruktury turystycznej, zaplecza medycznego. Zrobione są tylko główne drogi.
– Jak PKS Krosno upadł, to nie było czym jeździć wcale – opowiada pan Edek. – Teraz też nie, ale wożą tu z Moszczańca i Łupkowa więźniów do roboty w Rymanowie i ludzi też biorą tą więźniarką, jak stoją na przystanku – mówi tak, jakby to było oczywiste.
– Najważniejsze, żeby kanalizację zrobili, bo walim wszystko do Jasiołki jak na razie – opowiada jeden z mieszkańców.
Ale żeby zrobić, trzeba mieć fundusze. Gmina poszukiwała swojej niszy, swojej szansy. Dla siebie i dla mieszkańców. I wydaje się, że taką szansę przynieśli Jaśliskom filmowcy, których coraz więcej we wsi. Tym razem Podkarpacki Regionalny Fundusz Filmowy dobrze wybrał produkcję, którą dofinansował zaledwie 330 tys. zł, dając ogromną szansę beskidzkiej gminie i ludziom.

Zakochać się i zostać

– Wracaliśmy terenówką i chcieliśmy się napić kawy – opowiada pani Iwona, właścicielka baru „Czeremcha” na rynku Jaślisk. – Zachwycił nas polski syf małomiasteczkowo-wiejski. Kawy nie było się gdzie napić, ale był za to wiejski szalet i zapach pieczonego chleba z piekarni, nieładne psy, bogato zdobione drewniane domki i dekadencko brzydki Dom Ludowy. Przyszła „Czeremcha”, nasz bar rudera, była nam oczywiście znana jako Galicja z „Wina truskawkowego”. Gospoda w tym miejscu istniała od dawna. Po otwarciu baru ludzie spoglądali na nas z dystansem. Trzeci rok, a jednak obcy. Patrzyli na mnie dziwnie, kiedy wieszałam pranie w niedzielę. Do tego pies bez smyczy, kury podusił sąsiadowi. Ale jak potrzeba, to pomogą – podsumowuje kobieta.

Moja rozmówczyni pani Iwona była statystką w filmie „Boże Ciało”. Występowała w kilku scenach.
– Na to wszystko patrzę z taką nadzieją, że te filmy, że sukces „Bożego Ciała” wreszcie da wiatr w żagle temu magicznemu miejscu. Tego nie można zmarnować – podsumowuje.

Plany na już

Obieżyświat, przewodnik, pasjonat Jaślisk – Sebastian Szałaj, czyli Dziki Beskid. „Biznesmenem homeopatyczny”, jak o sobie mówi, osiadł w Jaśliskach po życiowych perypetiach.

– Potrafię załatwić, pospinać wiele spraw, ale na efekty trzeba było czekać – śmieje się Beskid. – Jaśliska przygnębiają i urzekają. Polityka, która tutaj zrasta się z tradycją i Kościołem, dyktuje życie tych ludzi, którzy wierzą święcie – dodaje. Sebastian w „Bożym Ciele” grał komendanta straży pożarnej. To była poważna rola. Zżył się bardzo z filmowcami.
– W 2018 r. przyszedł do mnie do domu Janek Komasa i zaproponował udział w filmie. Zgodziłem się – opowiada. Dodając, że nie żałuje.
Od kilku lat w Jaśliskach mieszka także Jakub Zaborowski, były konsul Polski w Los Angeles i Londynie.
– Musiałem odnaleźć swoje miejsce. Pomyślałem, że zazdroszczę tym ludziom wiary, spokoju. Po małych perypetiach trafiłem dom w Jaśliskach. W końcu mam moje miejsce. Mało rzeczy mnie tu razi – mówi pan Jakub.
Właśnie za sprawą wspomnianych i „Bożego Ciała” już niedługo w Jaśliskach dużo się zmieni. Z tego kręcenia i filmowania powstało stowarzyszenie „W Krainie Źródeł”. Prezesem jest w nim Dziki Beskid – Sebastian Szałaj, wiceprezesem konsul Jakub Zaborowski. Wspólnie z filmowcami zaangażowanymi w „Boże Ciało” już w tym roku organizują w Jaśliskach Karpacki Festiwal Filmowy.
– Chcemy, żeby był to festiwal międzynarodowy. I taki będzie. Po jednym autokarze z jednego kraju. W tym roku, w lipcu organizujemy już prekursorski festiwal. Chcemy, żeby co roku na rynek zjeżdżały autobusy z muzykami i rękodzielnikami z Ukrainy, Słowacji, Węgier, żeby odbywały się pokazy filmów. Obok baru „Czeremcha” było kiedyś kino, chcemy je reaktywować. Musimy tylko dogadać się z gminą, która chce tam przenieść swój urząd i zrobić parking – mówi Sebastian.

Nadzieję mieszkańców i działaczy podzielają także urzędnicy.
– Ten film to nasza szansa. To duża promocja dla naszej gminy. Jaśliska stały się swego rodzaju miasteczkiem filmowym. Myślę, że przyjadą tu ludzie, którzy będą chcieli zobaczyć miejsca, gdzie były kręcone sceny do filmu, co na pewno przyczyni się do ożywienia turystyki naszego regionu – mówi „FiM” Alicja Majdosz, zastępca dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury i Czytelnictwa w Jaśliskach, która grała w nominowanej do Oscara produkcji żonę wójta.

Co najważniejsze, są już pierwsze jaskółki, pierwsze oznaki przebudzenia utrudzonych Jaślisk. Krzysztof, który wrócił z Włoch, rozpoczął budowę karczmy z hotelem. Pod karczmą odnawia średniowieczną piwnicę na wino. Wszystko z bali, z podcieniami, w stylu dawnego rynku.
– Nikt nie spodziewał się, że to będzie takie wielkie – mówi pani Iwona.
W jednej ze starych chałup powstaje muzeum.

***

Widoczny znak potęgi Jaślisk stoi w krzakach naprzeciwko cmentarza. Skromną, żeliwną kolumnę zwieńczoną latarnią i kopertowym daszkiem postawiono podobno kilkaset lat temu na cześć mieszczan, tych, co dali radę Rakoczemu. Jaślisk nie widać ani z Dukli, ani z Krosna, ani z Tarnowa, a w Warszawie jeszcze mało kto wie, gdzie leżą. Lata temu zostawione same sobie, z ruiną po tych czterech pegeerach, drogą z przejściem granicznym, która na mapie prowadzi na Słowację, ale w rzeczywistości jej nie ma, dziś dostały szansę.
– Zobaczysz, Jaśliska będą przeżywać swoje pięć minut. To się właśnie zaczyna, dzięki filmom, dzięki „Bożemu Ciału”. Tylko jak się przez to zmienią i czy czegoś przy tym nie stracą? – zastanawia się Dziki Beskid.
– Ten film to obraza Kościoła. Jak można księdza udawać? Film dostaje teraz nagrody, ale tylko dlatego, że opluwa Kościół, bo to modne teraz – uważa pan Stanisław, który użyczył domu na filmową plebanię.

Nie, Panie Stanisławie, bo ludzie z kina wychodzą po „Bożym Ciele” lepsi…. Wierzymy, że stanie się cud przemiany jaśliskich marzeń w rzeczywistość. Jaśliska wrócą na dawny, dumny szlak węgierskich win, a zerwą z łatą krainy „truskawkowców”.

Facebook Comments