fot. Adobe Stock
Gdyby od księdza administratora Starych Powązek zależała definicja „wiecznego odpoczynku”, to nie miałaby ona nic wspólnego ze świętym spokojem po śmierci.

Awantury z żałobnikami, przeprowadzki pochówków, lekceważący stosunek do bliskich zmarłych, brak dbałości o bezpieczeństwo nekropolii – to nieliczne z win krnąbrnego duchownego.
Powązki to cmentarz symbol. Są one jedną z cenniejszych kolekcji małej architektury i rzeźby nagrobnej w Polsce. Administracyjnie znajdują się pod opieką Metropolitarnej Diecezji Warszawsko-Praskiej. Od kilkudziesięciu lat funkcję nadzorcy nekropolii pełni ks. Marek Gałęziewski. Od początku kariery ksiądz Gałęziewski nie cieszy się opinią dobrego gospodarza. W roku 2014 r., po fali tzw. złej prasy, jaka spłynęła na księdza administratora, pojawiła się mała szansa na to, że kuria zaprowadzi porządek na Powązkach.
– Dotarły do nas sygnały, że na Starych Powązkach dzieją się niepokojące rzeczy. Zostanie to wkrótce wyjaśnione – zapowiadał wówczas rzecznik kurii ksiądz Przemysław Śliwiński. Do dziś nic nie zostało wyjaśnione, a konfliktów oraz niedociągnięć zdaje się tylko przybywać.

Samowola, złodzieje i monitoring

Ciężko się o tym pisze, ale po kilkunastu latach urzędowania ks. Gałęziewskiego odwiedzający Powązki zdążyli się już przyzwyczaić do porozrzucanych gałęzi, sterty liści, wypalonych zniczy czy zeschłych wianków, walających się pomiędzy nagrobkami. Tylko w 2018 r. Komenda Rejonowa Policji przy ul. Żytniej przyjęła ponad 50 zgłoszeń o zniszczeniu grobów. Złodzieje wyrwali metalowe litery i ornamenty z grobów przedwojennych lotników Żwirki i Wigury, Stefana Jaracza, Władysława Podkowińskiego, Niny Andrycz, przodków Katarzyny Skrzyneckiej, Ilony Łebkowskiej oraz wielu innych artystów i powstańców warszawskich. Teren Powązek zajmuje około 43 ha, a ks. Gałęziewski zdecydował się na zainstalowanie zaledwie kilku kamer przy bramach. Kiedy w 2012 r. złodzieje nie oszczędzili Alei Zasłużonych i ograbili pomniki Kazimierza Wierzyńskiego, Bohdana Pniewskiego, Jana Zachwatowicza i Melchiora Wańkowicza, Adolfa Dygasińskiego, Jerzego Waldorffa oraz zbezcześcili grobowiec rodzinny Michnika, rozpoczęła się batalia o instalację monitoringu. Ksiądz administrator nie podjął jednak tematu.
– Mamy swój system pilnowania cmentarza. Jaki? To nasza tajemnica jak w UOP. Na Starówce niszczony jest posąg Syrenki, to grobu na Powązkach też nie da się upilnować – twierdził wówczas w rozmowie z mediami.
Fakty jednak dowodziły, że na cmentarzu nie było żadnej ochrony, a wszelkie rozmowy kurii z magistratem na temat wspólnej ochrony zabytku kończyły się fiaskiem. Co gorsze, prałat administrator bagatelizował problem, a wręcz drwił ze złodziejskich incydentów.
– Próbowałam interweniować u księdza, który opiekuje się cmentarzem. Wywiesił kartkę w kancelarii, aby ubezpieczać groby i go nie informować o kradzieżach. Tyle go to obchodzi – relacjonuje kobieta opiekująca się grobem Niny Andrycz. – Zgłaszanie na policję także odradzał, bo twierdził, że to tylko strata czasu – dodaje.

Pochówek „na pokot”

Zdaniem większości odwiedzających Powązki, ks. Gałęziewski sam przyczynia się do dewastacji i umniejszenia rangi nekropolii oraz sprowadzenia jej do rangi lastrykowego cmentarza. Z jego inicjatywy w najstarszej części Powązek wzniesiono współczesne, jarmarczne nagrobki oraz grobowiec o wyglądzie silosu, przeznaczony dla księży. Ksiądz samowolnie, bez wiedzy konserwatora i rodzin, by zyskać przestrzeń dla tego monstrum, przesunął wówczas starsze pomniki. Przed nastaniem rządów księdza dyrektora w Alei Zasłużonych na Starych Powązkach nie powstawały nowe groby, gdyż nie było na nie miejsca. Gałęziewski rozwiązanie znalazł w 2016 r., kiedy to rozpoczął pochówki na wąskich, metrowych paskach ziemi pomiędzy istniejącymi mogiłami. Kiedy zbulwersowany dr Jerzy Szumski, bratanek pisarki Marii Dąbrowskiej i pełnomocnik jej spadkobierców, zwrócił uwagę na ciasnotę i brak dostępu do grobowca pisarki, usłyszał od księdza, że „Dąbrowską można sobie stąd zabrać”.
– Grób Marii Dąbrowskiej nie został w niczym uszczuplony, a rodzina nie może rościć sobie żadnych praw do przyległych terenów – stwierdził w pisemnej odpowiedzi na zarzuty Szumskiego ks. Gałęziewski. – Niezagospodarowane powierzchnie Alei Zasłużonych, za małe dla trumien, będą wykorzystywane na pochówki urnowe, bo cmentarz boryka się z trudnościami finansowymi – zakończył autorytatywnie.
Jako pierwszego pochowano w ten sposób muzykologa Bogusława Kaczyńskiego, następnie Wojciecha Młynarskiego i kolejnych. Za wąski skrawek gruntu w Alei Zasłużonych rodziny płaciły około 100 tys. zł. Co więcej, każdy z tych pochówków obywał się bez zgody konserwatora zabytków.
– Zarządca Starych Powązek nie zwracał się do mazowieckiego wojewódzkiego konserwatora zabytków w sprawie pochówków obok pomnika nagrobnego Marii Dąbrowskiej, a powinien – informowała wówczas Agnieszka Żukowska, rzeczniczka konserwatora.

Płać i milcz

Przemysław Śliwiński, rzecznik archidiecezji warszawskiej, przyznaje, że skargi na administratora wpływają do kurii często.
– Stare Powązki mają wartość zabytkową, przez co mechanizm postępowania na tym cmentarzu jest specyficzny – mówi rzecznik. – Nie jest tak, że zawsze winien jest tylko ksiądz – dodaje.
Zapewne tak jest, ale nawet z zachowań księdza, które nie budziły wątpliwości, kuria nie wyciągnęła żadnych konsekwencji. Od dwóch lat na reakcję zwierzchników administratora oczekuje emerytowany pułkownik, który za to, że nie chciał zapłacić horrendalnych kwot za pochówek w rodzinnym grobowcu, został wyklęty przez prałata „do siódmego pokolenia”.
– Od 50 lat mamy wykupiony grób na Starych Powązkach, w którym pochowany został mój teść – relacjonuje „GW” jeden z czytelników. – Teściowa zostanie pochowana u nas, kilkadziesiąt kilometrów od męża. Musieliśmy zrezygnować z Powązek, gdyż ksiądz zażądał około 10 tys. opłat „za infrastrukturę” i opłaty kancelaryjne, gdy dowiedział się, że pogrzeb ma mieć świecki charakter – żali się mężczyzna.
Do notorycznych utarczek z administratorem dochodzi przy okazji pochówku artystów.
– Wy, aktorzy, myślicie, że wszystko wam wolno – tak miał zareagować ksiądz ze Starych Powązek na prośbę wdowy, by na pogrzebie jej męża, artysty estradowego, głos mógł zabrać jeden z przyjaciół. – Póki ja żyję, w kościele nie odezwie się żadna świecka osoba – dodał.
Nie zmienił zdania, pomimo że wdowa za samo miejsce pochówku zapłaciła ponad 10 tys. zł, z czego 5 tys. zł na rzecz cmentarza, za co dostała fakturę, i drugie tyle za dzierżawę, bez faktury.
Szokuje opowieść pani Agnieszki:
– Mamy na Powązkach grobowiec rodzinny. Jest to grobowiec typu zamkniętego, wolnych do pochówku miejsc w nim nie ma. Dbamy o niego, opłacamy, odpowiadamy na korespondencję administracji cmentarza. Pewnego dnia patrzymy, a tu na naszym grobowcu czyjaś klepsydra! Ksiądz dyrektor dosłownie podrzucił nam ciało zmarłej, której córka chciała chyba dorobić sobie warszawski życiorys. Wziął za ten nielegalny pochówek kilkadziesiąt tysięcy złotych! – denerwuje się.
Sprawny adwokat, groźba zawiadomienia prokuratury (zbezczeszczenie znajdujących się w grobowcu prochów), skarga do kurii i groźba zawiadomienia mediów załatwiły sprawę o tyle, że „podrzucone ciało” przeniosło się do jednego z podwarszawskich miasteczek. Księdzu włos nie spadł z głowy…
Po każdym zajściu związanym z Powązkami kuria manifestuje, że skończyła się jej cierpliwość i zamierza wyświetlić sprawę księdza Gałęziewskiego. Na obietnicach się jednak kończy, a zabytkowa nekropolia niszczeje z dnia na dzień. Do przełożonych prałata nie dotarł nawet niemy krzyk, wysłany przez zrujnowany zabytek, kiedy to na kilkadziesiąt grobowców runął mur okalający cmentarz. Kościół zapomina, że Powązki to nie jakiś tam przykościelny cmentarzyk, a narodowe dziedzictwo, które powinno być ocalone i potrzebuje dobrego gospodarza.

Facebook Comments