– Wbrew pozorom to dzięki Kościołowi stałem się silny. Molestowanie przez księdza i postawa instytucji, która go kryła sprawiły, że zdecydowałem się swoją krzywdę przekuć w coś dobrego. Pomogę innym ofiarom, które nie miały tyle szczęścia co ja, czyli wsparcia rodziny – mówi Dariusz Kołodziej.

Na spotkanie z Darkiem Kołodziejem jadę do Strzelec Opolskich, gdzie prowadzi salon fryzjerski. Denerwuję się, jak zawsze przed taką rozmową. Gdy wchodzę do środka, Darek strzyże ostatniego klienta. Wygląda na zadowolonego i pewnego siebie. Zupełnie inaczej niż na konferencji w Sejmie, gdy pierwszy raz publicznie opowiedział o tym, że jako 13-latek padł ofiarą ks. Mariusza K., wikarego z parafii w Jemielnicy (woj. opolskie).
– Twoją twarz kojarzą teraz chyba wszyscy. Wszystkie telewizje chcą cię pokazywać – niepewnie zaczynam rozmowę.
– Sześć lat milczałem. Przez ten cały czas się czegoś bałem… konsekwencji, wstydu, reakcji ludzi. Najgorszy jest chyba wstyd. Nie, najgorsze były pierwsze trzy miesiące, kiedy byłem z tym sam. Ksiądz udawał, że nic się nie stało, odprawiał msze. Tą ręką, którą mnie onanizował dawał komunię innym dzieciom. Nie mogłem na to patrzeć. Chodziłem do kościoła, ale sprawdzałem grafik, żeby się z nim nie spotkać. To było trudne, bo miałem z nim lekcje religii – mówi. Widzę, jak znika jego pewność siebie i w środku zamienia się w tego 13-letniego, bezbronnego i skrzywdzonego chłopca.
Rozmawiamy o podłych komentarzach na jego temat w internecie i na ulicy, ale i o ogromnym wsparciu, ciepłych słowach, jakie dostaje codziennie od zupełnie obcych ludzi. Podziwiam wystrój salonu, który sam wymyślił i urządził: klasyczne meble, turkusowe ściany, złote dodatki. Wszystko jest dopracowane w najmniejszym szczególe. To miejsce ma klimat.

Mariusz K.

Proces karny ks. Mariusza K. toczy się w Sądzie Rejonowym w Strzelcach Opolskich od kwietnia 2018 r. Kilka dni temu sędzia po raz trzeci odroczył rozprawę, na której miał zapaść wyrok. Ksiądz przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Mariusz K. w parafii w Jemielnicy był odpowiedzialny m.in. za przygotowanie ministrantów do służby w kościele. Tak właśnie poznał Darka.
– Wtedy byłem bardzo religijny. Dwa razy dziennie chodziłem do kościoła. Wstawałem o 4 rano, zajmowałem się swoim ogródkiem, słuchałem w radiu „godzinek” i jeszcze przed szkołą szedłem na mszę. Do szkoły zawsze nosiłem brewiarz. Wtedy najważniejsze było dla mnie perfekcyjne czytanie w kościele. Ksiądz Mariusz był fajny, wszyscy ministranci go lubili. Był takim luzakiem, grał na perkusji, śmialiśmy się czasami z niego, bo rzucał „sucharami” – opowiada.
Na starej legitymacji ministranckiej Darka widnieje podpis Mariusza K. W trybie przyspieszonym spełnił marzenie chłopca o służeniu do mszy.
– Sprawiał, że czułem się wyjątkowo. Doceniał mnie, chwalił przy wszystkich. Zabierał na różne wyjazdy. Moi rodzice się wtedy rozwodzili, a on sprawiał wrażenie, że chce zastąpić mi ojca – mówi Darek.
Ksiądz miesiącami zdobywał zaufanie chłopca i jego rodziny. W końcu w ich domu był stałym bywalcem.
– Potrafił zadzwonić, że zaraz będzie na grillu. A ja, głupia, biegłam do sklepu i kupowałam kiełbaski i węgiel. Był dosyć nachalny. Nie zawsze mieliśmy ochotę na jego wizyty, no ale jak odmówić księdzu – opowiada pani Irena Kołodziej, mama Darka.
Pani Irena nie przypomina rodziców ofiar księży pedofilów, którzy często odwracają się od własnych dzieci. Przy mamie Darek robi się odważniejszy.
– Przed moimi urodzinami ksiądz Mariusz powiedział, że ma dla mnie niespodziankę. Zabrał mnie do spa w Głuchołazach. Rozebrał się tam do naga. Chciał, żebym też się rozebrał. Dla mnie to było strasznie krępujące i uparłem się, że zostanę w majtkach. W spa nie stało się nic złego, dopiero gdy wracaliśmy do domu… Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do znajomego księdza, piliśmy herbatę, było późno i ten proboszcz zaproponował nam, żebyśmy zostali na noc. Ksiądz Mariusz powiedział, że musimy wracać, bo ja rano idę do szkoły. Cieszyłem się, że wracamy do domu, bo to był bardzo dziwny dzień. W aucie nagle zapytał mnie, czy coś się stanie, jeśli jutro jednak nie pójdę do szkoły. Zjechał na pole. Mieliśmy w tym samochodzie spać. Minęło może 15 minut, zamknąłem oczy, już przysypiałem, gdy nagle poczułem jego dotyk. Udawałem, że śpię. Bałem się, że jak jest w stanie robić takie rzeczy, to pewnie mnie zabije i zakopie. Miałem zamknięte oczy i czekałem, aż to się skończy. Gdy skończył, po prostu zasnął w tym samochodzie. Rano, gdy wracaliśmy do domu, zapytał, jak mi się spało i czy coś pamiętam. Skłamałem, że nic nie pamiętam i dobrze się wyspałem – mówi przez łzy.
Ksiądz nadal przyjeżdżał do domu Kołodziejów.
– Zapraszałam go na kolację. Darek zaczął wychodzić, mówił, że musi coś załatwić. Wtedy nie dało mi to do myślenia. Dopiero z czasem, kiedy zaczął zamykać się w pokoju, gapić w sufit, ciągle miał załzawione oczy. W nocy miał koszmary, ręce mu się trzęsły. Miał tiki nerwowe na twarzy. Byliśmy u neurologa, ale nic nie wyszło. Pytałam ciągle, czy coś się stało. Myślałam, że ma jakieś problemy w szkole – opowiada pani Irena.
– Długo próbowałem zrozumieć, co się w ogóle stało. Rozpamiętywałem to minuta po minucie. Ta dziecięca bezsilność… Pytania, których nie możesz nikomu zadać: Może ja coś źle zrozumiałem? Może to ze mną jest coś nie tak? Może to wcale tak nie było? Niestety, było – dodaje Darek.

Uśmiech do kamery

Kilka dni przed naszym spotkaniem biskup diecezji opolskiej Andrzej Czaja publikuje list otwarty, w którym przeprasza Darka.
„(…) Z całego serca przepraszam Pana, podobnie jak w naszym pierwszym spotkaniu i w liście pasterskim, za to, czego dopuścił się wobec Pana ks. Mariusz. Przepraszam za wielką krzywdę, którą Panu wyrządził dopuszczając się przestępstwa pedofilii. Przykro mi też, że podjęta droga dyskrecji przysporzyła Panu jeszcze więcej bólu i cierpienia” – czytamy w liście biskupa.
Biskup w liście opatrzonym jego zdjęciem z uroczym uśmiechem nie wspomina jednak, że Darek przez tydzień zabiegał o spotkanie z biskupem i był odsyłany od jednego do drugiego pracownika kurii.
– Na moją prośbę odpowiedział ks. Joachim Kobienia, który odesłał mnie do ks. Sylwestra Pruskiego, delegata biskupa ds. ochrony dzieci i młodzieży. Ten odesłał mnie do ks. Łukasza Kniecia, diecezjalnego duszpasterza młodzieży, a do spotkania i tak nie doszło. W końcu zaproponowali mi spotkanie w ostatniej chwili. Nawet nie było mnie wtedy w Opolskiem, więc odmówiłem – tłumaczy Darek.
– Jeżeli biskup chciałby szczerze i z głębi serca przeprosić, powinien to zrobić osobiście. Albo wysłać do niego prywatny list, a nie pokazywać mediom, żeby cała Polska widziała, jaki on jest dobry i jak teraz „cierpi” – komentuje pani Irena. – Może w tej swojej „dobroci” i otwartości przypomni sobie, jak w kurii kazali mi pod krzyżem i z ręką na Biblii przysięgać, że nikomu nie powiem o tym, co się stało? – dodaje.
– 1 maja 2013 r., czyli rok po tym jak zgłosiliśmy sprawę w kurii, biskup przyjechał do Jemielnicy z okazji Diecezjalnego Święta Rodziny. To było wielkie wydarzenie, bo z tej okazji powstało Bractwo Świętego Józefa, skupiające mężczyzn z naszej diecezji. Była wtedy taka akcja, że mężczyźni podawali sobie różaniec z prośbą o zmówienie w jego intencji dziesiątki różańca. Ja, 14-latek, podałem biskupowi Czai różaniec i poprosiłem, żeby się za mnie pomodlił, a on odmówił. Powiedział, że jakby miał tak się za wszystkich modlić, toby z kaplicy nie wychodził. To był dla mnie cios. Popłakałem się i wyszedłem z zakrystii. Krótko potem przestałem chodzić do kościoła – wspomina.

Nie bójcie się

Proszę Darka, by postarał się „podsumować samego siebie” po tym wszystkim, co spotkało go kiedyś i co spotyka go teraz.
– Może tak miało być, może to wszystko miało spotkać właśnie mnie, żebym pokazał innym, że można dać sobie z tym radę. Ciężko, bardzo ciężko, ale można… Trzeba o tym głośno mówić. Nie bójcie się! Nie czekajcie. Ja się bałem za długo. Nie możecie milczeć, bo im dłużej to w was siedzi, tym większą krzywdę sobie robicie – mówi i łzy znowu podchodzą mu do oczu.
Przegadaliśmy kawał nocy. Rozmawialiśmy o wszystkim: o jego pracy, o muzyce, zdrowiu i marzeniach. Darek jest fantastycznym chłopakiem, pełnym optymizmu i zwykłej ludzkiej dobroci. Dalej walczy z traumą dzieciństwa, ale daje radę. Daje też przykład innym skrzywdzonym przez księży: nie bójcie się mówić o swoich cierpieniach.

Facebook Comments
Poprzedni artykułOłówki na sztorc!
Następny artykułSzkoły przyszłości
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).