Ziomale Pana Boga

Próbą pozyskania dla Kościoła najmłodszych są coraz śmielej poczynający sobie księża-raperzy, którzy w utworach zamieszczanych na platformie YouTube próbują „zasiać ziarno” Ewangelii poprzez hip-hop.

Najpopularniejszym rymującym duchownym jest ks. Jakub Bartczak z Wrocławia. Kanał księdza na YouTube ma ponad 89 tys. subskrybentów, a publikowane przez niego piosenki i teledyski nierzadko mają kilkusettysięczne grono odbiorców. Najpopularniejszym utworem ks. Bartczaka z gościnnym udziałem Fragua jest remiks „Wolność”, który przekroczył półtora miliona wyświetleń. (…)
Teksty są w przytłaczającej większości poświęcone religii i życiu duchowemu, co nie powinno dziwić. Ksiądz łączy wątki biblijne z hiphopową nawijką. I tak przykładowo w utworze „#Hot16Challenge” duchowny odczytuje fragment wstępu Listu do Hebrajczyków, a dopiero później zaczyna rapować. „Wypluwa” słowa: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!/Spoko luz, no to już, no to ciach, bez kitu/Dla mnie hot16 to ten list do Hebrajczyków/ Tytuł, mój krótki komentarz spod pod tłuściutkiego bitu/Rap ewangelizacją, modlitwa jest gwarancją/Cisnę gorącą szesnastką”. Odbiór przytoczonego utworu był na tyle duży, że przy jego premierze sylwetka księdza została opisana w portalu TVN24.

Ksiądz Bartczak ma jednak także ciemniejszą stronę. Wiadomo, że jest konserwatystą („Przede wszystkim ksiądz-konserwatysta” – jak sam deklaruje), a niektóre jego utwory zawierają treści podchodzące pod homofobię. W piosence „Po prostu wierzę” duchowny twierdzi: „Dla nowoczesnych wartości jak chrześcijaństwo Polska/To zaścianek i wioska rap plus ksiądz, ciekawostka/Nie jest prosta wiara w Boga, ale mieć ją jest spoko/Jak ksiądz Dariusz Oko mówię prawdę dosadnie/ Tak trzymam mikrofon, składam rymy w sutannie…

Aut. Norman Tabor

Piłkarz z bożej łaski

Historia jakich wiele. Najpierw perspektywa wielkiej kariery, pieniądze, balangi, potem upadek i nawrócenie. Wygląda na to, że techniki chrześcijańskiego Boga nie zmieniły się od tysiącleci. Metoda kija i marchewki wciąż działa.

(…) Zaczęło się od marchewki. Bóg dał Jakubowi talent. Już jako sześciolatek zaczął trenować z juniorami. Był dobry, miał dryg do piłki, podobnie jak kiedyś jego ojciec – pastor, którego karierę piłkarską pogrzebał uraz kolan. Kuba nawet przewyższał ojca, trenerzy wróżyli mu wielką piłkarską karierę. W wieku 12 lat trafił do Jagiellonii Białystok, mając lat 16 grał już z Lechią Gdańsk.

Kilka lat poza domem w rodzinnej Gołdapi zaczęło oddalać go od wartości, które wpoili mu religijni rodzice. Ambicje zawodowe i towarzyskie młodego Kuby szybko rosły. Wyznawał zasadę: żyj na 100 proc. Na 100 proc. więc grał i na 100 proc. imprezował. Król życia! Król boiska! Gdziekolwiek się znalazł, przejmował rolę wodzireja. Dziewczyny, alkohol, narkotyki – próbował wszystkiego i wszystko mu się podobało. W piłce spieszyło mu się do wielkiej kariery. Zaczęły się pojawiać konkretne propozycje. Media pisały nawet o możliwym transferze Kamińskiego do Słowenii. (…)
(…) I nagle… kontuzja podczas meczu: zerwane więzadła krzyżowe, operacja, rehabilitacja.
Być może ktoś inny uznałby to za ostrzeżenie, jakiś znak od życia: „wyhamuj, chłopie”, „zastanów się, co robisz”, ale ambitny Jakub w ogóle nie brał takich sygnałów do siebie. Szybko wrócił na boisko i do starych nawyków. Pewnego dnia zadzwonił do niego ojciec.

– Kuba, za trzy tygodnie mamy ważną chrześcijańską konferencję, przyjedź – prosił.
Syn uznał, że to prośba z kosmosu.
– Tato, na pewno nie przyjadę, mam mecz. Nie da rady.
– Da, da – oznajmił ojciec. – Przyjedziesz, to ważne – powiedział i się rozłączył, a syn tylko się roześmiał z tej ojcowskiej niedorzecznej pewności.
Trzy tygodnie później na konferencję dotarł niczym syn marnotrawny i… kaleka.

Uzdrowienie
Tydzień po ojcowskim telefonie, podczas meczu, doszło do kolejnego wypadku. Dawny uraz się odnowił. Konsultacje u najlepszych ortopedów wykazały, że ktoś pierwszą operację dokumentnie spartaczył, a na drugą, która nie gwarantuje sukcesu, ale przynajmniej może uratować Jakuba przed trwałym kalectwem, potrzeba 50 tys. zł. Cóż, takich pieniędzy Jakub nie miał, bo przecież wszystko poszło na hulanki i swawole. Tymczasem noga niesprawna jak u szmacianej lalki. Diagnoza lekarska była ostateczna: koniec marzeń o piłce, koniec kariery futbolowej.
Na konferencji w rodzinnych stronach, gdzie goście z różnych części świata dzielili się swoim świadectwem spotkania z Bogiem, Kamiński junior siedział jako wielki przegrany. Z głową schowaną w dłoniach, płakał nad swoim zmarnowanym życiem, nad kalectwem, nad błędami, jakie popełnił i nad brakiem sensownych celów na przyszłość. Gdy tak rozpaczał i kajał się w duchu, podszedł do niego, przemawiający wówczas na scenie, pastor z Ekwadoru i powiedział:
– Pan przebacza ci twoje grzechy, wstań i idź…
Aut. Blanka Florczyk
Więcej: efaktyimity.eu

Czarni łącznicy

Najwyższe stanowisko państwowe w świeckiej Polsce dla księdza to fucha prezydenckiego kapelana.

Gdy pada hasło „kapelan prezydenta”, najprostszym skojarzeniem jest Cybula; Alfred Franciszek Cybula. Ksiądz, którego do Belwederu wprowadził Lech Wałęsa, gdy tylko mógł tam kogoś wprowadzić. Oficjalnym powodem bycia kapelanem Wałęsy miało być, że od dekady spowiadał laureata pokojowego Nobla.

Spowiednik prowadzący

Nikt jednak nie dostał odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że tuż po strajkach sierpniowych Wałęsa nawiedza księdza Cybulę i oznajmia mu, że od tej pory będzie wyznawał grzechy tylko jemu. To dziwne, zważywszy, że panowie zetknęli się wcześniej ponoć tylko raz. Kilkanaście lat wcześniej, gdy Wałęsa składał w parafii kwity o ślub.

W latach 80. Cybula towarzyszy już Wałęsie i jego rodzinie. Dostawał nawet zgodę na odwiedzanie go w Arłamowie. Plotek o charakterze relacji Wałęsa – Cybula jest mnóstwo. Jedne skłaniają się do tego, że Cybula stanowił bezpośredni kontakt Lecha Wałęsy z hierarchią kościelną, inne zaś, że był kontaktem służb zgoła innych. Takim o pseudonimie „Franko”. Jakkolwiek było, Cybula stał się jednym z filarów kancelarii Wałęsy. Jak twierdzi, to że był cieniem prezydenta wyszło nie od niego, ale „od szefa”. Noblista kazał bowiem Cybuli być obok siebie w każdej sytuacji publicznej. Nie tylko jednak. Porobiło się bowiem tak, że gdy w czasie puczu Janajewa w Moskwie świat wstrzymał oddech, to Lech Wałęsa, zamiast zwołać Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, zaszył się w biurze i snuł możliwe scenariusze ze swoim ekskierowcą Wachowskim, ministrem Drzycimskim i proboszczem z Trójmiasta Cybulą.

Moc sprawcza Cybuli przy uchu Wałęsy była zatem wielka. Ponoć to dzięki niemu ułaskawiono niekoniecznie tych, których ułaskawić należało. I interweniowano w sprawach, w których interweniować nikt nie powinien. Ks. Cybula stał się synonimem szarej prezydenckiej eminencji.

Bezsprzecznie jednak Cybula przetarł szlak oficjalnej procedurze. Dzięki której jeśli jakiś prezydent nie życzy sobie kapelana, to i tak go dostanie…

Aut. Stefan Płonicki+
Więcej: efaktyimity.eu

Przygarnij księdza

Ponad 12 tys. księży z całej Polski i z zagranicy zostało adoptowanych. Wszystko dzięki Dziełu Duchowej Adopcji Kapłanów. Adopcja nie oznacza, że ksiądz trafi pod nasz dach. Niestety.

„W dzisiejszych czasach dużo mówi się o pasterzach Kościoła w bardzo negatywny sposób. Nie wszystkie rewelacje, które do nas docierają, są prawdą, lecz nie da się ukryć, że wśród wielu plotek i powtarzanych opinii znajdują się i te, które niestety pokrywają się z rzeczywistością. Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów powstało po to, by zrzeszać ludzi pragnących wspierać kapłanów w ich posłudze…” – tłumaczą swoje istnienie założyciele organizacji Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów (DDAK), które istnieje od 2 lipca 2010 r. Od tamtej pory za pośrednictwem strony adoptowano ponad 12 tys. księży.

Księdza można przygarnąć na stałe lub tylko na jakiś czas. Konkretnego lub losowo wybranego, żywego albo martwego księdza można adoptować na: tydzień, miesiąc, rok albo kilka lat…

Aut. Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej: efaktyimity.eu

Kolęda, czyli godzina „zero”

Nie zna życia, kto nie służył… jako ministrant. – Kto nim nie był, nie ma pojęcia, o co tak naprawdę chodzi w tym fachu – twierdzą ministranci z długoletnim stażem.
 
Niedzielne asysty przy ołtarzu to dla nich rutyna. Prawdziwym wyzwaniem, ale i powodem do wielu niespodzianek, a nawet niebezpiecznych sytuacji, jest doroczna wizyta duszpasterska, zwana potocznie kolędą. W ich środowisku to zjawisko nazywane jest godziną „zero”.
 
– Dla nieuświadomionego laika kolęda musi być fajną sprawą: dostajemy kasę, czekolady, ciasta, wiśnie z likierem… – relacjonuje Piotr M., ministrant w jednym z kościołów w Katowicach. – Moje dziewięcioletnie doświadczenie jako ministranta nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, że jeżeli mogę w swoim życiu mówić o zdarzeniach naprawdę dziwnych, to z pewnością miały one miejsce podczas kolędy – dodaje.
 
Gościnność i hojność
Reakcje niektórych na widok ministranta byłyby hitem YouTube’a.
 
– Dzwonimy do mieszkania. Otwiera dziadek w samych spodniach z dresu: „Ziuuuta!”. Koleś drapie się po owłosionej klacie, a po chwili przychodzi pani Ziuta: „O pierona, Zdzichu!” – opowiada jeden z ministrantów, kolędujący w Rybniku. – Ziuta ucieszyła się na nasz widok. Miła pani, pełna wigoru, z szybkością, jakiej można jej pozazdrościć, posprzątała całe mieszkanie. Pan Zdzisław poszedł się przebrać. Po skończonej modlitwie, którą gospodarz odbył z otwartym rozporkiem, ksiądz rozparł się w fotelu, spod którego wystawały niedokładnie upchnięte śmieci – śmieje się chłopak.
 
W innym wypadku, tuż po naciśnięciu dzwonka, drzwi otwiera jakaś babcia. Wyraźnie podekscytowana widokiem przystojnych ministrantów woła: „Krycha! Jakieś pajace do ciebie!”. Po chwili przez szybkę w drzwiach wygląda zapewne nie kto inny, jak pani Krystyna, po czym zasłania firankę i gasi światło w przedpokoju.
– Cicho, nie, to nie do mnie! – ministranci słyszą teatralny szept Krystyny i odchodzą z niczym.
 
– U może 25-letniego mężczyzny, u którego byłem pięć lat z rzędu na kolędzie, zawsze powtarzała się ta sama sytuacja: „Ojej… bardzo przepraszam, mam teraz pilny telefon, nie mogę przerwać rozmowy”. Jego zmartwiona mina znika, gdy uspokajamy go słowami: „No szkoda, przyjdziemy za rok. Nic się nie stało, proszę wracać do słuchawki”. W tym roku widocznie linia była zepsuta, bo na nasz widok zareagował: „yyyy… ojej… niestety rodziców nie ma w domu”. Dwudziestoletnie dziecko zostało samo… Biedactwo – śmieje się ministrant.
 
Z relacji kolędujących ministrantów wynika, że normą jest uciekanie „na żywca” przed księdzem. Często zdarza się, że duchowny widzi, jak mieszkańcy wchodzą do mieszkania, a chwilę później nikogo nie ma w domu. Równie często są zdziwieni, że już jest grudzień czy styczeń i czas wizyt duszpasterskich.
 
– W pięciopiętrowym bloku mieszkał mężczyzna, podobno Włoch. Na standardowe pytanie: „Czy przyjmuje pan kolędę?”, powiedział: „Nie-ło-zu-mieć”. Popatrzeliśmy na siebie, bo taka sytuacja jeszcze nam się nie zdarzyła. On wtedy pospiesznie powiedział: „Wait, wait”, wyciągnął portfel i dał nam 10 zł. No proszę… bariera językowa okazała się łatwa do przeskoczenia – opowiada Maciek z Katowic…
 
Aut. Renata Byżycka
Więcej: efaktyimity.eu

Kogucia księga z nieba

Najpierw funkcjonariusze Kościoła zapragnęli spowiedzi w pociągach. Kilka dni później Rydzyk dyrygował członkami rządu, karnie trzymającymi się za łapki. Jednak to wszystko nic. Mistrzem Polski w nawijaniu chrześcijańskiego makaronu na uszy jest pewien ksiądz znad morza.

Z błogosławieństwem samego Watykanu od kilku lat działa katolicka Fundacja SMS z Nieba. To rozbudowana struktura internetowa, oferująca zbłąkanym owieczkom wszelką pomoc w dostaniu się po śmierci bezpośrednio do nieba, a na tym padole życie w nieustannym uwielbianiu Pana Boga. Fundacja stała się słynna, po tym jak zapragnęła pożyczyć na kilka dni krzyż stojący na Giewoncie. Prośba w tej sprawie trafiła nawet do Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Guru
Wnioskodawca, konkretnie guru fundacji ksiądz Rafał Jarosiewicz, miał prosty pomysł. Chciał najzwyczajniej krzyż zdemontować, przewieźć go na swoją chrześcijańską imprezę do Warszawy, a potem oddać. Niestety, nie wiedzieć czemu dyrektor TPN Szymon Ziobrowski nie wyraził na to zgody. Brak empatii? Przecież krzyż z Giewontu miał być swoistym „prezentem” dla uczestników wielkiego wydarzenia modlitewnego na Stadionie Narodowym w stolicy.
Ksiądz Jarosiewicz to człowiek o bardzo płodnym umyśle i wielu talentach. „Boży szaleniec”, jak nazywają go najbliżsi, dwa lata temu w Lesznie poprowadził swoiste rekolekcje, gdzie – jak pisał serwis Leszno24.pl – młodzież „zachowywała się jak w transie. Uczestnicy mdleli, krzyczeli i sprawiali wrażenie zahipnotyzowanych”. Prawda była jednak inna. Bardziej metafizyczna i niezrozumiała dla prostych zjadaczy hostii. Według księdza Jarosiewicza, owa hipnoza była zwykłym spoczynkiem w Duchu Świętym. Nieprawdą jest także, że jedna osoba zobaczyła Jezusa, bo to było klasyczne proroctwo. A tak w ogóle, wszystko odbyło się zgodnie z Pismem Świętym i nie ma się czego czepiać.

Święty bus
Było, minęło. Nikt wówczas nie umarł ani nie zaczął chodzić po wodzie, więc wróćmy do codzienności związanej z działaniem Fundacji SMS z Nieba. Na stronach swojego portalu ksiądz Jarosiewicz daje prawdziwy upust niebiańskim wizjom i pomysłom. Jego sława wykracza daleko poza diecezję koszalińsko-kołobrzeską, w której urzęduje. Wszystko dzięki mobilnemu konfesjonałowi, wykonanemu w fabryce mebli sakralnych na Podlasiu, a pobłogosławionemu przez samego biskupa Edwarda Dajczaka. Ksiądz Jarosiewicz, gdy tylko może, wyrusza swoim spowiedziobusem na ulice. Staje przy wielkich centrach handlowych, na rynkach miast, czy też podczas koncertów i… czeka. Gdy już znajdzie swoje ofiary, a w zasadzie one znajdą jego, kapłan daje błądzącym owieczkom dodatkową szansę na rozmowę oraz możliwość „doświadczania Boga w sakramencie pokuty i pojednania”. Mobilny konfesjonał z księdzem w środku ma na drzwiach napis „Odpady się wyrzuca, nie kolekcjonuje”. Odwiedza również szkoły, bary, a także domy publiczne. Roboty ma co niemiara. Niestety duchowny, odwiedzając miejsca pełne bezeceństwa i rozpusty, gdzieś się zatracił. Od ponad miesiąca nie wiadomo, gdzie jest i komu wyznacza pokutę…

Aut. Artur Kulikowski
Więcej: efaktyimity.eu

Wierni gorszego sortu

Biskup Mokrzycki robi z Polakami na Ukrainie, co chce. Zamyka im świątynię, zabrania wstępu na plebanię, odbiera duszpasterza. Jakby tego było mało, tuż przed Bożym Narodzeniem nałożył na wiernych interdykt.

Kłótnia parafian z księdzem Michałem Bajcarem o plebanię i kościół pw. Wszystkich Świętych w Strzałkowicach niedaleko Sambora na Ukrainie była tematem naszego artykułu sprzed kilku tygodni („FiM” 37 i 50/2018). Głównym podłożem karczemnego sporu w parafii w Strzałkowicach stało się kilka metrów kwadratowych salki parafialnej wydzielonej na plebanii, do której dostępu zabraniał parafianom proboszcz Bajcar. W reakcji na taką postawę duchownego parafianie wymienili zamki w drzwiach do ich salki. Drugim równie ważkim powodem było to, w jaki sposób proboszcz traktował parafian. Wielokrotnie nazywał ich „jałowymi krowami w ławkach”, „niepełnosprawną parafią z jednym okiem”, „śmieciami do wgarnięcia buldożerem” czy „starymi koślawymi babami”. Zdarzało mu się wyprosić z kościoła płaczące dziecko czy zabronić śpiewania pieśni w trakcie nabożeństwa. Odmówił też udzielenia komunii obłożnie chorej osobie niepełnosprawnej. Parafian przerażał fakt, że ich proboszcz potrafił straszyć ich tym, że „wyklnie wszystkich wraz z rodzinami do czwartego pokolenia” i że „jeszcze nie zaczął, ale zrobi z nimi porządek”.

Interdykt za zamek

5 sierpnia ubiegłego roku ks. Andrzej Kurek, dziekan samborski, ogłosił strzałkowickim parafianom decyzję abp. lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego – zamknięcie parafii.
Od początku w argumentacji dotyczącej tej decyzji władze kościelne nie brały pod uwagę powodów, jakimi kierowali się w swoich działaniach zrozpaczeni wierni. To im przypisały winę za rozpad wspólnoty i nakazały przywrócenie drzwi plebanii do stanu sprzed wymiany zamka. Zamknięcie świątyni nie złamało mieszkańców Strzałkowic; nie ukorzyli się przed majestatem bp. Mokrzyckiego, dostosowując się do jego nakazów. W konsekwencji ich „krnąbrność” została ukarana jeszcze dotkliwiej.
– W przeddzień Bożego Narodzenia pięciu mężczyzn z naszej parafii otrzymało pod choinkę „prezenty” od abp. Mieczysława Mokrzyckiego – relacjonują w rozmowie z „FiM” parafianie. – Biskup nas wyklął i zabronił uczestniczyć w eucharystii – dodają zasmuceni.
Faktycznie, w listach, jakie tradycyjną pocztą zostały dostarczone „wybrańcom”, czytamy:
„Z przykrością stwierdzam, że mimo otrzymanego upomnienia kanonicznego nie wykonał Pan nakazu naprawienia szkody na plebanii w Strzałkowicah. Wobec tego, zobowiązany do starania o jedność Kościoła i czuwania, by do dyscypliny kościelnej nie wkradły się nadużycia (kan. 392 Kodeksu Prawa Kanonicznego), stosownie do kanonów 1373 i 1375 z dniem dzisiejszym wymierzam Panu karę interdyktu. Zabrania ona przyjmowania sakramentów, a także jakiegokolwiek udziału posługiwania w sprawowaniu Ofiary Eucharystycznej lub w jakichkolwiek innych obrzędach kultu (kan. 1331 p. 1, 1.0 i 2.0 i p. 2, 1.0). Wciąż żywię nadzieję, że przemyśli Pan na nowo swoje postępowanie. Duch Święty pomoże Panu podjąć właściwe decyzje. Niech Pan będzie pomny na wezwanie: Nie zatwardzajcie serc waszych (ps 95, 8)”.

Parafianie wyklęci

Mieszkańcy, którzy otrzymali decyzję biskupa Mokrzyckiego, zachodzą w głowę, za co ta kara? Wśród ukaranych interdyktem są osoby, które najbardziej angażowały się w życie parafii. (…)

Aut. Renata Byżycka
Więcej: efaktyimity.eu

Lewoskrętni

Dla Kościoła są niewygodni: zbyt niezależni, zbyt otwarci lub zbyt „nowocześni”.

Poza zmarłym niedawno bp. Tadeuszem Pieronkiem można z grona rodzimego duchowieństwa wyłuskać jeszcze kilka postaci, które wymykają się szablonowi klechy z klapkami na oczach.

Polska otwarta na uchodźców
Postulował to bp Pieronek, postulują też jemu podobni. Dla jezuity, teologa i publicysty ks. Wacława Oszajcy to kwestia niepodlegająca dyskusji. „Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Naszym obowiązkiem jest zadbanie o to, by człowiek, zwłaszcza kiedy jest krzywdzony, mógł liczyć na nas, że staniemy w jego obronie” – mówi. „Chrześcijanina poznaje się po tym, jak traktuje ludzi zmarginalizowanych, ludzi biednych, potrzebujących pomocy” – dodaje.

Podobnie sądzi inny duchowny ks. Wojciech Lemański, czasowo zakneblowany przez Kościół za swoje poglądy. „Ilu jeszcze uchodźców musi utonąć, żeby polski Kościół zrobił to, do czego namawia papież Franciszek?” – pytał, gdy Polaków podzieliła kwestia otwarcia granic dla imigrantów. „Nasi polscy biskupi czujnie strzegą doczesnych dóbr Kościoła, publicznie i głośno występując w ich obronie. Szkoda, że nie zabrzmiał ten głos równie dobitnie w obronie ludzi wypędzanych z domów, pozbawianych dorobku całego życia, rozkułaczanych, nacjonalizowanych, przesiedlanych, odzieranych z własności i godności, poniewieranych przez okupantów tej czy innej maści. Wtedy odwaga naprawdę kosztowała, a odważnych trudno było usłyszeć. Dziś w obronie własnych przywilejów gotów przemawiać każdy, choć już dalece nie każdy ma ochotę tego słuchać” – mówi.

Podobnie twierdzą Szymon Hołownia, niegdyś prawie dominikanin, a dziś teolog i publicysta, oraz ks. Adam Boniecki, redaktor „Tygodnika Powszechnego”, który podzielił los Lemańskiego. „Zdanie Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie nie odnosi się tylko do Polaków szukających lepiej płatnej pracy w Anglii, ale również do owych wykpiwanych hord młodych, zdrowych mężczyzn, koczujących na europejskich dworcach” – twierdzi Hołownia, dodając, że przyjęcie do Polski uchodźców byłoby szansą dla polskiego Kościoła, by wreszcie zrobił coś pożytecznego i przy okazji znalazł odpowiedź na pytanie: czym ma być w Polsce XXI w.

„Jak można maszerować i publicznie krzyczeć chcemy Boga!, a jednocześnie zamykać przed Nim drzwi, kiedy On w osobie potrzebującego stoi i kołacze? Chcecie mnie? – Bóg odpowie – przecież byłem u was… przybyszem, a wy mnie nie przyjęliście” – mówi ks. Boniecki.

Pieronek, Oszajca, Lemański, Hołownia. Gdyby to oni mieli decydować, Polska byłaby otwarta dla przybyszów z innych państw.

In vitro i inne „bezeceństwa”
„Nie każdy, kto dokonał aborcji należy do grupy morderców” – mówił w jednym z wywiadów ks. Boniecki. Ksiądz redaktor myśli nieszablonowo. Dla niego wystąpienie na wspólnym zdjęciu z Nergalem, kontrowersyjnym antyklerykalnym artystą, czy z kartką promującą hasło: „LGBT jest ok” to nic zdrożnego. To także on pochylał się nad postacią Piotra Szczęsnego i obok bp. Pieronka i Wojciecha Lemańskiego uczestniczył w jego uroczystościach pogrzebowych. Gdy inni kapłani zarzucali, że „z samobójcy robi świętego”, powiedział: „Nie jestem od ogłaszania świętych. Myślami stoję – i myślę, że wszyscy stoimy – tam, na placu, pod Pałacem Kultury. I pytam: kim ja jestem, żeby osądzać czyn mego bliźniego, tak dramatyczny czyn?”. Boniecki dla Kościoła okazał się jednak zbyt nowoczesny w swoich poglądach, zbyt liberalny. To dlatego Zgromadzenie Księży Marianów, do których należy, zamknęło mu usta i nie pozwoliło na publiczne wypowiadanie się na żadne tematy.

O krok od podobnej kary często bywa inny kościelny sługa ks. Kazimierz Sowa. Gdy po słowach papieża Franciszka, skierowanych do księży, a dotyczących kwestii rozgrzeszania wiernych z aborcji, Polskę zalała zajadła dyskusja, a gros księży czerwieniało ze złości, on odważył się mówić: „Wszyscy mówią o rewolucji Franciszka, która ma (jakoby) polegać na przedłużeniu upoważnienia księży do rozgrzeszania z aborcji. A tymczasem prawdziwa rewolucja jest w innej części listu Misericordia et misera. Zwłaszcza w tym fragmencie, kiedy papież mówi wprost: nie ma żadnego grzechu, którego nie mogłoby objąć i zniszczyć Boże miłosierdzie”.

Gdy część polskiego kościoła haseł „gender” i „feminizm” boi się jak diabeł święconej wody, były ksiądz, prof. Stanisław Obirek, jeszcze w czasie gdy był jezuitą nie widział nic strasznego w byciu wykładowcą na gender studies i uczeniu tam teologii feministycznej. Dziś Obirek stanowi cenny głos nie tylko w sprawach gender, ale w wielu innych kwestiach, w których Kościół zatrzymał się na etapie średniowiecza i gdzie mariaż państwa z Kościołem przybiera karykaturalne formy. „Dajmy sobie spokój z łączeniem wiary i religii z czymś, co jest ciągle przedmiotem ustaleń. Dzisiaj każdy jest ekspertem od in vitro, od początku życia. Dajmy sobie spokój wreszcie i pozwólmy to ustalić w gabinecie, w zaciszu, bez emocji, politycznych zwłaszcza”.

Gdy z kolei opinię publiczną dzieliły kwestie nauczania religii w szkołach, głośno mówił: „Bardzo wyraźnie widać skutek wprowadzenia religii do szkół, jego nienegocjacyjny charakter i brak przygotowania większości katechetów do prowadzenia religii w kontekście pluralizmu kulturowego, jakim jest szkoła”.

Jego zdanie podziela inny były ksiądz, dominikanin prof. Tadeusz Bartoś. „Obecność duchownych w szkołach jest dysfunkcjonalna. To państwo w państwie. Dyrektor szkoły nie może wybrać i zatrudnić nauczyciela religii. On jest przysyłany z parafii, przez proboszcza. (…). Co ważne, program religii jest całkowicie poza kontrolą państwa. To jest rzecz kuriozalna”.

W Polsce Bonieckiego, Sowy, Obirka czy Bartosia gender nie stanowiłoby problemu, in vitro byłoby dofinansowane, prawo aborcyjne niezaostrzone, a lekcje religii odbywały się poza szkołą.

Kościół bez celibatu, Polska bez PiS
Według Tadeusza Bartosia „Kościół katolicki w swej głębokiej strukturze ma charakter wykluczający. Tylko nasza religia jest prawdziwa, inne są fałszywe i nie dają zbawienia. Bez nas wieczne potępienie. Trzeba uwierzyć i ochrzcić się, a kto tego nie zrobi, ryzykuje strasznie. Katolicyzm w swej historii z reguły był nietolerancyjny, odrzucał inne religie. Pech chciał, że w IV wieku w Cesarstwie Rzymskim chrześcijaństwo stało się religią państwową. W ciągu dwóch wieków wyeliminowano wszystkie tradycyjne kulty, szkoły filozoficzne, poprzez zakazy, niszczenie świątyń, zabójstwa” – mówi.

Dodatkowo, zdaniem prof. Stanisława Obirka: „Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą formą polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy” – prognozuje.

„Marzę o polityce wolnej od bezpośredniej obecności w niej Kościoła. Nie tylko od patologii w rodzaju finansowo-medialnych gier ojca Rydzyka z rządem. Bo nie rozumiem też np. eucharystii w roli okrasy państwowych obchodów. Nie rozumiem mszy na inaugurację kadencji prezydenta: Kaczyńskiego, Komorowskiego czy Dudy, czy tych przeróżnych pompatycznie oprawianych pielgrzymek” – wyznaje Szymon Hołownia, a Wacław Oszajca dodaje:

„Kościół nie musi być cały czas taki, jakim go znamy. Może powstaną niewielkie grupy ludzi, którzy sobie ufają, tak jak było w pierwszych wiekach; to też będzie Kościół, może prawdziwszy od dzisiejszego…”.

„Może Kościół zacznie przemawiać do wiernych innym językiem, nie roszczeniowym, jurydycznym, tylko językiem Ewangelii” – rozmarza się ks. Lemański. „Wówczas Kościół może się nawet rozwinąć. Nie trzeba nic wielkiego, tylko szanować ludzi”.

W nowym Kościele nie byłoby celibatu, bo jak mówi Obirek: „to właśnie wyparta, zepchnięta seksualność owocuje takimi dewiacjami, jak pedofilia” i nie byłoby mariażu Kościoła z państwem, bo Kościół nie miałby takiej władzy jak obecnie.

„Kościół w Polsce jest zepsuty i rozpuszczony. Jest ponadpaństwowy. A politycy zależni są w swych decyzjach od opinii biskupów. (…) Stąd potrzeba regulacji ograniczającej wpływy takiego kolosa, który ma pozycję jakby monopolistyczną w kwestii tego, jak myśleć w różnych sprawach, także dlatego, że argumentuje na poziomie dobra, zła, zbawienia, potępienia” – mówi Bartoś.

Gdyby o losach Polski decydowali tacy ludzie, jak powyżsi katolicy… żylibyśmy w zupełnie innym kraju – w Polsce postkatolickiej, postśredniowiecznej. Podoba Wam się?

Blanka Florczyk

Międzynarodówka oszołomów

Wydaje ci się, że świat w ostatnich latach cofa się do średniowiecza? Że wzmożenie ruchów antyaborcyjnych i anty-LGBT nie daje się ogarnąć? Dobrze ci się wydaje. Stoi za tym kilka organizacji, które mutują i pączkują, tworzą klony i filie. Uzyskują wielki wpływ na naszą rzeczywistość” – pisała Klementyna Suchanow w marcu w „Gazecie Wyborczej”. Obecnie pracuje nad książką poświęconą skrajnie konserwatywnym organizacjom na świecie i powiązaniom między nimi.

– Ta historia zaczyna się w zasadzie od upadku komunistycznego bloku wschodniego. Skończyła się zimna wojna, a zaczęło coś, co niektórzy nazywają „gorącym pokojem” lub wojną kultur. Zachodnie organizacje konserwatywno-religijne, zresztą nie tylko katolickie, rzuciły się, aby zagospodarować swoimi ideami nową przestrzeń, zapełniając pustkę ideologiczną, która powstała – mówiła 9 grudnia w Łodzi.

Nadzwyczaj wdzięcznym gruntem dla konserwatywnych idei okazała się Rosja. Wielu oligarchów – spadkobierców upadłego ZSRR, którzy jeszcze parę lat wcześniej przedstawiali się jako zdeklarowani komuniści – teraz odkrywało w sobie głęboką religijność i przywiązanie do tradycyjnych wartości, które gotowi byli wspierać nie tylko słowem, ale również czynem i majątkiem. Amerykańsko-rosyjska współpraca zaowocowała powstaniem Światowego Kongresu Rodzin – inicjatywy promującej dzietność pod hasłem „ratowania ginącej Europy”. Kongres odbywał się początkowo co kilka lat (pierwszy raz w 1997 r. w Pradze), obecnie co roku. W 2007 r. miał miejsce w Warszawie; odbył się z wielką pompą w Pałacu Kultury i Nauki.

Od naciągaczy do lobbystów

Polską komórką Światowego Kongresu Rodzin jest Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi, z którego wywodzi się Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, Krucjata Młodych i kilka innych organizacji. Powstało w 1999 r. i na początku wydawało się mało znaczące. Zaczynało od naciągania emerytów na książki i „cudowne” medaliki. „Moja babcia od dłuższego czasu dostaje książki z jakiegoś wydawnictwa Ks. Piotra Skargi, chociaż nigdy nic nie zamawiała. Książki…

Aut. Joanna Zaleska
Więcej: efaktyimity.eu

Kontr-kordat

Konkordat trzeba uznać za wygasły, ponieważ Kościół systematycznie go narusza.

Nasilająca się afera pedofilska polskiego kleru i nieudolne próby jej tuszowania przez egzekutywę kościelną wespół z pisowskim reżimem prowokują pytania o konieczność posiadania przez Polskę konkordatu. Temat może się okazać aktualny, jeżeli Polacy w końcu otrzeźwieją i odsuną od władzy rządzącą od 13 lat prawicę, występującą w dwóch odmianach: nacjonalistyczno-katolickiej i liberalno-katolickiej (jeżeli będziemy mieli do wyboru listę PiS i listę obozu demokratycznego, to wystarczy na tej ostatniej postawić krzyżyk przy nazwisku kogoś, kto kompulsywnie nie pada na kolana na widok czarnej sukienki). Skoro więc temat może okazać się aktualny, to wyjaśnijmy sobie parę kwestii.

Po pierwsze, z Konstytucji RP nie wynika wcale, że musimy mieć zawarty konkordat. Art. 25 ust. 4 Konstytucji wskazuje jedynie, że „stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”.

Żeby zawrzeć umowę międzynarodową, trzeba chęci suwerennych państw, Polska zaś lubi za takie uchodzić. Jeśli więc nie będzie umowy ze Stolicą Apostolską, bo strony się nie dogadają co do jej kształtu, nie będzie to oznaczało naruszenia Konstytucji, a tylko brak realizacji normy konstytucyjnej wskutek obiektywnego braku możliwości uzgodnienia takiego kształtu umowy, który odpowiadałby polskim interesom. To podobnie jak z prawem do zabezpieczenia społecznego – Polska ma je wpisane w Konstytucji, ale w praktyce oznacza ono wegetację milionów emerytów na głodowych jałmużnach, bo „takie są budżetowe realia” bankstera Morawieckiego. No więc w sprawie konkordatu też mogą być „realia”…

Aut. Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu