Czas wszelkich paskudztw

Wysoka temperatura ciała i brak mrozu za oknem rodzą we mnie smutne refleksje.
Wraz z zasmarkaniem i leżeniem dopadają człowieka różne przemyślenia. Mnie dopadło ich kilka, ot choćby na temat zakończonego kilka dni temu III już Kongresu Praw Obywatelskich, zorganizowanego przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich i samego rzecznika dr. Adama Bodnara. Kongresu tak dziś potrzebnego, bo grupującego przeróżnych ludzi z setek organizacji, którym to ludziom leży na sercu obywatelskość i wewnętrzna oraz zewnętrzna otwartość Polski. Ludzie ci to tacy „żeromszczacy”, budujący w swoich małych-wielkich ojczyznach różnej wielkości „szklane domy”. Stają one na przekór lokalnym politykierom i w większości dennym samorządowcom, z których znakomita część myśli jedynie o kolejnej kadencji; ale już w Sejmie, a nie na lokalnych błotach.

Dlaczego wspominam o tym Kongresie? Bo jego absolutną odwrotność, wręcz zaprzeczenie idei organicznej współpracy, mamy w Sejmie po stronie tzw. lewicy. Będąc prostymi fanatykami Wiosny Biedronia, czy SLD Czarzastego, godzimy się na cokolwiek, co naszym zdaniem będzie czymś więcej niż tylko trwaniem w trzech sejmowych blokach tzw. lewicy. Dlaczego tzw.? Bo od początku nie widziałem żadnej „nowej jakości” w Wiośnie. Bo od początku mogłem widzieć jedynie zawiedzione nadzieje tych młodych „żeromszczyków”, którym idea nowej, progresywnej, europejskiej lewicy nie jest tak obca, jak obca jest ona zarówno Czarzastemu, jak i Biedroniowi. Bo widziałem stary, umierający SLD, który łaknie młodej krwi Wiosny, by przeżyć i zdominować wszystko to, co powstanie po lewej stronie, by nadal móc udawać „nową lewicę”. Milioner Czarzasty potrzebuje tej nowej partii wyłącznie dla podłechtania własnego ego, tak jak Biedroń potrzebował Wiosny dla swojego świętego spokoju, by po ponad 20 latach tułaczki po politycznych niszach, osiągnąć szczęście w postaci mandatu europosła.

Tzw. Nowa Lewica będzie otwarta wyłącznie na to, co w niej stare i zupełnie nieatrakcyjne. Na przykład na to, że nie ma co zdejmować krzyża w Sejmie lub na to, że konkordat należy jedynie przejrzeć. Bo niby czemu miałoby być inaczej, skoro przez ostatnie cztery lata ani Czarzasty, ani Biedroń nie byli zainteresowani tym, ile naprawdę kosztuje nas Kościół katolicki każdego roku. Nie byli i nie są zainteresowani tym, że to już prawie 20 mld zł rocznie. Obu panów i ich bezpośrednie otoczenie interesuje jedynie trwanie w mandacie posłanki/posła, lub progres tego trwania w postaci współrządzenia. Chcę wierzyć, że Adrian Zandberg jest tym, który myśli trzeźwo nie będąc trzecim do chocholego tańca SLD i Wiosny.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która powinna być jedyną kandydatką lewicy w nadchodzących wyborach prezydenckich, jest i będzie spychana na margines przez trzech liderów partii, które winny ją promować. Piszę to bardzo serio – to najpoważniejsza zawodniczka od centrum polskiej polityki do jej skrajnie lewej strony. Kogoś bardziej kompetentnego nie będzie w niej przez najbliższe lata. Wiedzą o tym też trzej liderzy, którzy Ją bojkotują dążąc do Jej całkowitej marginalizacji. Ale przywołane wybory prezydenckie to także Szymon Hołownia. Odźwierny jednego z komercyjnych programów w tvnie, do tego współczesny dewot, który na potrzeby swojej kampanii wyborczej nie będzie się śmiać z Parad Równości, a zgwałconej kobiecie nie odmówi ponoć prawa do aborcji, przy czym na tym prawie pewnie się skończy. Dlaczego Hołownia kandyduje? Bo jak jedzie w Polskę, to widzi w sali widowiskowej np. dwa tysiące ludzi. Jak podpisuje książkę, to widzi kilkaset osób. Jak wprowadza na scenę uczestnika programu telewizyjnego, w którym jest odźwiernym, to wie, że ogląda to kilka milionów Polaków. I to dało mu podstawę, żeby kandydować na urząd prezydenta. Polityka i media skutecznie odzierają ludzi ze zdrowego rozsądku.

Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o kimś, kogo od lat niezmiennie szanuje i cenie. Myślę o Janie Śpiewaku, który ostatnimi czasy jest cynicznie wykorzystywany przez PiS i wszelkich akolitów władzy jako ten, którego casus jest dowodem na chorobę trawiącą środowisko wymiaru sprawiedliwości, a sędziów w szczególności. To środowisko winno się oczyścić, ale samo. Niestety: wszelkie opcje zewnętrzne zmierzające do „oczyszczenia” będą się sprowadzały do kontroli tegoż, a więc w rezultacie do niszczenia trójpodziału władz.
Jan Śpiewak musi się bronić nie tylko przed cynicznym wykorzystywaniem jego przypadku przez obóz władzy – czemu jawnie i głośno się przeciwstawia – ale musi też zachować swoisty etos działacza społecznego nowej generacji, który wie, iż każda władza z nadania jest mu nieprzychylna. Chyba że, tak jak PiS, będzie mogła Jego samego i sytuację z Nim związaną zwyczajnie wykorzystać. Spotkanie z prezydentem Dudą było jak najbardziej wskazane, bo choć Duda gra wyłącznie o swoją reelekcję, to Śpiewak nieprzerwanie gra na sprawiedliwość – pojęcie kompletnie zniszczone przez tzw. elity rządzące po 1989 r. Te „elity” nazywam „sejmowym kartelem 1989–2019”. Jestem niezwykle dumny, że Jan Śpiewak jest od początku w zespole pierwszego medium obywatelskiego, jakim jest Halo.Radio.

Patrzę przez okno i czuję, że brak temperatur głęboko ujemnych to wstęp do wszelkich paskudztw chorobowych. Nie życzę ich ani Państwu, ani sobie. Ślę Wam za to znak pokoju na kolejny tydzień, miesiąc i nowy rok.
Kuba Wątły

Trzeba przeciąć zło

Adrian Zandberg: (…) Po to jestem w Sejmie, żeby mówić o wizji Polski innej od PiS i innej od liberałów. Czas już uwolnić Polskę od tego wiecznego klinczu między AWS a Unią Wolności, które od lat pod różnymi nazwami nami rządzą. Jesteśmy w Sejmie, żeby to zmienić. Żeby proponować rozwiązania rodem z nowoczesnych państw dobrobytu. Mówiłem właśnie o tym – o konkretnych projektach ustaw. To nie są, wbrew temu co twierdzą liberałowie, propozycje szczególnie radykalne. Proponujemy zwrot w stronę europejskich standardów. A ta normalność to właśnie demokratyczne, świeckie państwo opiekuńcze.
Myślę, że w pierwszych tygodniach prac Sejmu jasno wybrzmiało, co nas różni od liberałów. Chcemy wyższych nakładów na usługi publiczne. W przeciwieństwie do pana marszałka Grodzkiego z Koalicji Obywatelskiej, nie zgadzamy się na prywatyzację szpitali. Uważamy, że państwo powinno być świeckie, szanować prawo kobiet do decydowania o tym, czy chcą zostać matkami, nie wtrącać się ludziom w ich życie rodzinne, w to, kogo kochają i z kim chcą żyć. Państwo lewicy nie wtyka ludziom nosa pod kołdrę, za to przychodzi z pomocą, gdy komuś się powinie noga; gdy jest starszy, choruje, gdy ma małe dzieci, gdy straci pracę. Rozwiązania, o których mówimy to w wielu krajach oczywistość. W Polsce, zamiast się tym zająć, oglądaliśmy szarpaninę pomiędzy pogrobowcami AWS a pogrobowcami Unii Wolności. Ale to się powoli kończy wraz w wejściem do parlamentu lewicy. W naszym koalicyjnym klubie jest sporo przedstawicieli pokolenia 30- i 40-latków. Przyszliśmy do parlamentu po zmianę, na którą bardzo wielu Polaków czeka…

Z posłem ADRIANEM ZANDBERGIEM rozmawia Krzysztof Lubczyński
Więcej efaktyimity.eu

Groch z kapustą

Polska nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Tytułowy groch z kapustą, „Cicer cum caule”, to wydany drukiem zbiór anegdot autorstwa wielkiego łodzianina i poety Juliana Tuwima. Łączą mnie z Tuwimem dwie cechy. Po pierwsze, żydostwo – cecha w Polsce niemodna, ale ja nigdy nie miałem ambicji nadążania za modą. Bodaj tylko Jerzy Urban i ja zostaliśmy z asortymentu wyznania handlowego w Polsce (nie licząc Wildsteina, który zdaje się też jest Żydem, ale chyba się brzydzi). Po drugie zaś, jest o Tuwimie anegdota, którą zawdzięczamy Stefanowi Kisielewskiemu. Otóż napisał on w swoim „Abecadle”, że o Tuwimie nie ma do powiedzenia nic ponad to, co sam Tuwim powiedział o sobie hrabiemu Morstinowi podczas sympozjum poetyckiego: „Panie hrabio, ja to mam taki talent, że mógłbym pisać wiersze jak Mickiewicz, jak Słowacki… Tylko bieda jest jedna: ja nie mam nic do powiedzenia”. No to ta cecha również zbliża mnie do wielkiego Tuwima. Odróżnia nas natomiast to, że żyję jeszcze, czego o Tuwimie nie da się już od pewnego czasu powiedzieć.

Unikając poezji, czyli wyrafinowanej formy wypowiadania się, piszę prostackie felietony, które wynikają ze swoistego zdumienia Polską. Nigdy nie przestanie mnie ona zadziwiać.
Oto dowiaduję się na przykład, że Naczelny Sąd Administracyjny, głęboko przejęty Konstytucją i wynikającym z niej paradygmatem szczególnej powinności sądów w zakresie ochrony praw jednostek (zwłaszcza dzieci), wydał uchwałę, w której stwierdził niedopuszczalność transkrypcji aktu urodzenia dziecka powitego za granicą, które w sporządzonym tam akcie urodzenia ma dwie matki albo dwóch ojców. NSA uznał, że transkrypcja taka jest niedopuszczalna. Zaznaczył jednocześnie, że „jakoś” trzeba potwierdzać obywatelstwo takich „dzieci gorszego sortu”. Radość z tej uchwały wyjawił publicznie… rzecznik praw dziecka, wywodzący się ze środowiska fundamentalistów katolickich.
No i jak się nie zachwycić takim państwem?…
Autor Jerzy Dolnicki
Więcej efaktyimity.eu

Rycerze Przedmurza

Dostać kijem między oczy nie boli aż tak, jak dowiedzieć się, że człowiek nie pochodzi od małpy, a świat ma zaledwie kilka tysięcy lat. Doświadczyłem jednego i drugiego podczas jedynego spotkania. Wszystko działo się w budynku kościoła katolickiego.
(…) Bractwo Przedmurza odnosi się bezpośrednio do tradycji polski szlacheckiej, ale jego członkowie najwyraźniej nie mają problemu, żeby w murach kościoła uczyć siebie i innych posługiwania się bronią, która może zabić. Tak naprawdę owe zajęcia miały niewiele wspólnego z tradycyjnym fechtunkiem, bo prawdziwą szablę z wygiętą głownią miał tylko jeden uczestnik. Dwaj posiadali szable sportowe i maski, a reszta dostała zwykłe kije, które wyglądały dokładnie tak, jak pały zadymiarzy. Jedna z takich lag owinięta była czarną taśmą izolacyjną i zakończona patriotycznym elementem, flagą biało-czerwoną. Wyglądała, jakby była sprawdzana w prawdziwym, ulicznym boju. Dlaczego czarna? Bo na czarnym nie widać krwi…
Autor Artur Kulikowski

Atrakcyjne strony armii

Duda i Błaszczak chwalą się gdzie mogą, że Polska jako jeden z nielicznych krajów NATO wydaje na obronę 2 proc. PKB. Tylko po co?

Naród polski kocha polskie wojsko. I jest dumny z naszych żołnierzy. No chyba, że jest w KFC między Grójcem i Warszawą i spożywa kawałki kurczaka pod lufami karabinów. Wtedy naród polski rękami swoich przedstawicieli śle do internetu fotki, w których umundurowanych jegomości z bronią w knajpie odsądza od należnej im czci i wiary w zwycięstwo.

„Kuchnie polowe diabli wiedzą gdzie”*
Oczywiście sprawą głodnego wojska szybko zajęły się media, a tuż potem kadra oficerska naszych sił zbrojnych. A właściwie jej piątego koła, czyli Wojsk Obrony Terytorialnej. Albowiem to reprezentujący jej barwy wojacy wpadli na szybkie jedzenie. Kadra w osobie rzecznika WOT stwierdziła, że zgłodnienie żołnierzy jest naturalne i wymagało zaspokojenia. W związku z czym ich wizyta w KFC była rzeczą normalną. Zaś fakt niepozostawienia przez nich broni w samochodzie, którym jechali, jak też jej przewieszenie przez ramiona z lufą skierowaną w dół, jest wyrazem przestrzegania przez weekendowe wojsko prawa i obowiązujących standardów. Szczególnie, że byli w podróży służbowej w związku z braniem udziału w zmianie warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

O takie drobiazgi, jak to po co ciągać ludzi w celu nieistotnej celebry wiele kilometrów, nikt rzecznika nie spytał. Tak samo jak o to, dlaczego w wojsku nie zadziałały stosowne procedury aprowizacyjne, które winny spowodować, żeby wojacy nie byli cały dzień o suchym pysku…
Autor Stefan Płonicki
Więcej efaktyimity.eu

Szmaty z „Lewackiej Szmaty”

„Polonia Christiana” próbuje zastraszyć sklep odzieżowy. Wszystko przez to, że wydał linię produktów krytykujących Kościół katolicki.
„Lewacka Szmata” jest internetowym sklepem z odzieżą i gadżetami. Firma specjalizuje się w projektowaniu, produkcji i sprzedaży ciuchów opatrzonych lewicowymi hasłami i symbolami. W kolekcji możemy znaleźć odzież z motywami odwołującymi się do ruchu socjalistycznego i jego bohaterów (m.in. Karol Marks, Stefan Okrzeja i Kazimierz Pużak) oraz związane z aktualnymi wydarzeniami i trendami (wsparcie dla osób LGBT, feminizm, ekologia). Sklepowe nowości – koszulki, kubki i torby – opatrzone hasłem „La unica iglesia que ilumina es la que arde” (jedyny kościół, który oświeca to ten, który się pali – przyp. red.) i motywem z płonącą świątynią wywołały u redaktorów „Polonii Christiania” napad szału. Katoliccy dziennikarze zasugerowali, że działalnością sklepu powinna zająć się prokuratura.

O komentarz poprosiliśmy Doro z Kolektywu Lewacka Szmata. Zdementowała informacje, że – jak sugerowała „Polonia Christiana” – nowa linia produktów gloryfikuje ataki na katolickie świątynie we Francji i w Chile.

– Wspomniane produkty nie są związane z ostatnimi wydarzeniami. Hasło na koszulkach jest starym hiszpańskim sloganem, który odnosił się do współpracy reżimu gen. Franco i Kościoła katolickiego. Tak się składa, że hasło jest dalej aktualne i dlatego je publikujemy…
Autor Norman Tabor

Andrzejkowe disco pod Świętym Krzyżem

Podobno Kościół katolicki w Polsce zakazuje obchodzenia pogańskiego zwyczaju andrzejek. Mieszkańcy Śródmieścia w Warszawie mają na ten temat zupełnie inne zdanie.
(…) Kościół dolny bazyliki mniejszej przy Krakowskim Przedmieściu jest pełen ludzi, jednak nikt się nie bawi. Wszyscy są nad wyraz skupieni i poważni. Myślę – trafiłem idealnie, ale mimo wszystko dziwi mnie aż tak patriotyczny nastrój andrzejek. W zaproszeniu napisano przecież, że czeka nas wyśmienita, chrześcijańska i roztańczona impreza. Tu nikt nie podryguje w takt muzyki, ba nawet nie tupie zmarzniętą nogą w bucie. Atmosfera jest grobowa i trochę przygnębiająca, choć w sumie idealna na wieczór wróżb i lanie wosku.

– To są andrzejki? – nieśmiało pytam szeptem zasłuchaną, stojącą pod ścianą siostrę miłosierdzia. – Nie, balanga jest z tyłu – zrozumiałem z ruchu warg i szerokiego gestu ręką wskazującego drogę. Balanga? – zdziwiłem się.

Wewnętrznymi schodami wchodzę na zakrystię. Akurat kończy się koncert chóru Sursum Corda, którego w kościele głównym słucha garstka melomanów muzyki pasyjnej. Gdyby nie otwierane co chwila ciężkie, dębowe drzwi na parking, krążyłbym po bazylice jeszcze przez kilka minut w poszukiwaniu właściwego adresu. Właśnie przez uchylane drzwi dociera do mnie muzyka, która zupełnie nie pasuje do miejsca i sytuacji. To dźwięki disco, czyli impra andrzejkowa! Zakonnica miała rację – faktycznie, balanga odbywa się z tyłu kościoła. Bezbłędnie trafiam na miejsce.
Z otwartych okien budynku Zgromadzenia Księży Misjonarzy dudni na całą okolicę muza w stylu „umpa, umpa”. Pod napisem „Domus Congregationis Missionis Fundata A.D. 1651” kłębi się tłumek ludzi. W większości to studenci Duszpasterstwa Akademickiego. W torbach dostrzegam ciasta, sałatki, paluszki, ale także słyszę dzwoniące o siebie butelki zmrożonego, złocistego płynu. Sprawdzana jest lista obecności i pobierana opłata w wysokości 10 zł od osoby.

Andrzejkowiczów wita z otwartymi ramionami ksiądz Artur. Patrzy także na mnie i z chrześcijańską wrażliwością, bez ogródek pyta:
– Co pan tu robi i czego chce?…
Autor Artur Kulikowski
Więcej efaktyimiy.eu

Lot nad smoleńskim gniazdem

W telewizji obchody miesięcznic smoleńskich wyglądają imponująco. Są uroczyste msze, marsz pamięci, przemowy i składanie kwiatków przed pomnikami. 10 listopada postanowiłem sprawdzić, jak miesięcznica wygląda tak naprawdę, od środka.
Wszystko przypomina pobyt w zakładzie psychiatrycznym, kreślonym ręką reżysera Miloša Formana, z którego co prawda każdy pacjent zawsze może wyjść, ale zostaje, bo tylko wśród swoich czuje się bezpiecznie. Postanowiłem na chwilę zostać Jackiem Nicholsonem z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”. Z wyznawcami spiskowych teorii rozwoju świata spędziłem cały dzień. Tylko i aż.
Wszystko rozpoczęło się o 8 rano w kościele seminaryjnym pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Do świątyni może wejść każdy. No to wchodzi. Nikt nikogo nie sprawdza, choć w pierwszych ławach, tuż przed ołtarzem, zasiadają premier, wicepremierzy, najważniejsi ministrowie, Jarosław Kaczyński i Bóg wie kto jeszcze. Brakuje tylko prezydenta, choć ma najbliżej. W kościele przesadnego tłumu nie ma, ale duża część zgromadzonych została tu zwieziona specjalnymi autokarami.
Prezes PiS przyjeżdża tuż przed 8. Kaczyński lekko utyka, ale dzielnie się przedziera nawą główną. Chwilę później zjawia się Mateusz Morawiecki. Obaj panowie musieli zwrócić uwagę na niecodzienne postacie, które mijali idąc w stronę prezbiterium. Ci ludzie normalnie nie wyglądają. Młody mężczyzna – z zaciętą ze złości twarzą – cały czas macha przed głową ogromnym portretem Lecha i Marii Kaczyńskich. Inny, starszy pan w zdezelowany statyw do kamery wbił wysoki biało-czerwony krzyż z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Dużych krzyży trzymanych w dłoniach wiernych jest kilkanaście. Starsza kobieta ma transparent w kształcie naszego kraju z napisem „Tu jest Polska”. Wszędzie w kościele powiewają (mniejsze lub większe) flagi narodowe…
Autor Artur Kulikowski
Więcej efaktyimiy.eu

Narodowy Dzień Nienawiści

Obchody urzędowo-samorządowe święta 11 listopada mają przewidywalny charakter: dzieci poprzebierane za ułanów i wąsatego Marszałka, rodzice fałszujący o tym, co „z ziemi włoskiej do Polski” i politycy celebrujący święto upamiętniające niby rok 1918, acz zadekretowane w 1937 r. – po to, by dopiec narodowej prawicy.
Ironią losu to narodowa prawica zawłaszczyła dziś uliczne obchody 11 listopada. Tu również jest przewidywalnie – antysemici, homofobiczni nienawistnicy, tropiciele „antypolskości” i „banderowców” występują w dwóch podstawowych wcieleniach: jako kibole i skini oraz tzw. zwykli ludzie. Tych ostatnich jest jakby więcej.
Co roku obiektywy kamer śledzą „marsze niepodległości” w dwóch miastach: Warszawie i Wrocławiu. Warszawa, wiadomo – stolica. Marsz stołeczny jeszcze w ubiegłym roku cieszył się patronatem prezydenta A. Dudy. Wprawdzie patronatu już nie ma, ale odorek oficjalnej pieczątki pozostał. To wciąż ogromna, wielotysięczna impreza, pokazywana w czołowych media świata. Morze czerwonych rac jest równie fotogeniczne jak tegoroczne logo imprezy: różaniec z krzyżem w formie kastetu.
Impreza warszawska organizowana jest profesjonalnie, z dużym wyczuciem potrzeb mediów. We Wrocławiu z kolei marsz niepodległości (duże litery byłyby tu nieprzyzwoitością) to coroczna jawnie antysemicka i neonaziolska zadyma uliczna. Stolica Dolnego Śląska jest od dekad stolicą polskiego radykalizmu. Ale we Wrocławiu zmieniła się władza, czego efekty widać. Naśladownictwo w innych miastach wskazane.

Więcej efaktyimiy.eu

Tata Ryś

„Jak budować relacje w rodzinie” to temat wykładu, który dla członków i sympatyków łódzkiego Klubu Ojca wygłosił arcybiskup Grzegorz Ryś.

„Tato.net” to, jak czytamy na jego stronie internetowej, „inicjatywa inspirująca mężczyzn do przeżywania ojcostwa jako pasji oraz najważniejszej kariery życia”. To właśnie oni zorganizowali w Zespole Szkół Salezjańskich w Łodzi spotkanie z metropolitą łódzkim Grzegorzem Rysiem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ksiądz pouczał zebranych „Jak być ojcem dorosłych dzieci? Jak być dorosłym dzieckiem swoich rodziców? Jak budować piękne i trwałe relacje rodzicielskie? Co robić, by kiedyś nie zadawać sobie pytania: „Co zrobiłem nie tak?”. Złotych myśli biskupa na temat ojcostwa przybyło posłuchać ponad 100 mężczyzn w różnym wieku oraz ja, jedyna na spotkaniu kobieta.

Niestety, nie dowiedziałam się od biskupa niczego o rodzicielstwie. Biskup również sprawiał wrażenie, jakby nie do końca czuł się uprawniony, by poruszać ten temat. Ale robił co mógł, nazywając siebie od czasu do czasu „ojcem, ale w innym wymiarze”. Podczas wykładu metropolita łódzki uciekł się więc do tego, co księża potrafią najlepiej: wygłosił kazanie, przybliżając słuchaczom cztery postacie: biblijnego Tobiasza, św. Teresę Benedyktę od Krzyża, św. Tomasza Morusa oraz Hermasa z II wieku. Opowiedział o ich relacjach rodzinnych i wierze w Boga. Żeby nie było nudno, przez półtorej godziny wykładu pochwalił się znajomością hebrajskiego, opowiedział kilka anegdot ze swojego prywatnego życia i rzucił kilka „sucharów”:..
Autor Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej efaktyimiy.eu