Srebrne rozwody

– Rozwodzimy się – mówi mi znajoma. Widujemy się rzadko, raz na kilka miesięcy. W ubiegłym roku opowiadała, że razem z mężem chcą kupić camper i na emeryturze jeździć nim po Europie. Plany uległy jednak zmianie.

Elżbieta i jej mąż dołączyli do stale rosnącej grupy Polaków, którzy w okolicach sześćdziesiątki lub siedemdziesiątki postanawiają rozpocząć życie od nowa. To drugie małżeństwo Elżbiety. Dla męża przeprowadziła się do Warszawy. Przez kilkanaście lat byli szczęśliwi, wychowali razem dzieci z poprzednich małżeństw. On już jest na emeryturze, ona będzie za rok. Okazało się, że mąż, który ma mnóstwo wolnego czasu i spędza go w domu, przed telewizorem lub komputerem, na co dzień jest nieznośny: wymaga, zrzędzi. Doszedł też element zdrady, jakże łatwej w czasach, gdy jest mnóstwo portali randkowych. Mąż Elżbiety nie zdradza jej z jedną kobietą, ma kilka nowych „narzeczonych”. Sprawa wyszła przypadkiem, Elżbieta nie chce się wdawać w szczegóły.
Każdy rozwód boli. Taka decyzja w dojrzałym wieku bywa jednak bardzo przemyślana. Elżbieta wie, czego chce i – co ważne – czego nie chce. Razem z mężem porozmawiali szczerze i boleśnie, zastanowili się nad terapią, ale w końcu doszli do wniosku, że najlepszym lekarstwem na małżeńskie cierpienie będzie rozstanie. (…)
O kłopotach, które masowo pojawiają się w pożyciu małżeńskim na emeryturze, świat po raz pierwszy usłyszał ładnych parę lat temu za sprawą Japończyków. Do lekarzy w Japonii masowo zgłaszały się panie po sześćdziesiątce, które skarżyły się na chroniczne bóle głowy, duszności, rozdrażnienie i bezsenność. Lekarze przyjrzeli się temu zjawisku i przedstawili diagnozę. To syndrom męża na emeryturze, czyli retired husband syndrome (RHS) i boryka się z nim ponad połowa Japonek, których mężowie przestali pracować…
Autor: Marianna Rolla
Więcej: efaktyimity.eu

Jego Ruch

Jako redakcja „Faktów i Mitów” podpisujemy się pod większością haseł ideowych partii Roberta Biedronia. Nie znaczy to jednak, że wróżymy jej spektakularny sukces.

(…) Dwa dni po konwencji nowej partii Kantar Millward Brown przeprowadził sondaż na temat preferencji wyborczych Polaków. Nowe ugrupowanie uzyskało w nim 14-proc. poparcie. To dobry wynik, ale nie jest zaskakujący – typowy po nagłośnieniu wydarzenia. Sondaż upubliczniony przez portal Onet w przeddzień startu nowej inicjatywy dał jej 6,4 proc. (SLD 6,1 proc.). (…). Po odsłonięciu rąbka tajemnicy śmiem twierdzić, że nowy ruch zmarnuje ten potencjał. Za kilka tygodni z konwencji Roberta Biedronia na warszawskim Torwarze będziemy pamiętać tylko czerwone światła, czerwone baloniki i czerwony krawat eksprezydenta Słupska.
Rozczarowanie
Trzeba docenić sprawność marketingową, pokazaną podczas tworzenia tej inicjatywy. Byliśmy trzymani w niepewności, zapowiedzi cedzono – co w naturalny sposób rozbudzało ciekawość. Twórcy (poza samym Biedroniem właściwie anonimowi) przedsięwzięcia zwrócili się do młodszej generacji, uciekając się do zrozumiałych dla niej instrumentów: sprzedaż gadżetów, prośby o wsparcie finansowe (crowdfunding). Na koniec lider okazał się udanym showmanem, wodzącym rej na dynamicznej i nowoczesnej konwencji.
Jednak lepiej dla siebie by zrobił, gdyby nic nie mówił o programie i swojej wizji Polski. Okazało się bowiem, że Wiosna nie będzie partią poważną. Tylko taka zaś może realnie uczestniczyć w grze politycznej i aspirować do wzięcia odpowiedzialności za losy państwa. Biedroń obiecał wszystkim, czego tylko mogliby zapragnąć: kobietom liberalne prawo do aborcji, emerytom minimum 1 600 zł, zarabiającym płacę minimalną jej szybkie windowanie do pokaźnych wysokości, gejom i lesbijkom małżeństwa, ateistom renegocjację konkordatu, wycofanie religii ze szkół i radykalne obcięcie wydatków na Kościół z państwowej kasy, chorym lekarza specjalistę w ciągu maksymalnie 30 dni… I tak dalej, i temu podobne. Wszystkie te postulaty są ważne. Ale deklarowanie, że się je zrealizuje naraz i natychmiast, trąci populizmem. I brakiem realizmu. Powiedziałbym, że świadczy o niedoświadczeniu politycznym, gdyby nie to, że słyszeliśmy to od byłego posła Ruchu Palikota, który przecież te same kwestie wypisał na swoich sztandarach. O wiele z nich zabiegał sam Biedroń, więc jak mało kto wie, że chcieć to nie zawsze móc.
Żeby wykonać podjęte zobowiązania, musiałby uzyskać większość konstytucyjną w parlamencie – dwie trzecie posłów i 51 senatorów. Wtedy rzeczywiście mógłby zmienić ustawę zasadniczą i wprowadzić zapowiadane zmiany. W innym przypadku może być pewien, że Trybunał Konstytucyjny uzna za sprzeczną dopuszczalność przerywania ciąży z powodów społecznych (tak jak zrobił to w 1997 r., po uchwaleniu przez Sejm zdominowany przez SLD liberalnej nowelizacji prawa w tej materii), albo prawo do związków homoseksualnych. Nie mówię, że to powód, aby odstąpić od tego postulatu – ale trzeba powiedzieć, w jaki sposób chce się ominąć tę przeszkodę. Twórcy programu nowej partii twierdzą, że jego koszty są…

Aut. Adrian Ziemiński
Więcej: efaktyimity.eu

Karma dla szaleńców

W czwartym roku „dobrej zmiany” połowa Polaków kwalifikuje się do leczenia u psychologa czy psychiatry. (…)

Partia rządzi, partia sądzi

Finał WOŚP w Gdańsku. Nożownik Stefan W. wyrywa mikrofon konferansjerowi i krzyczy: „Halo! Siedziałem niewinny w więzieniu! Platforma mnie torturowała!”. Jak później wyjdzie na jaw, odsiedział 5,5 roku za cztery napady na placówki bankowe. Starał się o zwolnienie warunkowe, lecz trzykrotnie odrzucono jego prośbę.

Paweł Adamowicz ani go nie oskarżał, ani nie skazał, ani nie trzymał w więzieniu. Pewnie nie wiedział nawet o jego istnieniu. Za los Stefana W. nie odpowiada żadna partia polityczna, trudno też wyobrazić sobie państwo, w którym napady na banki nie byłyby karane. Stefan W. zresztą sam pogorszył sytuację, gdy na procesie nie wyraził skruchy – zeznał, że chciał mieć pieniądze, których nie potrafił zarobić. Ale to PiS czwarty rok wmawia obywatelom, że sądy są partyjne, kiedyś były platformerskie, teraz powinny być pisowskie, bo taką wolę objawił suweren w wyborach. PiS dewastuje świadomość społeczną, przekreślając zasadę trójpodziału władzy, przejmując i obsadzając swoimi funkcjonariuszami wszystkie niezależne instytucje, zmierzając do tego, by cały aparat państwowy podlegał jednemu centralnemu ośrodkowi dyspozycji politycznej, jak to było w PRL.

Ten model rzutowany jest w przeszłość. Katastrofie smoleńskiej i aferze Amber Gold ma być winien Tusk, luce VAT-owskiej Rostowski, jakby celowo do niej doprowadził i osobiście się na niej utuczył (powyższa logika przestaje jednak obowiązywać w przypadku świeżych afer GetBack czy KNF). Władza pociąga za wszystkie sznurki, a jeśli nie pociąga, to dlatego, że jest leniwa lub skorumpowana. W efekcie tego prania mózgów słabiej wyedukowani obywatele obwiniają ówczesny rząd o wszystkie swoje niepowodzenia lat 2007–2015, a może i wcześniejszych. Stefan W. źle się czuł w więzieniu? Winna jest Platforma! Adamowicz, który od 2015 r. nie należał do PO, stał się jej symbolicznym reprezentantem, ofiarą zastępczą.

Tu warto dodać, że osadzeni w więzieniach mogą oglądać tylko TVP…

Więcej w piątkowym wydaniu „Faktów i Mitów” w kioskach od 18 stycznia