Zmierzch Ciumkacza

Chudy 67-latek o szczurzej twarzy, prokurator stanu wojennego, został frontmanem pisowskiej rewolucji ustrojowej. Ale ostatnio nawet mocodawcy mają go dosyć.
Stanisław Piotrowicz jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, podobnie jak Duda czy Ziobro. Odbył aplikację i w 1978 r. zdał egzamin prokuratorski. Od tego czasu wspinał się po kolejnych szczeblach w prokuraturze: Dębica, Krosno, Rzeszów.

W 1978 r. wstąpił do PZPR i na tym nie poprzestał. Był członkiem egzekutywy PZPR w Prokuraturze Rejonowej i Wojewódzkiej w Krośnie, a także… kierownikiem szkolenia partyjnego. Partia doceniła jego osiągnięcia. W 1984 r. zwierzchnicy uznali, że „jest pracownikiem pilnym i zdyscyplinowanym, ambitnym i wydajnym. Powierzone mu obowiązki wykonuje prawidłowo”. Młody Piotrowicz dostał Brązowy Krzyż Zasługi „za zasługi w pracy zawodowej i działalności społecznej”. (…)

Do polityki wszedł z klucza kościelnego, jako zaufany arcybiskupa Michalika. Od 2005 r. senator PiS, od 2011 r. poseł, Stanisław Piotrowicz tkwił w tylnych rzędach i nie wychylał się. Od czasu do czasu dziennikarze wypominali mu przeszłość, mocno kontrastującą z oficjalną retoryką jego partii. Dopiero po wyborach 2015 r. spadła mu z nieba życiowa szansa: wybrany na przewodniczącego sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, dostał superważne zadanie przepychania przez Sejm w szaleńczym tempie pisowskich ustaw, z pogwałceniem konstytucji, sejmowego regulaminu lub dobrych obyczajów parlamentarnych, albo i jednego, i drugiego, i trzeciego. Żonglując prawniczymi formułkami, miał sprawiać wrażenie, że wszystko to odbywa się lege artis.
Kto inny potrafiłby tak skutecznie pacyfikować oponentów, nie dopuszczać do głosu, wyłączać mikrofon, skracać czas wypowiedzi do 30 sekund? Kto odważyłby się powiedzieć posłowi opozycji: „Pana głos i tak nic nie znaczy”?…
Autor Dorota Wróblewska
Więcej efaktyimity.eu

Koloratka ponad prawem

Prokuratura w Świebodzinie umorzyła sprawę znieważenia zwłok i miejsca pochówku, którego miał dopuścić się ksiądz.

O sprawie ks. Andrzeja Kugielskiego, byłego proboszcza z Dąbrówki Wlkp. (woj. lubuskie), pisaliśmy w nr 10 „FiM”. Zdaniem pani Jadwigi z Zielonej Góry, ksiądz dopuścił się znieważenia miejsca pochówku jej ojca, który od 50 lat spoczywał na cmentarzu w tej małej miejscowości. Na początku 2017 r. kobieta postanowiła przenieść szczątki ojca do grobu matki w Rogozińcu. W kwietniu 2017 r. firma ze Świebodzina przystąpiła do ekshumacji. Jej pracownicy zdjęli nagrobek i rozkopali mogiłę. Pod nagrobkiem nie było nie tylko szczątków, ale nawet najmniejszego śladu po pochówku. Prowadzący ekshumację natrafili jedynie na kość ramieniową w grobie obok, przyciśniętą trumnami rodziców byłego księdza Andrzeja, obecnie proboszcza parafii w Bobowicku koło Międzyrzecza w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej…
Autor Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej efaktyimity.eu

Świeckie państwo!!

31 maja i 1 czerwca zbieramy podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o jawności finansów Kościoła i związków wyznaniowych #ProjektŚwieckiePaństwo, #KongresŚwieckości
Jeśli masz dość uprzywilejowanej pozycji Kościoła, przyjdź i nam pomóż!

Będziemy naprzeciwko „OFF Piotrkowska” w najbliższy piątek i sobotę w godzinach 14-19.

POMÓŻ WALCZYĆ O ŚWIECKIE PAŃSTWO!

Piskorski: święty Mateusz

16 maja, po blisko trzech latach zamknięcia, areszt śledczy opuścił podejrzewany o szpiegostwo na rzecz Rosji Mateusz Piskorski.

(…) Uważam, że jego sprawa to hańba polskiego wymiaru sprawiedliwości, prokuratury i blamaż służb specjalnych, porównywalny z oskarżeniem byłego premiera Józefa Oleksego o pracę na rzecz wywiadu rosyjskiego. Ani myślę zapewniać kogokolwiek o winie lub niewinności Mateusza Piskorskiego. Nie mam dostatecznej wiedzy, by występować tu jako wyrocznia lub strona. Ale jak każdy normalny człowiek mam nos i czuję potworny smród. Mam też mózg, z którego czasem korzystam. Korzystając z niego i idąc za smrodem, dochodzimy do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, polskiej policji politycznej.

Kiedy Piskorskiego zatrzymywano (maj 2016 r.), światek warszawskich dziennikarzy śledczych roił się od plotek. Razem z dwoma kolegami zebraliśmy ich kilka i spróbowaliśmy usystematyzować. Okoliczności zatrzymania polskiego polityka i byłego posła mniej więcej się pokrywały. Pokrywały się też informacje o znalezieniu „ogromnej sumy pieniędzy” (choć nikt nie słyszał o konkretnej sumie). Informacje te różniło miejsce zabezpieczenia owej fortuny. Jedni słyszeli o pieniądzach („całe zafoliowane paczki”) w bagażniku jego samochodu, inni o dolarach w jego warszawskim mieszkaniu, jeszcze inni o paczkach „zielonych” w domu jego rodziców pod Warszawą. Ale pod Warszawą (i to wcale nie tak blisko) mieszka była żona Mateusza, a jego rodzice mieszkają w zupełnie innej, odległej części Polski. Wszystkie te informacje miały to samo – „ogólne” – źródło: ABW.

Dzień później pojawiły się plotki, dla kogo M. Piskorski pracował lub miał pracować: dla Iraku, Rosji i Chin. Każdego kto myśli zszokowała informacja o Iraku, bo to tak, jakby pracował dla Amerykanów… Toteż dzień później Irak zamieniono na Iran. Czyli trzy kraje, z którymi USA bardzo się nie lubią. Później przestano mówić o Iranie, więc pozostały Rosja i Chiny. I znowu „źródło” tych rewelacji było to samo – polska policja polityczna (ABW). Wniosek z pobieżnej analizy przecieków jest prosty: Agencji zależało na przekazaniu informacji, że Mateusz Piskorski to szpieg i zdrajca, który za ciężkie pieniądze sprzedał ojczyznę. Skoro „ABWera” (jak pieszczotliwie nazywa się tę służbę) tak była pewna tego co ma, dlaczego zdecydowała się na puszczanie niedoprecyzowanych plotek, a nie na publikację solidnego komunikatu? Jakoś wszystko to logiki nie miało…

(…) Cóż więc takiego zrobił były poseł Samoobrony, że na trzy lata zamknięto go w areszcie…
Autor Dariusz Cychol
Więcej efaktyimity.eu

Tylko świnie…

Czekamy na tabuny prokuratorów i oddział antyterrorystów, zajmujących siedzibę Radia Maryja. Czekamy na „Kulsona”, glebiącego pana Rydzyka.

Po upublicznieniu filmu braci Sekielskich o uprawianej i ukrywanej przez księży pedofilii głos zabrał prezes Polski, mówiąc, że „będą surowe kary dla pedofilów, być może nawet do 30 lat więzienia”. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki zauważył z kolei, że jakoś tak dziwnie się składa, że film „Kler” ukazał się tuż przed wyborami samorządowymi, a dokument „Tylko nie mów nikomu” tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Dał w ten sposób do zrozumienia, że PiS ma na tyle liczne i ważne związki z polskimi środowiskami pedofilskimi, że publikacje w takich akurat terminach godzą bezpośrednio w interesy tej partii i jej szanse wyborcze. Ale wróćmy do meritum i do wspomnianego oświadczenia prezesa.

Pan prezes, jako prawnik, zapewne wie, że w polskim kodeksie karnym jest paragraf nr 240, mówiący o karalnym niezawiadomieniu o czynie zabronionym. Wie też z pewnością, że nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania, a artykuł 240 kk mówi m.in.: „kto mając wiarygodną wiadomość o karalnym przygotowaniu albo usiłowaniu lub dokonaniu czynu zabronionego określonego w art. (…) 156 spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, art. 197 zgwałcenie lub zmuszenie do poddania się innej czynności seksualnej § 3 lub 4, art. 198 seksualne wykorzystanie bezradności lub niepoczytalności innej osoby, art. 200 obcowanie płciowe z osobą małoletnią lub doprowadzenie jej do poddania się czynnościom seksualnym (…) nie zawiadamia niezwłocznie organu powołanego do ścigania przestępstw, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech”.

No więc, panie prezesie, informujemy o przestępstwie, które nie uległo jeszcze przedawnieniu i którego ukrywanie zagrożone jest przepisem art. 240 kk, którego ukrywania dopuścił się wielki polityczny przyjaciel PiS pan Tadeusz Rydzyk. Było to tak: we wtorek 15 lipca 2008 r. do wieczornej audycji Radia Maryja dodzwoniła się roztrzęsiona 13-letnia Ula i niemal płacząc poinformowała, że jest w ciąży z własnym ojcem. Pierwsze słowa ze strony współprowadzącego audycję księdza – bestii raczej – były porażające: „musisz urodzić to dziecko”. Po czym drań zapewnił zgwałcone przez ojca dziecko o tym, że „będą się za nią modlić”. Nie padło żadne słowo, że dziewczynka powinna natychmiast skontaktować się z policją lub że prowadzący audycję właśnie to robią. Nic z tych rzeczy – prowadzący audycję raz dwa Ulę wymiksowali (rozłączyli) i jakby nic się nie stało przyjęli kolejny telefon i prowadzili program do końca. Dyrektor RM oczywiście doskonale wiedział o tym, co się stało, choćby dlatego, że po kilku dniach w tygodniku „Nie” ukazał się obszerny artykuł o zaistniałej sytuacji, a p. Rydzyk wielokrotnie chwalił się na falach swojej rozgłośni, że ma tysiące wycinków „z prasy polskojęzycznej”, dokumentujących ataki na Radio Maryja. Miał więc z pewnością inkryminowany wycinek z „Nie”, ale nie zawiadomił prokuratury lub policji, a więc na mocy art. 240 kk podlega karze pozbawienia wolności do trzech lat. (Przywołana rozmowa dostępna jest na naszej stronie internetowej – faktyimity.pl).

W 1931 r. Tadeusz Boy-Żeleński napisał książkę pt. „Nasi okupanci”. Rzecz dotyczyła destrukcyjnego wpływu Kościoła katolickiego na życie społeczno-polityczne w ówczesnej Polsce. W 1939 r. pojawili się inni okupanci, a wraz z nimi hasło „tylko świnie siedzą w kinie”. Z podobną reakcją mieliśmy do czynienia po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy artyści uważający się za przyzwoitych na znak protestu bojkotowali państwowe media oraz teatry. Pan Kaczyński przy każdej możliwej okazji podkreśla swoje związki z Solidarnością i uważa się za najwybitniejszego spadkobiercę tradycji opozycyjnych i niepodległościowych. Jeżeli to prawda, to okupacyjne hasło o siedzących w kinie świniach powinno mu odpowiadać, a PiS winno zachować się jak na przyzwoitych ludzi przystało i natychmiast zerwać wszelkie kontakty ze środowiskiem Radia Maryja.
Włodzimierz Galant

Kulawy myśliwiec

Minister Błaszczak cieszy się jak dziecko, że wreszcie uda mu się kupić coś dla polskiej armii. Lecz gdyby znał raporty amerykańskich ekspertów, radosny uśmiech zniknąłby mu z twarzy.
Jak ogłosił kontradmirał Mathias Winter z Pentagonu, Stany Zjednoczone rozważają możliwość sprzedaży myśliwców F-35 „Lightning” pięciu krajom: Polsce, Rumunii, Grecji, Hiszpanii i Singapurowi.
„Rozpoczęliśmy już negocjacje – obwieszcza Błaszczak. – Przygotowałem podstawy prawne i finansowe, aby nabyć przynajmniej 32 samoloty piątej generacji”. Richard Edwards, przedstawiciel producenta samolotów, koncernu Lockheed Martin, przypuszcza, że pierwsze dostawy myśliwców F-35 do Polski będą możliwe w 2024 r. Ile trzeba będzie wybulić za to wyróżnienie Polski i pozostałych czterech mocarstw militarnych? Tego Błaszczak nie zdradza, bo nie ma pojęcia, ile będzie kosztował kot w worku, z którego się raduje. Edwards wyjawia tylko, że siły zbrojne Stanów płacą za F-35 80 mln dol. za sztukę. Wedle nieoficjalnych danych Ameryka zaproponuje nam cenę 120 mln. Za goły samolot. Za pakiety logistyczny i szkoleniowy rachunek będzie ekstra. Negocjacje mają nabrać przyspieszenia w czerwcu, podczas pielgrzymki prezydenta Dudy do Waszyngtonu.
Tak się niefortunnie złożyło, że gdy Winter i Edwards robili nam nadzieję na złapanie Pana Boga za nogi, szefowi Pentagonu Patrickowi Shanahanowi uchyliły się usta i wypłynęło z nich wyznanie, że F-35 „jest spierdolony”. Potem minister krygował się: chodziło o proces przygotowywania F-35 do eksploatacji, sam samolot jest wspaniały. To zapewne ocena teoretycznych założeń projektu. W mediach USA, a zwłaszcza w fachowych periodykach i na forach ekspertów z dziedziny zbrojeniowej, oceny F-35 niezmiennie od lat są miażdżąco negatywne…
Autor: Janusz Zawodny
Więcej: efaktyimity.eu

Prawda nas wyzwoli

Krytykowanie kleru i przykościelnych polityków nie jest objawem nienawiści do ludzi wierzących.

Nie jest nam w „FiM” po drodze z Kościołem katolickim. Używając terminu „Kościół”, mam na myśli jego funkcjonariuszy, których zbiorową twarz budują panowie Rydzyk, Głódź czy Jędraszewski, a także polityków, którzy zapisali Pambuka do partii PiS – a nie samych wyznawców tej religii, których jest nam żal, ale nie budzą oni naszej niechęci. Co więcej, uważamy, że kler katolicki zrobił niewiele dobrego dla Polski, za to uczynił dużo więcej złego. Przez stulecia kolaborował z państwami wrogimi Polsce, a później z władzami PRL, ciągnąc tłustą rentę ze swojej postawy np. wobec stanu wojennego czy strajków, współcześnie zaś dokonał finansowego rozbioru Polski, stając się drugim posiadaczem ziemskim po skarbie państwa. Kler i jego pomagierzy odpowiadają również za degradację praw kobiet i sianie nietolerancji, bezpośrednio przyczyniając się do mentalnej i politycznej putinizacji Polski w okresie rządów PiS.

Dlatego wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, poprzedzające wykład Donalda Tuska, oceniam jako nadzwyczaj łagodne, ale przede wszystkim prawdziwe i oddające rzeczywiste emocje większości Polaków wobec katolickiej dyktatury sumienia. Jażdżewski nie mówił oczywiście o katolikach rozumianych jako zbiorowość złączona węzłem wiary. Jego przemówienie odnosiło się wprost do kleru i polityków katolickich. To nie moherowe babcie są „obciążone niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi” i „opętane walką o pieniądze i o wpływy”.

Po wystąpieniu Jażdżewskiego odezwał się jeden z adresatów jego krytyki, niejaki Kaczyński. Kiedy bowiem Jażdżewski mówił o „cynicznych wrogach nowoczesności, czarnoksiężnikach, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami będą w stanie zdobyć władzę nad duszami Polaków”, adresował te słowa do Kaczyńskiego i jego wasali oraz tych, których wasalem jest sam Kaczyński, czyli do kleru. Kaczyński zaskrzeczał, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę” (niemal dosłowny cytat z Cyrankiewicza). Otóż, panie Kaczyński, Polska to nie Kościół, a Kościół to nie Polska…
Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej efaktyimity.eu

Niech się święci 1 maja

Święto Pracy przez dziesięciolecia było kojarzone wyłącznie z ruchem robotniczym i szeroko pojętą lewicą. Wszystko zmieniło się w połowie lat 50., kiedy to Kościół katolicki podpiął się pod nie, dodając do kalendarza liturgicznego wspomnienie św. Józefa Rzemieślnika (Robotnika).

(…) W 1955 r. papież Pius XII ustanowił wspomnienie św. Józefa, nie ukrywając przy tym, że uroczystość stanowić ma katolicką alternatywę wobec Święta Pracy. Inicjatywa podchwycona została przez Katolickie Stowarzyszenie Włoskich Robotników, a następnie wiele chrześcijańskich organizacji związkowych i partii chadeckich, które zaczęły organizować własne pochody pierwszomajowe. Co ciekawe, postać świętego z Nazaretu była używana w walce z lewicą jeszcze w latach 30. W słynnej encyklice „Divini Redemptoris” z 1937 r., znanej także pod tytułem „O bezbożnym komunizmie”, św. Józef określony został mianem „wzorca i opiekuna” klasy robotniczej. Pius XI oddał opiece tego świętego „całą akcję Kościoła, skierowaną przeciwko komunizmowi na całym świecie”. W teorii „Divini Redemptoris” wymierzona była w komunizm, w praktyce jednak znalazły się w niej również treści wymierzone w wartości socjalistyczne, ateistyczne, liberalne i laickie, a walka z „propagandą ateistyczną” uznana została za obowiązek wszystkich „kierowników państw”.

Józef w Polsce

W latach 80. dzień św. Józefa dotarł nad Wisłę. Największe demonstracje odbywały się wtedy pod kościołem pw. św. Stanisława Kostki w Warszawie (w tej świątyni służył zamordowany przez esbeków ks. Jerzy Popiełuszko). Zwyczaj przetrwał lata realnego socjalizmu i kontynuowany jest w III RP. Od 1993 r. członkowie NSZZ „Solidarność” organizowali coroczną Ogólnopolską Pielgrzymkę Robotników do sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Pomysłodawcami wydarzenia byli Jan Mosiński, były lider wielkopolskiej „Solidarności” i obecny poseł PiS oraz nieżyjący już ks. Lucjan Andrzejczak.

– 26 lat temu, już w wolnej Polsce, trochę z zażenowaniem obserwowałem, że w mieście Kaliszu, na ulicach miasta mamy pochody pierwszomajowe organizowane przez lewicę. To był trochę taki policzek – mówił w ubiegłym roku Mosiński…
Autor: Norman Tabor
Więcej: efaktyimity.eu

Do strajkujących Nauczycieli

Szanowni Nauczyciele,
źle się dzieje w państwie polskim. Rząd znowu na kolanie przygotował przepisy i umożliwił przeprowadzenie egzaminów „bez żadnego trybu”. Tak samo będzie z maturami Nie mam złudzeń, że partii Jarosława Kaczyńskiego zależy na edukacji i pedagogach. Nie mam złudzeń, że społeczeństwo dalej będzie Was popierać, bo społeczeństwu jest niewygodnie, więc powoli się od Was odwraca. Jak było z policją? Ludzie zadowoleni, bo policja nie wystawiała mandatów. Uciekanie na (co najmniej dyskusyjne L4) – zupełnie nie przeszkadzało obywatelom. A to, że ich podatki szerokim strumieniem wyciekały z budżetu – dla większości nie miało znaczenia.

Zawieszenie strajku na kilka dni – to dobry pomysł!

Przyjdźcie na rady klasyfikacyjne i niech KAŻDY uczeń ma z każdego przedmiotu 6-kę! Z każdego! Dodatkowo ocena wzorowa z zachowania! A co! Przyjdźcie do pracy w matury – niech każdy uczeń pisze jak chce, co chce i korzystając z czego chce. Jak przyjdzie do oceniania – z każdego przedmiotu po 100% – przecież uczniom się NALEŻY!

Niech uczniowie przyzwyczajają się do tego, że rządzący nie chcą wspierać tych, którzy ciężko pracują, ale wolą zasiłkować tych, którzy pracują mniej. Że uczciwa praca i wysokie zarobki są NIESPRAWIEDLIWE społecznie. Sprawiedliwie jest mieć tyle samo co inni i równać w dół!

Niech będzie tak, jak chce polityka rządu. Każdy maturzysta z kompletem 6-tek i 100% maturą. Znowu madki i tatełowie będą Was wspierać, bo jeżeli Jessica i Brajan będą mieli tak wspaniałe oceny, to nagle serca rodziców zabiją dla Was. I już… Elektorat PiSu zacznie mówić o nawróceniu, o tym, że duch Korczaka miał na Was wpływ. Wszyscy będą zadowoleni, a dzieci zaczną się przyzwyczajać do tego, że nie ważne czy pracujesz ciężko przez cały rok, czy leżysz i się obijasz – dostajesz to samo, bo taka jest (nie) sprawiedliwość społeczna.

W sieci zaczną się dyskusje. Jakiś tata napisze, że to nieuczciwe, że jego syn, ciężko pracował przez 3 lata i teraz ma takie oceny jak koledzy którzy nie robili nic. Na ojca rzuci się 5 madek, że „co ci to pszeszkadza, ham kce żeby tylko jego było na wieszhu, a ona ma chorom (na wrastający paznokieć) córkę i jej się należy!”

I nikt nikogo już nie przekona, że białe jest białe a czarne jest czarne!

Na wykresach w excelu ten rok będzie wyjątkowym rokiem w polskiej nauce! Takie wyniki! Ministra edukacji dostanie wielusettysięczną premię, premier wygłosi orędzie do narodu, prezydent znowu powie, że on też cały czas się uczy… a w kraju dalej panować będzie bezprawie i niesprawiedliwość. W takiej atmosferze – podwyżki dla Was – będą oczywistą oczywistością.

Za 5 lat na rynku pojawią się inżynierowie, którzy potrafią projektować tylko domki z kart, radcy prawni, dla których ważniejsze od kodeksów jest „widzi mi się” przełożonych, lekarze, którzy leczą „na oko” a na poważne choroby przepisują różaniec wykupiony w aptece. Budżet się załamie a w wieczornych Wiadomościach Danuta Holecka z grobową miną powie „wina Tuska”.

Sobociński

„Chińczyki” IPN

Nierozwiązywalny pozostaje dylemat, czy dzisiejsze pranie mózgów młodzieży przez Instytut Pamięci Narodowej wynika z braku wiedzy, czy z cynizmu polityków historycznych.
Dwudziesta rocznica powstania IPN zobowiązuje. Warto pokazać dorobek Instytutu w wykazywaniu, że w latach 1945–1989 w Polsce rządził totalitarny terror; albo nic się nie działo. Oraz to, że Polska od zawsze miała jednego wroga – Rosję. Nie licząc drobnego epizodu hitlerowskiego. I nie ma co pisać o lustracji, o wykopywaniu zwłok sprzed dziesięcioleci, wystawianiu świadectw moralności byłym agentom SB, którzy stoją po stronie PiS. A nawet o tym, że prokuratorzy z IPN wciąż piszą akty oskarżające Göringa czy Himmlera. To wszystko jeszcze nic. IPN to prawdziwe imperium od wydawania puzzli oraz gier planszowych. I to nawet z wersjami internetowymi.

Na coś takiego nie wpadli nawet propagandyści PRL. Nie robili gier o „zaplutych karłach”, nie kazali rzucać kostką ku chwale Armii Czerwonej. Ani dobierać kart, aby skutecznie sforsować Odrę czy przełamać Wał Pomorski. Nic z tych rzeczy. „Za komuny” rządziła gra w chińczyka ze znaną wszystkim maksymą „Człowieku, nie irytuj się”…

(…) Debiut IPN w roli wydawcy gier z 2009 r. nazywał się „Awans – Zostań marszałkiem Polski”. Jak się w to zagra, to zdobędzie się nader cenną historycznie wiedzę o tym, jakie stopnie wojskowe obowiązywały w Wojsku Polskim w 1939 r. Fani planszówek znęcali się nad produktem, recenzując, że „proste zasady i szybkość rozgrywki czyniłyby z produkcji IPN świetną grę imprezową, gdyby nie fakt, że jest ona przeznaczona tylko dla dwóch osób”. No i na to, że po paru minutach rozgrywki się usypia.

Chwilę później IPN wydał jeszcze bardziej nasenną produkcję. „Pamięć ’39” się nazywała i dobijała graczy 24 archiwalnymi pokolorowanymi fotkami z kampanii wrześniowej. Bo zdaniem twórców czarno-białe zdjęcie nic młodemu człowiekowi nie powie. A ponieważ całą rozgrywkę robi się w ciągu 10 minut, to choćby ośmiolatkowie na fotach mieli nie wiadomo co, to i tak nie zrozumieliby, o co chodzi. Oczywiście z wyjątkiem ruskiego sołdata…
Autor: Stefan Płonicki
Więcej: efaktyimity.eu