Szatański mocz

W Warszawie objawił się szatan. W sianiu zła i nienawiści pomógł mu ten, który przysiągł dozgonną walkę z Lucyferem. To samozwańczy egzorcysta Piotr Glas. Słynny rekolekcjonista zaprosił zagubione polskie dusze na spotkanie na Stadionie Narodowym. Belzebub na taką okazję tylko czekał.

Piotr Glas, choć jest Polakiem, na co dzień mieszka w Anglii. Swoją bożą posługę prowadzi w małej parafii w Portsmouth. Charyzmatyczny ksiądz jest najsłynniejszym polskim egzorcystą, który od 17 miesięcy ma jednak kanclerski zakaz stosowania tych praktyk. Nie przeszkadza to Piotrowi, vel Peterowi Glasowi, w wyrzucaniu demonów z udręczonych ciał i publicznym opowiadaniu o tym. Na spotkania z „egzorcystą” nadal przychodzą tłumy. Nie inaczej było w Warszawie, gdzie na rekolekcje pod tytułem „Maryja, przewodniczka w czasach zamętu” przyszło około dwóch tysięcy osób. Sala „Galeria” Stadionu Narodowego mogła pomieścić trochę ponad tysiąc…

W oczekiwaniu, jak napisał w zaproszeniu Glas, „na wygłoszenie konferencji” (?) zgromadzeni pośpiesznie zajmowali miejsca. Przyjechali dosłownie z całej Polski, by dowiedzieć się (i to za darmo) jak walczyć z szatanem. I pojawił się Glas, cały na czarno, z malutką koloratką pod szyją, okularami na nosie i siwiutką czupryną dodającą powagi. Wyglądał jak filmowy amerykański kaznodzieja. Tymczasem to zaledwie były członek Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii zagranicznej.

– Szatan z natury jest ojcem kłamstwa – ostro rozpoczął ksiądz. – Jednak szatan, przymuszony przez Boga działającego przez kapłana egzorcystę, mówi rzeczy, które demaskują jego potworną strategię. Szatan przymuszony mówi, co jest po tamtej stronie, gdzie…
Autor: Artur Kulikowski
Więcej: efaktyimity.eu

Jak wykończyć wolną prasę

Upadłość Ruchu pogrzebie setki gazet i czasopism.

Wolność słowa jest uważana przez amerykański Sąd Najwyższy za kamień węgielny demokracji. Kluczowym elementem wolności słowa jest zaś wolność prasy, którą Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu określa mianem „psa stróżującego” demokracji. I słusznie. Kiedy gaśnie wolność prasy, nie ma nikogo, kto podniósłby larum, informując społeczeństwo o bezeceństwach władzy. Wyobraźmy sobie Polskę, w której nie ma żadnej gazety czy telewizji gotowej napisać o dziwacznych interesach Kaczyńskiego, najbogatszego polskiego emeryta, dotyczących budowy wieżowców w stolicy. Polskę, w której prasa nie donosi o nagrodach wypłacanych sobie z naszych podatków przez polityków. Polskę, w której nie można w prasie przeczytać o metresach utrzymywanych za publiczne pieniądze w finansowym centrum państwa. Ile warta byłaby demokracja, gdyby społeczeństwo dokonywało wyboru politycznego w ciemno, nie mając pojęcia, co wyczynia władza?…
(…) Operacja likwidacja
Historia problemów finansowych Ruchu nie jest zwykłą opowieścią o nieudolności w zarządzaniu, długach i chybionych transakcjach. To również, a nawet przede wszystkim, historia powiązań polityczno-biznesowych oraz opowieść o zarzynaniu małych wydawców prasy, dla których Ruch był kluczowym dystrybutorem. Długi, w jakie popadł Ruch wobec swoich wierzycieli, czyli setek małych, lokalnych tytułów prasowych, gazet niszowych czy po prostu niezależnych wydawców, to tak naprawdę rodzaj pętli zarzuconej na szyję wolnej prasie w Polsce. Dla małych tytułów prasowych brak zapłaty ze strony Ruchu to w wielu wypadkach realna perspektywa upadłości, a w każdym razie cios wymierzony w plany rozwoju lub choćby utrzymania się na rynku wydawniczym. Niestety, wydaje się, że pętla długów trafiła na szyję wydawców nie wskutek zwykłych błędów menedżerskich, lecz w rezultacie przemyślanego, wdrażanego od lat w życie planu likwidacji niezależnej prasy w Polsce.
W historii upadku Ruchu odnajdujemy kluczowych graczy rynku finansowego. Jest więc „sprawny” menedżer, który występuje jednocześnie w dwóch rolach – rozgrywającego Ruchu i kontrolującego emitenta obligacji nabytych przez tę spółkę, które okazały się bezwartościowymi papierami…
Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

RUCH w złą stronę

Szanowni Państwo!
.
Co tydzień tworzymy nowy numer „Faktów i Mitów”. Staramy się najlepiej jak potrafimy. Prezentujemy treści alternatywne w stosunku do innych tytułów. Piszemy szczerze i dobitnie. Nie chowamy się za pustosłowiem, nie zasłaniamy poprawnością polityczną czy obyczajową, nie ma dla nas tematów tabu. Pokazujemy Wam rzeczywistość, jaką jest. Robimy to z pasją i chcemy robić nadal, ale… Możemy tworzyć najlepszy tygodnik opinii w Polsce, ale żeby funkcjonować, musimy go sprzedawać.

Jeden z głównych partnerów, Ruch, nie wywiązuje się z warunków określonych w obowiązującej nas umowie. Co tydzień ponosimy ogromne koszty: drukujemy pismo w nakładzie kilkakrotnie przewyższającym rzeczywistą sprzedaż, bo nasz partner nie radzi sobie z jego właściwą dystrybucją; płacimy autorom tekstów, płacimy grafikom, kupujemy zdjęcia, które widzicie w gazecie. To miesięcznie setki tysięcy złotych. W skali roku to sumy określane w milionach. Nasz partner, choć nie partycypuje w naszych kosztach, czerpie zysk, bo z ogromną marżą (nie podajemy jej wysokości ze względu na obowiązującą nas tajemnicę handlową) sprzedaje owoc naszej pracy. Jednak coraz rzadziej widzimy jakąkolwiek cząstkę tych pieniędzy. Zadłużenie Ruchu wobec nas rośnie i jest już naprawdę monstrualne. Pieniądze z bieżącej sprzedaży w ogóle nie wpływają od 7 lutego br., czyli po wdrożeniu drugiego postępowania układowego PPU2, którym zostało objęte także nasze wydawnictwo, a najstarsze zaległości w płatnościach sięgają lutego 2018 r. Mimo że dłużnik, Ruch SA, był zobowiązany (we wrześniu 2018 r., po rozpoczęciu postępowania układowego PPU1) do uregulowania zadłużenia pod nadzorem komisarza sądowego. W wyniku nieregularnych wpłat dług wzrósł, zamiast zmaleć. Reasumując: nasze malutkie wydawnictwo kredytuje działalność giganta.
Ruch idzie na dno i zamierza pociągnąć rodzime wydawnictwa, takie jak BŁAJA News. Nasze wydawnictwo prowadzi nierówną walkę z Ruchem od ponad roku, ale dopiero teraz, po próbie „kradzieży pieniędzy w białych rękawiczkach”, połączyło siły z innymi wydawcami, którzy sprzeciwiają się założeniom układu i przedstawiają swoje propozycje, które mają na celu zmodyfikowanie jego założeń oraz znalezienie pieniędzy na spłatę zadłużeń Ruchu.

W tym samym czasie ogromne sumy pieniędzy, jakie były na koncie Ruchu, zostały przesłane na jakieś dziwne konta. Podobno zgodnie z prawem, wszystko w białych rękawiczkach. Transfer tych pieniędzy z pewnością nie był „transferem politycznym”. Mamy jednak prawo przypuszczać, że polityką jest wszystko, co teraz dzieje się wokół Ruchu. Służby naszego państwa (ABW, CBA, prokuratura) z dziwną i niezrozumiałą konsekwencją pozostają w tej sprawie bierne, a człowiek, który doprowadził do tej sytuacji, cieszy się wolnością i fortuną. Czy bierność służb jest wynikiem jakiegoś zawartego z nim porozumienia politycznego? Tego nie wiemy i bez dowodów staramy się ograniczać swoją fantazję. Mamy jednak prawo czuć ogromne zaniepokojenie, bo nie wierzymy ani w apolityczność prokuratury pod rządami Zbigniewa Ziobry, ani w apolityczność CBA, ani w apolityczność ABW.

O przyszłości dystrybutora prasy mają decydować podmioty zależne od skarbu państwa – Alior Bank, PKN Orlen. Szefowie tych spółek sprawują w nich funkcje również z klucza politycznego, czego dowodem może być powierzenie dyrektorskiego stanowiska w Alior Banku żonie Zbigniewa Ziobry. Czyli: nie stają w naszej obronie upolitycznione służby, a o naszej przyszłości mają decydować upolitycznione władze spółek skarbu państwa. Czy mamy prawo czuć się zagrożeni?

W trakcie rozmów ugodowych jesteśmy już nie tylko straszeni, ale wręcz szantażowani. Każe nam się zrezygnować z naszych pieniędzy, które zasiliły kompletnie obce nam konta, grożąc, że albo się na to zgodzimy, albo nic nie dostaniemy. Z drugiej strony mówi się nam, że w sposób apolityczny do dystrybucji prasy wezmą się władze Orlenu, sprawujące rządy w wyniku jak najbardziej politycznego „podziału łupów”.

Informacje o rozmowach z Ruchem nie przebijają się w mediach. Wydawcy siedzą cicho w obawie, że nie zobaczą grosza ze swoich pieniędzy, albo ich pismo nie trafi do dystrybucji, jeśli będzie za nią odpowiadać Orlen. Doskonale to rozumiemy! Mamy takie samo zmartwienie. Dla małych wydawnictw, takich jak nasze, spadek sprzedaży na poziomie 30 proc. powoduje poważne konsekwencje…
Z innych powodów milczą najwięksi wydawcy – koncerny zagraniczne. Ponad dwa lata PiS straszy ustawą „repolonizacyjną”, która może doprowadzić do zniszczenia ich potęgi rynkowej. Odkąd spółki skarbu państwa podjęły rozmowy z Ruchem, o wprowadzeniu tej ustawy przestano mówić… Z drugiej strony, zapewne z chęci „uciszenia ich niezadowolenia”, są traktowane w sposób uprzywilejowany w stosunku do małych wydawnictw: szybciej niż inni dostają pieniądze, korzystają z gwarancji bankowych. Takie nierówne traktowanie podmiotów gospodarczych stoi w sprzeczności z prawem, ale i w tym wypadku prokuratura milczy…

Mamy prawo nie tylko do obaw o los pieniędzy, które jest nam winien Ruch, ale po prostu o swoją przyszłość. Jeśli mają o niej decydować nie Czytelnicy, lecz kilku prokościelnych decydentów z PiS – nasz niepokój rośnie. Chyba Rydzyk, Jędraszewski, Hoser i reszta tej szkodliwej ekipy z radością przyjęliby decyzję o zamknięciu „Faktów i Mitów”. Ot, takie „wotum ofiarne” i sugestia poparcia w kolejnych wyborach parlamentarnych. Jak widać, mamy wpływowych przeciwników. Użyjemy jednak wszelkich możliwych narzędzi prawnych, aby nasze wydawnictwo wyszło z tych zawirowań obronną ręką.

15 kwietnia odbędzie się głosowanie nad postępowaniem układowym PPU1 i PPU2. Otrzymaliśmy właśnie zaproszenie z kartą do głosowania, na której wskazana została błędnie wartość naszych głosów – obniżono ją o połowę. Pomyłka czy kolejna nieuczciwa gra ze strony dłużnika?
O wyniku głosowania poinformujemy Państwa w następnym numerze.
R.

Kościelny szturm po kasę

Parafia pw. Niepokalanego Poczęcia NMP w Rawie Mazowieckiej rozpoczęła „Remontowy szturm do nieba”. Każdego, kto stanie na drodze do zebrania jak największej kasy, zaszczuje i zniszczy.

(…) Remont tzw. dużego kościoła w Rawie trwa już blisko dwa lata. Prace miały się zakończyć w grudniu ub.r., zostały jednak przedłużone do maja br. Konserwacja ołtarzy, wszystkich zabytkowych elementów, wymiana instalacji, podłóg, dachu i okien ma kosztować blisko 22 mln zł. Prawie 15 mln zł na ten cel wyłożył zarząd województwa łódzkiego, korzystając z funduszy europejskich. Pieniądze na remont kościoła płyną szerokim strumieniem, m.in. z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Łódzkiego na lata 2014–2020, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Urzędu Marszałkowskiego w Łodzi i także Funduszu Kościelnego. Zrzutka nie ominęła miasta. Z lokalnego programu rewitalizacji miasta na remont kościoła przeznaczono 300 tys. zł. To jednak w naszym świeckim państwie nie koniec możliwości dotacji na kościół.

– Wnioskodawcy, będący właścicielami zabytków, w tym m.in. zabytków sakralnych, mogą ubiegać się o uzyskanie dotacji z budżetu miasta na podstawie uchwały nr XLVIII/360/10 Rady Miasta Rawa Mazowiecka z 30 czerwca 2010 r. w sprawie określenia zasad udzielania dotacji na prace konserwatorskie, restauratorskie lub roboty budowlane przy zabytkach wpisanych do rejestru zabytków Rawy Mazowieckiej i w ramach zaplanowanego na dany rok limitu, wskazanego w uchwale budżetowej – tłumaczy burmistrz Rawy Mazowieckiej Piotr Irla.
Z tej furtki postanowili skorzystać niektórzy radni miasta. Na sesji sprzeciwił się temu jedynie radny Tadeusz Boczek.

– Nie chciałbym, żebyście uważali, że jestem przeciwnikiem kościoła… Uważam, że pomagać trzeba biednym, a nie bogatym. Nie jestem za tym, żeby niszczyć zabytki. Za te zabytki odpowiada nie tylko gospodarz, czyli pan burmistrz, ale też drugi gospodarz, Kościół – mówił podczas zebrania. – W 1990 r. Fundusz Kościelny wynosił nieco ponad 2 mln zł. W 2018 r. już ponad 156 mln. Pytam, czy ja jestem przeciwnikiem Kościoła? Jestem przeciwnikiem tego, żeby dawać bogatym, a nie biednym. Czy my nie mamy większych potrzeb na terenie miasta? – pytał radny, nie spodziewając się, co go spotka za te słowa…
Autor: Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej: efaktyimity.eu

Prolajferzy – kto wam uwierzy

Narodowy Marsz Życia, który przeszedł ulicami Warszawy, miał być pokazem siły i potwierdzić przywiązanie do tradycji chrześcijańskiej, barw narodowych i wszystkiego, co związane z prawdziwą polskością.

Duma narodowa legła w gruzach, a nasze kołtuństwo widoczne były aż nadto. Katolickie i prawicowe media piały, że w marszu wzięło udział 10, a nawet 20 tysięcy osób. Naprawdę były niecałe trzy, z czego duża część została do stolicy zwieziona autokarami z kilkunastu miejscowości w całym kraju.

Ulicami Warszawy kroczyli w większości emeryci, jednak to oni mieli w sprawie seksu i ciąży najwięcej do powiedzenia. Zaistnieć chcieli także prawicowi politycy, ale zostali „spacyfikowani” przez organizatorów. Znakomitym przykładem niech będzie europoseł Ryszard Czarnecki z PiS, który dumnie szedł w pierwszym szeregu marszu, ale ze sceny głosu nie zabrał, bo nie został tam wpuszczony. Wściekły, odwrócił się na pięcie i poszedł do domu. Więcej szczęścia miał inny znany prolajfer Marian Piłka, który co prawda na pakę tira wszedł, ale mikrofonu do ręki nie dostał. Jedynym politykiem, który zabrał publicznie głos był 58-letni Marek Jurek. Europoseł powiedział jasno, co nas czeka.

– Niepodległą Polskę odbudujemy na fundamencie Dekalogu, bo tylko w tym jest życie naszego narodu. Dekalog nie jest opinią, jest zbiorem zasad, jest warunkiem cywilizacji życia…
Autor: Artur Kulikowski
Więcej: efaktyimity.eu

On jest dzieckiem, nie rośliną…

Takie dzieci jak Filip nazywa się roślinkami. Jedni patrzą na nie z litością, inni starają się w ogóle nie patrzeć. Żyją często dzięki datkom i 1 procentowi podatku, o który konkurują z innymi chorymi dziećmi, ale i z psami, kotami oraz lisami ocalonymi z futrzarskich obozów zagłady. Wszyscy potrzebują go tak samo… bardzo.
– Ten procent naprawdę ratuje życie. Gdyby nie on, Filipek nie miałby nic… nic – mówi Monika Bohdziun, mama 11-letniego Filipa. (…)

Ciąża pani Moniki przebiegała książkowo, kobieta czuła się świetnie i z niecierpliwością czekała na rozwiązanie. Po czterech latach pracy w szkockim Edynburgu Monika Bohdziun wraz z mężem stwierdziła, że najwyższy czas na dziecko. 30 maja 2008 r., po sześciu godzinach porodu, lekarze podjęli decyzję o podaniu znieczulenia. Zanim jednak to zrobili, podali zastrzyk z ranitydyny. To lek, który ma zapobiegać przedostaniu się treści żołądka do płuc.
– To standardowa procedura w Szkocji – mówi pani Monika, która wtedy nie wiedziała jeszcze, że jest na ten lek uczulona. – W sekundzie dostałam czerwonych plam na całym ciele, zrobiło mi się duszno, nie mogłam oddychać i przestałam czuć skurcze. Doznałam wstrząsu anafilaktycznego i straciłam przytomność – opowiada.
Chłopiec był przez 40 minut niedotleniony. Lekarze musieli wyciągać go kleszczami. Nie mogli zrobić cesarskiego cięcia, bo zagrażałoby to życiu matki.
– Jego serduszko biło, ale nie oddychał. Kiedy się obudziłam, najpierw usłyszałam, że syn ma znaczne uszkodzenie mózgu oraz narządów wewnętrznych i w każdej chwili może umrzeć. To była dla mnie abstrakcja, nic do mnie nie docierało – mówi ze łzami w oczach. Tak zaczęła się walka o Filipa, która trwa do dzisiaj.
– Przez trzy tygodnie w szpitalu lekarze stabilizowali jego stan. Był pięknym i dużym bobasem, ważył 3,6 kg. Po rezonansie okazało się, że wszystkie narządy pracują prawidłowo, ale każdego dnia wychodziły nowe dolegliwości. Lekarze mówili, że nigdy nie będzie chodził, bawił się z innymi dziećmi, mówił, ani nawet siedział. Pamiętam, że wtedy nie za bardzo wiedziałam, co znaczy porażenie mózgowe – wspomina. – Potem jeszcze okazało się, że ma padaczkę lekooporną. Przez osiem miesięcy codziennie płakałam. Mąż musiał wrócić do pracy, a ja zostałam sama z niemowlęciem. Po trzech miesiącach od porodu pani Monika postanowiła wrócić do Polski.

30 maja Filipek skończy 11 lat. Przez ten czas pani Monika przekonała się, że Polska to nie jest kraj dla ludzi przewlekle chorych. Żadna państwowa instytucja nie kieruje rodzicem, który znajdzie się w nowej, tak trudnej sytuacji. Nie wskazuje, do jakich przepisów trzeba sięgnąć, by cokolwiek uzyskać, leczyć lub chociażby poprawić komfort życia chorego dziecka. (…)

– Wiemy, że jest bardzo wielu potrzebujących, może nawet
bardziej niż my. Jednak jako matka proszę, żebyście
spojrzeli na Filipka nie jak na roślinę, ale jak na dziecko,
dziecko, które niczym nie zawiniło. Nie wyleczę go, to niestety
niemożliwe, ale będzie mi łatwiej zapewnić mu komfort
życia, na jaki zasługuje – mówi Monika Bohdziun.

Fundacja Gajusz:
KRS 0000 109 866
Numer konta Pekao 80 1240 1545 1111 0010 6257 1028
1% tylko dla Filipa:
Fundacja „Zdążyć z pomocą”
krs 0000037904
Cel szczegółowy 1% – 9422 Filip Bohdziun

Autor Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej efaktyimity.eu

Uczciwość księdza

Kapelan DPS na Mazurach nie pracuje, bo jest chory. Choroba nie przeszkadza mu jednak w odprawianiu mszy i wykonywaniu obowiązków proboszcza.
Ksiądz Mirosław Lango, oprócz probostwa w parafii pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Spychowie (woj. warmińsko-mazurskie), jest także kapelanem spychowskiej filii Domu Pomocy Społecznej w Szczytnie. Ksiądz od kilku miesięcy przebywa na zwolnieniu lekarskim i do pracy w DPS nie przychodzi. Nie przeszkadza mu to jednak wykonywać drugą pracę zarobkową.
– Ksiądz na L4 normalnie pracuje. Chodził po kolędzie, odprawia msze, udziela ślubów i chrztów, za co oczywiście bierze pieniądze, i to niemałe – mówi jeden z mieszkańców Spychowa. – Nóż się w kieszeni otwiera. Zwykłemu człowiekowi już by ZUS na plecach siedział, a tu ksiądz bezkarnie oszukuje państwo. Wstyd i brak godności – denerwuje się…
Autor: Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej: efaktyimity.eu

Du-dzicz

Tworzymy galerię prawników-kolaborantów pisowskiego reżimu.

Zajmiemy się Jarosławem Dudziczem. To kolejna postać w naszej galerii prawników-kolaborantów pisowskiego reżimu. Budujemy tę galerię, aby za kilka miesięcy, kiedy Polacy pogonią złodziejską szajkę rządzącą Polską, móc łatwo zbudować listy osób podlegających usunięciu z zawodów prawniczych. A więc przed państwem Jarosław Dudzicz.
Obecnie podaje się za członka Krajowej Rady Sądownictwa. Jeżeli ktoś wierzy, że ten złożony z politycznych nominatów organ istotnie realizuje konstytucyjną funkcję KRS, to w porządku, dla niego Dudzicz jest członkiem KRS. Dla nas jest to tylko druga sylaba jego nazwiska, bezprawnie opanowująca konstytucyjne organy państwa, żadna tam KRS. Rozwalenie prawowitej KRS było zamachem na porządek konstytucyjny i nikt z wykształceniem prawniczym nie powinien był w tym partycypować. Ale dla Dudzicza była to chyba jedyna szansa na zaistnienie. Mimo to nie rozumiemy Dudzicza. Przecież z jego fizjonomią mógł dorabiać jako miś na Krupówkach, wystarczyło tylko dodać trochę futra na ciele. No i intelektualnie świetnie by się do tej pracy nadawał, a przy tym zarobki większe niż w organie udającym KRS. Po co mu więc było to „koryto+”? Przyjemność krótka, a wstyd i ból na całe życie, jak po randce z Jankowskim (…)
(…) ostatnio Dudzicz przebił w swoim internetowym lansie dno szamba, które sam wykopał. Otóż ten „sędzia”, ten „członek KRS”, publicznie zameldował posłuszeństwo posłance PiS Krystynie Pawłowicz (kłamliwie nazywając ją przy tym „profesorem” – ona przy profesorze co najwyżej stała, a jest doktorem habilitowanym bez etatu profesorskiego). Napisał na Twitterze, że „melduje się na rozkaz” i że chce jej „służyć”. Napisał to na koncie, na którym przedstawia się – też kłamliwie – jako „zastępca rzecznika prasowego Krajowej Rady Sądownictwa”. Po zamieszczeniu tego „meldunku” Dudzicz tłumaczył się, że takie ma poczucie humoru i zdawał się kompletnie nie rozumieć, dlaczego nikt poważny nie uznał jego wpisu za zabawny…
Aut. Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Festiwal fałszu

Rząd szykuje się do starcia z nauczycielami i zamierza tę bitwę wygrać.

Mamy w Polsce ponad 700 tys. nauczycieli. Zarabiają nędznie, zazwyczaj w okolicach 3 tys. zł miesięcznie (w dużym uśrednieniu). Ich roczna pensja jest kilkanaście razy mniejsza od pensji Pani Blandyny z NBP. Jest trzy razy mniejsza od diety poselskiej. Nie przeszkadza to jednak posłowi PiS Markowi Suskiemu, szefowi Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów, twierdzić, że są to wielkości porównywalne. Suski ma prawo nienawidzić nauczycieli – ilekroć otworzy buzię, udowadnia, że prawie niczego nie wyniósł ze szkoły. Czy jego nienawiść do nauczycieli wzięła się z awersji do nauki, czy też odpuścił sobie edukację z powodu awersji do nauczycieli – tego nie wiemy. Faktem jednak jest, że nie sposób w tym ministrze dostrzec śladu Seneki. Pewnie zresztą nie wie, kto to Seneka, podobnie jak nie słyszał o carycy Katarzynie.

Typem niewątpliwie mądrzejszym od Suskiego jest szef Gabinetu Prezydenta RP Krzysztof Szczerski. Ten z kolei, odnosząc się do roszczeń nauczycieli, był uprzejmy zauważyć, że są oni beneficjentami programu 500+. Zasugerował więc – tak przynajmniej zostało to odebrane – że jeśli chcą więcej zarabiać, powinni się rozmnażać. 700 tys. osób poczuło na swoich twarzach brudną ślinę, zmieszaną z jadem i arogancją. Prezydent usprawiedliwiał swojego ministra, tłumacząc, że była to wypowiedź „niefortunna”.
Organ prasowy najbardziej wspierający PiS, czyli „Gazeta Polska” Tomasza Sakiewicza, na okładce najnowszego numeru umieścił fotografię przewodniczącego Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) Sławomira Broniarza. Stoi on przed szkolną tablicą z ruskim karabinem maszynowym. Całość wieńczy tytuł: „ZNP bierze dzieci na zakładników”. Identycznie jak czeczeńscy terroryści Szamila Basajewa, którzy 1 września 2004 r. w Biesłanie sterroryzowali dzieci w szkole, biorąc 1181 zakładników (zginęły 334 osoby, 785 zostało rannych)…

Autor: Dariusz Cychol
Więcej: efaktyimity.eu

Anioł Pański na uroki

Katolicyzm niemal doszczętnie zmiażdżył religię Słowian i wywodzące się z niej ludowe rytuały. Zepchnięta na margines bogata tradycja czarów, guseł i uroków jest wyśmiewana, ale nadal żywa.
Choć to Podlasie kojarzy się z szeptuchami, w okolicach Radgoszczy (powiat tarnowski) to profesja nie mniej popularna. Tu każdy zna lub pamięta kogoś, kto zajmował się urokami. Szeptuchy, szeptunki, wiedźmy, czarownice, w zależności od tego, w jakim rejonie Polski się znajdują, potrafią pomóc, ale mogą też zaszkodzić. Zazwyczaj są to starsze kobiety, którym przypisuje się różne moce. Jedne potrafią uzdrawiać, inne rozmawiać ze zmarłymi, ściągać klątwy, a jeszcze inne rzucać uroki. Mocy nie da się nauczyć, trzeba ją mieć i umieć wykorzystywać. Najczęściej przechodzi ona z pokolenia na pokolenie. Wbrew pozorom po pomoc do szeptuchy przychodzą nie tylko najbliżsi sąsiedzi z małych, odciętych od świata wsi. Szeptuchy można znaleźć także w Warszawie czy Poznaniu. Niektóre prowadzą nawet własne strony internetowe. Po pomoc do nich przyjeżdżają różni ludzie: prości i wykształceni, z dużych miast, malutkich wiosek; często tacy, którym nie zdołała pomóc współczesna medycyna.

Szept, który leczy

Szeptucha z Radgoszczy mieszka nieopodal kościoła. Z każdej ściany domu 81-letniej kobiety patrzy na mnie Jezus albo inni święci.
– Po co o tym pisać? Kto ma mnie znaleźć, to i tak znajdzie – mówi spokojnie pani
Jadwiga i zarzeka się, że ostatni raz „odprawiała” siedem lat temu.
Choć nie mówi tego wprost, boi się reakcji ludzi…
Aut. Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej: efaktyimity.eu