Komisja prawdy

Dostęp do kościelnych archiwów, zadośćuczynienie dla ofiar kościelnej pedofilii, sankcje dla biskupów za brak współpracy – to tylko niektóre założenia obywatelskiego projektu komisji ds. pedofilii w Kościele.

Po pół roku prac prawników, psychologów, seksuologów i przedstawicieli organizacji pozarządowych, 20 maja w Sejmie posłanka Joanna Scheuring-Wielgus i Fundacja „Nie lękajcie się” przedstawiły najważniejsze założenia projektu ustawy obywatelskiej o powołaniu niezależnej od rządu i Kościoła Komisji Prawdy i Zadośćuczynienia. Mimo wielu zapowiedzi i nagłego zainteresowania walką o sprawiedliwość dla ofiar kościelnej pedofilii, spowodowanego filmem braci Sekielskich, na piątej już konferencji poświęconej temu tematowi nie pojawili się politycy PiS ani PO, Kukiz ’15 czy PSL. Jedynymi obecnymi parlamentarzystami byli posłowie Nowoczesnej: Monika Rosa i Adam Szłapka, którzy już wcześniej interesowali się sprawą.

Jaki jest cel mającej powstać komisji ds. kościelnej pedofilii?

– Dogłębne wyjaśnienie przypadków nadużyć seksualnych, popełnionych przez osoby duchowne, w tym zaniechań oraz zaniedbań władz kościelnych, a także organów ścigania oraz sądów w ściganiu i skutecznym karaniu sprawców tych nadużyć, podejmowanie działań umożliwiających pociągnięcie do odpowiedzialności osób winnych tych nadużyć i ich tuszowania, a także zadośćuczynienie wyrządzonych szkód – mówiła Jolanta Banach, prezeska Stowarzyszenia „Lepszy Gdańsk”, koordynatorka projektu.

Zespół J. Banach sprawdził, jak działały takie komisje w Stanach Zjednoczonych, Irlandii, Niemczech i Australii. Wybrano rozwiązanie z Australii ze względu na niezależność komisji od episkopatu i rządu.

– Komisja ma być wybierana przez trzy piąte Sejmu i z poparciem Senatu. W jej skład wejdzie 15 osób: siedmiu prawników, trzech psychologów i psychiatrów, trzy osoby rekomendowane przez doświadczone organizacje pozarządowe, zajmujące się pomocą ofiarom przestępstw seksualnych oraz po jednej osobie wskazanej przez premiera i prezydenta RP – tłumaczyła prof. Monika Płatek.
Działalność komisji miałaby być finansowana z budżetu państwa, planowane jest utworzenie biura z dyżurującymi psychologami, seksuologami i prawnikami. Przewodniczący komisji, przy zgodzie jej większości, mógłby zapraszać na posiedzenia przedstawicieli Kościoła, ale tylko w charakterze obserwatorów, bez prawa głosu.

Według zapowiedzi, komisja będzie miała szerokie kompetencje, będzie mogła m.in. żądać udostępnienia związanych ze sprawą dokumentów, pism, korespondencji oraz archiwów, które są w posiadaniu Kościoła. W przypadku odmowy współpracy komisja będzie mogła zwrócić się do prokuratora okręgowego o wydanie przez niego zarządzenia o przeszukaniu przez policję budynku danej kurii.
Do uprawnień komisji będzie należeć również wnioskowanie o powiadomienie, co dzieje się ze skazanym księdzem po wyroku za pedofilię (by mimo zakazu pracy z dziećmi nie zostawali proboszczami i nie mieli kontaktu np. z ministrantami). Komisja byłaby także uprawniona do pośredniczenia w polubownym rozwiązaniu sprawy zadośćuczynienia. Kuria miałaby 30 dni na przedstawienie propozycji formy zadośćuczynienia. W przypadku odmowy, Komisja mogłaby występować z powództwem o odszkodowanie.
Projekt ustawy przewiduje ponadto zawieszenie przedawnienia w odniesieniu do ścigania nadużyć seksualnych popełnianych przez duchownych oraz ochronę osób pokrzywdzonych, które ukończyły 15. rok życia.

Przedstawiony projekt rozwiązań został już przekazany legislatorom, którzy stworzą z niego projekt ustawy. Kiedy będzie gotowy, rozpocznie się zbiórka 100 tysięcy podpisów, wymaganych pod projektem obywatelskim.
Autor Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej efaktyimity.eu

21 lat hip hip, hurra!

Konkordaty ze Stolicą Apostolską zawierały w historii różne państwa, przy czym takich, które się na to zdecydowały, jest w gruncie rzeczy niewiele.
Traktaty laterańskie zawarły faszystowskie Włochy w 1929 r. Stolica Apostolska zawarła również konkordat z hitlerowskimi Niemcami, legitymizując tym natychmiast władze nazistowskie. Kardynał Faulbaher zachwalał wtedy porozumienie z papieżem, podkreślając jego uznanie dla Hitlera jako męża stanu, który podniósł głos przeciwko bolszewizmowi. Stolec Piotrowy zadzierzgnął nici przyjaźni, za pomocą konkordatów, również z faszystowską Hiszpanią Francisca Franco (1953 r.). Dobór przyjaciół był więc szczególny i nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że w elitarnym gronie wybrańców Stolca znalazła się i Polska.

Zresztą po raz drugi. Również przed II wojną światową Polska dostąpiła zaszczytu zawarcia konkordatu ze Stolicą Apostolską (1925 r.). Obowiązywał on do 1945 r. i zakończył żywot wskutek uchwały Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, stwierdzającej, że Stolica Apostolska zerwała konkordat jednostronnie poprzez naruszanie jego istotnych postanowień. (…)
Obecny konkordat podpisał w 1993 r. Krzysztof Skubiszewski, ówczesny szef dyplomacji w rządzie Hanny Suchockiej (późniejszej polskiej ambasadorki w Watykanie). Następnie umowa poleżała sobie w zamrażarce przez cztery lata rządów koalicji SLD-PSL, by ostatecznie zostać ratyfikowana dopiero za rządów AWS. (…)

Konkordat pozostawia w gruncie rzeczy sporą swobodę interpretacyjną. Jednak jego myślą przewodnią – jak wynika z lektury uzasadnienia projektu ustawy o ratyfikacji tej upokarzającej umowy – pozornie było zabezpieczenie autonomii i niezależności Kościoła i państwa w ich sferach zadań. Praktyka pokazała, że ta myśl jakoś szybko zgasła, kler katolicki z bezczelnością faceta srającego na wycieraczkę i dzwoniącego do drzwi, by poprosić o papier toaletowy, wpiernicza się bezustannie w sprawy państwa. Daje to wystarczającą podstawę do stwierdzenia wygaśnięcia konkordatu przez Polskę z powodu jego permanentnego naruszania przez drugą stronę, na podstawie art. 60 ust. 1 konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów. To jednak wymagałoby premiera Biedronia, zamiast bandy watykańskich agentów u władzy.

Jednak nawet gdyby konkordat utrzymać w mocy, to jego skrupulatne stosowanie, zgodnie z rzeczywistą treścią ustaleń stron, nie oznacza konieczności klęczenia przed klerem, jak wykonuje to obecna (i wszystkie poprzednie) „polska” władza…
Autor Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Lektury z polityką w tle

Gdy Polska otrząśnie się po długim weekendzie, będzie na ostatniej prostej przed wyborami. Tymczasem najważniejsze tematy tej kampanii zostały w ostatnich miesiącach zgubione.
To oczywiście nie przypadek. Prawu i Sprawiedliwości bardzo zależało na tym, aby nie spierać się o sprawy niewygodne dla tej partii. I zdołało narzucić oponentom takie tematy, w których czuje się mocne. Widać, ma dobrych speców od marketingu politycznego; ale też w ostatnim czasie do formy wrócił Jarosław Kaczyński: z powłóczącego nogami i gubiącego wątki dziadka znów przeobraził się w drapieżnego przywódcę. Na nic nadzieje, że PiS bez swego lidera popadnie w niemoc i marazm! Prezes sprawnie prowadzi swe hufce do boju, zaskakuje rywali, zastawia na nich pułapki, myli tropy. (…)

Herkules Poirot
Naprawdę potrzebujemy genialnego detektywa z powieści i opowiadań Agaty Christie, aby ustalić, jak doszło do tego, że skradziony został cały główny powód organizacji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Niby wszystko jest oczywiste: będziemy głosować nad składem legislatury odpowiadającej za jakieś dwie trzecie (niektórzy mówią, że nawet 80 procent) uchwalanego i obowiązującego nas wszystkich prawa. Ich decyzje będą miały bezpośredni wpływ na nasze życie. Powinniśmy więc dyskutować o tym, które ugrupowania opowiadają się za bardziej, a które za mniej zintegrowaną Unią. Zwłaszcza że nad Europą krąży widmo populizmu. Chcemy, aby Kaczyński i podobni mu eurosceptycy – jak włoski Salvini, węgierski Orbán, austriacki Strache, Francuzka Le Pen, hiszpańska partia Vox, Alternatywa dla Niemiec, Szwedzcy Demokraci czy Prawdziwi Finowie – mieli do powiedzenia więcej czy mniej?
PiS, które przez trzy i pół roku ostro parło do polexitu, po wyborach samorządowych nagle zmieniło twarz i zaczęło lansować się hasłem „Polska sercem Europy”. Dostało bowiem żółtą kartkę od wyborców, także swoich, wystraszonych nieustannymi kłótniami z Komisją Europejską, przegrywanymi UE w Luksemburgu, przegraną 1:27 oraz wnioskiem Ziobry do posłusznego Nowogrodzkiej Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie, czy europejskie traktaty są zgodne z ustawą zasadniczą. Topór wojenny schowało za plecami, a skrzywioną minę Morawieckiego zastąpiło wymuszonym
uśmiechem.

Zabieg – wydawałoby się – beznadziejny, a jednak się powiódł. Zamiast dyskusji o marginalizacji Polski i ryzyku wyprowadzenia Rzeczypospolitej z UE, rozmawialiśmy o „500 plus” na pierwsze dziecko, 888,25 złotych dla każdego emeryta i innych prezentach Prezesa. A później o zagrożeniu świętej polskiej rodziny ze strony homoseksualistów. W końcu zaczął się strajk szkolny i temat przyszłości Polski w zjednoczonej Europie w ogóle znikł z pola widzenia…
Aut. Adrian Ziemiński
Więcej: efaktyimity.eu

Krzyż na Nowogrodzkiej

Już nie do Częstochowy ani Lichenia. Dziś w intencji rozwiązywania spraw beznadziejnych pielgrzymuje się do siedziby Prawa i Sprawiedliwości w Warszawie. Licząc na audiencję i błogosławieństwo prezesa Kaczyńskiego.

Nawet popularne ostatnio ekstremalne drogi krzyżowe, liczące 45 kilometrów, są niczym przy wyczynie, którego dokonali rolnicy szukający pomocy w rozwiązaniu problemów trapiących polską wieś. Z pielgrzymką do Jarosława Kaczyńskiego wyruszyli z Puław i przez 25 godzin bezustannego marszu doszli na ulicę Nowogrodzką. Przemierzyli 125 kilometrów bez snu, targając wielki drewniany krzyż oraz „intencje”, nazwane „Piątką rolnika”. Marsz poboczami lokalnych dróg rozpoczęli w dziesiątkę. Trudy pielgrzymki wytrzymało siedmiu najbardziej wytrwałych.

Niestety, na miejscu czekało ich wielkie rozczarowanie. Zamiast choćby gorącej herbaty czy słów wsparcia ze strony rządzących, spotkali się z totalną ignorancją. Prezes Kaczyński nie był zainteresowany wspólną modlitwą na ostatniej stacji „Drogi krzyżowej rolników”. O godzinie 11 zapewne jadł jeszcze śniadanie i powoli szykował się do wyjazdu do Sejmu, gdzie dotarł po południu. Sekretarka prezesa nie mogła, lub nie chciała, w niczym pomóc, a ochroniarze z radością i zdecydowanie zatrzasnęli za nimi drzwi centrali. Po wyjściu z budynku policja kulturalnie, acz stanowczo przeganiała pielgrzymów sprzed wejścia do siedziby PiS i co chwila ich legitymowała. Jakiekolwiek zainteresowanie rolnikami przejawiali jedynie robotnicy, wymieniający obok rury gazowe…
Autor Teresa Ziemska
Więcej efaktyimity.eu

Minister Zieliński i jego dwór

O sekretarzu stanu w MSWiA Jarosławie Zielińskim powiedziano i napisano już wiele. W normalnym państwie byłby zdymisjonowany wielokrotnie, tyle że nie żyjemy w normalnym państwie.
Ostatnio jego pozycja uległa nawet wzmocnieniu, gdyż pochwalił go publicznie szef MSWiA Joachim Brudziński, mimo że musi przecież znać, przynajmniej z omówienia, pełną treść 14 interpelacji poselskich, które skierowała w ubiegłym roku pod jego adresem Bożena Kamińska, posłanka Koalicji Obywatelskiej z Suwałk. Prezydium Sejmu nie chce ich ujawnić opinii publicznej, gdyż rzekomo nie spełniają przepisów regulaminu sejmowego.

Według tego szacownego sejmowego grona chodzi o rzekome niespełnienie przez Kamińską wymogów ustępów 1 i 2 artykułu 192: „1. Posłowi przysługuje prawo złożenia interpelacji w sprawach o zasadniczym charakterze i odnoszących się do problemów związanych z polityką państwa. 2. Interpelacja powinna zawierać krótkie przedstawienie stanu faktycznego będącego jej przedmiotem oraz wynikające zeń pytania oraz powinna być skierowana zgodnie z właściwością interpelowanego”.
Szkoda, bo takiego bajzlu, jaki ma miejsce w podlaskiej policji dowodzonej przez zaufanych Zielińskiego, nie było od lat. To lektura – zaręczamy – w całości bardzo smakowita, choć zadziwia trochę nieporadność językowa posłanki. Ale mniejsza o to…

Weźmy pod lupę chociażby tyko dwie komendy, o których media nie zdążyły jeszcze napisać i tylko jedną interpelację.

Naczelnicy z politycznego nadania
„Funkcjonariusze Policji z Łomży proszą o zdecydowaną interwencję w sprawie warunków Ich Służby. Wydziałem Kryminalnym łomżyńskiej Komendy Policji kierują, jak podkreślają Naczelnicy z nadania politycznego w myśl upowszechnionego już skrótu/kodu tzw. BMW (Bierny Mierny ale Wierny). W ramach „dobrej zmiany” owym Zastępcą Naczelnika Wydziału Kryminalnego został starszy sierżant Jakub Chojnowski” – pisze posłanka Kamińska w interpelacji „W sprawie warunków i atmosfery pracy w podlaskiej Policji”…
Aut. Wacław Jerzy Koniecpolski
Więcej: efaktyimity.eu

Wczoraj Smoleńsk, dziś zboczeńcy

Antoni Macierewicz nie zasypia gruszek w popiele. Skoro paliwo smoleńskie już się wyczerpało, wiceprezes PiS znalazł sobie inny napęd do działania i wskazał prawdziwym Polakom kolejnego wroga.
Według Macierewicza, zdrową tkankę naszego katolickiego narodu niszczą dziś wszelkiej maści „zboczeńcy” spod znaku LGBT+ i zwolennicy nowej fazy rewolucji komunistycznej.
Na spotkanie z wyborcami szeregowy poseł przyjechał służbowym samochodem w towarzystwie osobistego ochroniarza. Od razu zabrał się do wskazywania wrogów ojczyzny. Oczywiście nie mógł nie wspomnieć o tym, co stało się dziewięć lat temu pod Smoleńskiem.

– Jeżeli ta sprawa nie zostanie doprowadzona do końca, to „oni” wrócą. To „oni” będą decydowali o Polsce. Będą mówili nam, co to jest patriotyzm, człowieczeństwo, rodzina, moralność i europejskość – straszył.
Kim są tajemniczy „oni”, tego Macierewicz (jak to ma w zwyczaju) nie sprecyzował, ale można się domyślić, że są to ci sami ludzie, o których mówił później.
– Te środowiska nie zrezygnowały z walki. Widzimy to codziennie w ich propagandzie, w tej nowej formule nowej lewicy, która czerpie z manifestu Engelsa. Oni przechodzą do następnej fazy rewolucji komunistycznej, teraz nastawionej na zdeprawowanie, zdemoralizowanie i zniszczenie rodziny, dzieci i tożsamości ludzkiej – powiedział.
Kartę LGBT+ nazwał manifestem, a jej ewentualne wprowadzenie do warszawskich szkół przestępstwem…
Aut. Artur Kulikowski
Więcej: efaktyimity.eu

Czy tabloidy to miejsce dla polityków

Ludzie z show-biznesu pchają się do polityki. Czy jest ruch w drugą stronę? Oczywiście, że tak – tańczą, śpiewają, czasem zagrają w filmie.

Najchętniej jednak opowiadają publicznie o życiu prywatnym i przez to lądują na czołówkach plotkarskich serwisów. Od lat ulubieńcem mediów jest były premier Kazimierz Marcinkiewicz. Ostatnio dużo mówiło się o żonie Ryszarda Kalisza. A jedną z najbardziej spektakularnych metamorfoz ostatnich lat przeszła była minister pracy Anna Kalata.

„Polityka to rozrywka” – powiedziała kiedyś prof. Jadwiga Staniszkis, politolog. Obserwacja trafna, bo wielu polityków wykorzystało swoją pozycję, by stać się gwiazdami. Weszli do paszczy lwa, czyli zawarli diabelski pakt z plotkarskimi mediami. Zapomnieli, że z tego układu trudno się wyrwać.
„Kaziu, Kaziu, Kaziu, zakochaj się…”

Marcinkiewicz przez lata był statecznym mężem i nauczycielem fizyki, zakładał w Gorzowie Wielkopolskim struktury ZChN, bronił wartości chrześcijańskich i sprzeciwiał się lekcjom wychowania seksualnego w szkołach. Kariera jednak ludzi zmienia. Marcinkiewicz zaszedł wysoko, był premierem – od października 2005 r. do lipca 2006 r., a w 2008 r. poleciał do Londynu pracować w Goldman Sachs, gdzie zarabiał świetne pieniądze.

Na pewno czuł się tam samotny, bo żonę i czworo dzieci zostawił w Polsce. Wtedy poznał mieszkającą w Londynie 22 lata młodszą Izabelę Olchowicz. Ich miłość wybuchła z wielką siłą. Były premier wziął w 2009 r. rozwód i poślubił Izabelę. Zaczął się medialny spektakl. Para „Kaz” i „Isabel” wszędzie opowiadała o „niesamowitej chemii” i udanym seksie, bo „całymi dniami nie wychodzili z sypialni”. Gościli w telewizjach śniadaniowych i prasie. Sielanka skończyła się, gdy wrócili z Londynu do Polski na przełomie 2012/2013 r. W 2018 r., po wielu rozprawach i publicznym praniu brudów, dostali rozwód.

To jednak nie koniec. Izabela jakiś czas temu miała wypadek i ma niesprawną rękę. W 2016 r. sąd przyznał jej pięć tysięcy złotych, a w 2018 r. obniżył tę kwotę do czterech tysięcy złotych alimentów na życie i rehabilitację. „Kaz” nie płaci, a „Isabel” niszczy go w mediach…
Autor Marianna Rolla
Więcej efaktyimity.pl

Szkoły przyszłości

Jesteście ciekawi, jak w przyszłości będzie wyglądać polska szkoła? Nie męczcie się dywagacjami. My już wiemy…

Gdyby podobna konferencja odbyła się w normalnej szkole publicznej, jej dyrektor następnego dnia straciłby pracę, a prelegenci mieliby kłopoty z prawem. Żyjemy w kraju, gdzie funkcjonariuszom i wyznawcom Kościoła katolickiego wolno wszystko. Pozwalają sobie na obrażanie drugiego człowieka, innych religii i mniejszości, a zebrani biją im brawo.

chociaż wejście kosztowało 30 zł, w szkolnej auli zebrało się ponad sto osób. Są profesorowie, nauczyciele z innych placówek dydaktycznych, młodzież w różnym wieku, rodzice z maleńkimi dziećmi i siostry zakonne. Wszyscy z niecierpliwością czekają, by w końcu dowiedzieć się od specjalistów, jak powinna wyglądać w Polsce „edukacja bez indoktrynacji” – zagadnienie jak najbardziej na czasie. Spotkanie zorganizowało Kolegium Świętej Rodziny w Łomiankach, czyli szkoła z uprawnieniami placówki publicznej, skupiająca podstawówkę, gimnazjum i liceum. Podtytuł konferencji „Rodzina i szkoła miejscem wolności chrześcijańskiej” budzi wśród zgromadzonych niewielkie wątpliwości. Ale po chwili pryskają i wszystko staje się jasne.

(…) – Pan Bóg jest najlepszym dydaktykiem – tymi słowami, tuż po wspólnej modlitwie, przemawia do zgromadzonych dyrektor szkoły Andrzej Mazan. Po chwili dodaje: – Wolność chrześcijańska jest pełniejsza niż zwykła wolność, ta normalna. Sublimujemy ją. Człowiek o prawym, chrześcijańskim rozumie jest najpiękniejszym stworzeniem świata – mówi.

Według dyrektora, dziecko nie musi się uczyć wszystkiego, wystarczy, że będzie czerpało wiedzę strumyczkami. Po chwili dyrektor zaczyna reklamować własną placówkę:
– Mamy znakomitą kadrę, cierpliwość, wiedzę i potencjał opisywania rzeczywistości. By jeszcze bardziej przekonać do siebie rodziców i potencjalnych uczniów, dyrektor Kolegium Świętej Rodziny snuje plany na przyszłość:

– Obecny system przekazywania wiedzy w Polsce jest dezinformujący, albo dezintegrujący. My robimy to inaczej. Zmieniamy system oświaty…
Autor: Artur Kulikowski

Ołówki na sztorc!

Wbrew opinii, którą PiS na swój temat kreuje, partia ta jest nieczuła na potrzeby grup o słabszej pozycji materialnej. Programy socjalne – jej znak rozpoznawczy – są tylko narzędziem utrzymania władzy.

Co więcej, w DNA Prawa i Sprawiedliwości wbudowana jest niezdolność rozpoznania potrzeb dużych grup społecznych i nieumiejętność reagowania na sytuacje kryzysowe. Formacja Kaczyńskiego jest dobra tylko w rozdawaniu pieniędzy na własnych warunkach – w robieniu podarków, jak przedwyborczą trzynastą emeryturę określiła Beata Szydło („Wspaniała wiadomość, prezent od Jarosława Kaczyńskiego dla wszystkich emerytów”). Kiedy ktoś zaczyna się czegoś na serio domagać, gdy pojawia się groźba poważnego protestu, PiS się gubi.

(…) PiS tymczasem potraktowało 700-tysięczną armię nauczycieli jak wrogów. Od początku chaosu spowodowanego sposobem likwidacji gimnazjów ostentacyjnie ignorowało to środowisko. Nie oglądając się na nie, minister Zalewska wprowadziła też nowe podstawy programowe i programy nauczania, mające ukształtować nowego człowieka, nieufnego wobec świata, wierzącego w wielkość Lecha Kaczyńskiego i wyznającego kult „żołnierzy wyklętych”. To część planu stworzenia własnych elit IV RP (na uniwersytetach zajmuje się tym wicepremier Gowin).

Obecna władza konsekwentnie lekceważyła rosnące niezadowolenie z powodu relatywnie malejących uposażeń nauczycielskich. Wynagrodzenie wszystkich dookoła rosło, podnoszono płacę minimalną, wprowadzono minimalną płacę godzinową – a w oświacie podwyżek nie było przez cały okres globalnej koniunktury i związanej z nią pisowskiej prosperity. Do tego jeszcze części tego środowiska faktycznie pogorszyły się warunki pracy. Choćby tym, którzy po „reformie” mają kawałki etatu w kilku szkołach i dzień po dniu peregrynują po nich, aby uzbierać swą skromną pensję. Ogłaszając hucznie „piątkę Kaczyńskiego”, całkowicie pominięto pracowników oświaty, będących w tym czasie w sporze zbiorowym z rządem. Oliwy do ognia dolali politycy PiS serią lekceważących wypowiedzi:…
Aut. Adrian Ziemiński
Więcej: efaktyimity.eu

Trąd w pałacu władzy

Ostatnie miesiące przyniosły w Polsce dwa procesy o fundamentalnym znaczeniu dla kształtowania poglądów społeczeństwa.

Pierwszy z nich to aferalno-korupcyjno-nepotystyczna erozja rządzącego obozu skrajnej prawicy. Otóż okazało się, że obóz władzy jest potwornie umoczony w serię niebywałych, również z historycznej perspektywy, afer. Jest ich tak dużo, że jedna wręcz „przykrywa” w świadomości społecznej drugą. Każda z osobna nie ma natomiast precedensu we współczesnej historii Polski.

Spirala afer

Szef rządzącej partii umoczony w aferę z budową wieżowców. Na to nakłada się skandaliczne działanie prokuratury, która nie tylko utrudnia śledztwo, ale wręcz próbuje postawić sfingowane zarzuty pokrzywdzonemu, po drodze wymyślając kretynizmy, takie jak żądanie od pokrzywdzonego, bez żadnej podstawy prawnej, aby ten przetłumaczył sobie sam z niemieckiego dokumenty, co będzie kosztowało około miliona złotych, a zarazem wyznacza mu na to tydzień. Takie działanie prokuratury, samo w sobie, jest niebywałym skandalem. Afera ta przykrywa wcześniejszą aferę z niebotycznymi wynagrodzeniami partyjnych sługusów w banku centralnym, co z kolei przykrywa jeszcze wcześniejszą aferę z milionami złotych nagród, które wypłacili sobie pisowscy partyjniacy z rządu i nigdy nie przedstawili dowodów, że zwrócili je do budżetu, pomimo zapowiedzi. Ta z kolei afera przykrywa kolejną, która dotyczy korupcyjnych uwikłań szefostwa służb specjalnych w wyłudzanie nieruchomości. Ta afera przykrywa kolejną, dotyczącą kradzieży darów dla PCK na partyjne cele władzy. To z kolei przykrywa aferę związaną z odkryciami Tomasza Piątka, dotyczącymi esbeckich kontaktów Macierewicza. Ta afera pojawia się równolegle z odkryciem tłumu byłych esbeków i komunistycznych funkcjonariuszy w najbliższym otoczeniu Kaczyńskiego. Zostaje to poprzedzone…

Aut. Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu