Czarna pedofilia w Sejmie

– Przez trzy miesiące od publikacji „Mapy kościelnej pedofilii” do Fundacji „Nie lękajcie się” zgłosiło się kilkaset kolejnych ofiar księży – ogłoszono na poświęconej temu problemowi konferencji w Sejmie.

7 stycznia Fundacja „Nie lękajcie się” wraz z organizatorką konferencji Joanną Scheuring-Wielgus, posłanką Teraz!, zaprezentowała zaktualizowaną „Mapę kościelnej pedofilii w Polsce”. (…)

• Polska drugim Chile

Przedstawiciele Fundacji „Nie lękajcie się” ogłosili również, że przygotowują specjalny raport, w którym ujawnią nazwiska polskich biskupów odpowiedzialnych za tuszowanie pedofilii. Raport ma być gotowy do końca stycznia, tak by mógł zostać przekazany papieżowi Franciszkowi przed zaplanowanym na drugą połowę lutego spotkaniem przewodniczących episkopatów z całego świata. Ma ono być poświęcone problemowi przestępstw seksualnych w Kościele. Do Watykanu zjadą wówczas nie tylko biskupi, ale i ofiary księży.

Do tego czasu Fundacja na podstawie zgłoszeń ma także złożyć co najmniej pięć zweryfikowanych zawiadomień o popełnieniu przestępstw seksualnych przez księży.

– Liczymy, że przyniesie to podobne konsekwencje dla biskupów jak w Chile: dymisje – wyjaśnia Agata Diduszko-Zyglewska, aktywistka Fundacji, a także radna Warszawy.

Aut. Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej: efaktyimity.eu

Ruski zajob

Mamy kolejną odsłonę wojny polsko-ruskiej. I znowu wszystko zaczęło się od Wałęsy.

Między świętami Bożego Narodzenia i Nowym Rokiem rosyjski państwowy portal Sputnik opublikował wywiad z Lechem Wałęsą. Nigdy nie byłem jego fanem. Ale oddajmy mu sprawiedliwość: był symbolem Solidarności; jest laureatem Nagrody Nobla; jest jednym z tych, dzięki którym padł PRL; został pierwszym prezydentem III RP, wybranym w wyborach powszechnych; prócz setek kompromitacji zawdzięczamy mu coś naprawdę wielkiego – wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski.

Wałęsa naraził się wszystkim w Polsce, bo zgrzeszył, rozmawiając z rosyjskimi mediami. Gdyby naszczekał na Putina, gdyby wypomniał mu Krym, Donbas i zamordyzm, znowu byłby bohaterem. Ale nie naszczekał i naraził się na ataki dosłownie wszystkich cokolwiek znaczących sił politycznych w Polsce i związanych z nimi mediów. Co powiedział?
O współpracy z Rosją: (…) „my musimy mieć dobre stosunki. Jak my się dwaj kłócimy, to trzeci na nas zarabiają. Trzeba jak najszybciej zejść z tej drogi. Musimy się dogadać. Musimy się rozumieć. I jedni, i drudzy. I to jest możliwe”. (…)

(…)O Władimirze Putinie: (…) „Gdybym ja miał więcej rozmów z Putinem, to też dałoby się mu to wytłumaczyć. Dałoby się go przekonać, bo to mądry człowiek. Tylko mądry, ale trzeba mu dołożyć trochę argumentów. (…) Uważam Putina za mądrego człowieka, tylko któremu nie dostarczają argumentów, takich trochę innych”.

O współpracy Polski z USA: (…) „Dlatego mówię: nie kłóćmy się z Rosją, bo ci trzeci na nas zarabiają. My musimy znaleźć rozwiązanie. Musimy ustąpić jeden drugiemu na miarę wielkości. Zrozumieć, a wtedy będziemy razem robić naprawdę dobrą politykę. I nam bliżej do Moskwy niż do Nowego Jorku”.

No i przewalił Wałęsa sprawę. No, bo jak mógł podważać to, co niepowtarzalne, czyli wymierzony przeciw Rosji sojusz ze Stanami Zjednoczonymi?! W krytyce Wałęsy przewodziła TVN – stacja amerykańska… Póki wali Wałek w Kaczora, jest dobry. Jak wzywa do rozsądku – zły. (…)

Co chwilę też słychać ataki na szefową Departamentu Komunikacji i Promocji NBP Martynę Wojciechowską. Tę kręcącą się przy Adamie Glapińskim. Według wyliczeń „Gazety Wyborczej” i serwisu OKO.press, podobno zarabia co miesiąc około 76 tys. zł. Zakładając, że pracuje 40 godzin tygodniowo, minuta jej pracy warta jest 8 zł. Sądząc po tym, jak podległy jej departament radzi sobie z katastrofą wizerunkową NBP, o komunikacji z mediami nie ma pojęcia. W sumie nie musi – Andruszkiewicz też nie zna się na cyfryzacji. Ale w czymś chyba dobra jest, skoro Glapiński tyle jej płaci. Bądźmy wyrozumiali: Macierewicz miał swoich Misiewicza i Jannigera, to i Glapińskiemu coś się należy. Złośliwi (dziennik „Fakt”) wyliczyli, że to zarobki wyższe od premiera Wielkiej Brytanii, prezydentów Francji, Rosji, Brazylii, premiera Włoch i prawie cztery razy wyższe od zarobków prezydenta RP…

Aut. Dariusz Cychol
Więcej: efaktyimity.eu

Korupcja czy ignorancja?

Pisowska ustawa, która ma zapobiec podwyżkom cen prądu w roku wyborczym, jest niekonstytucyjna, a podwyżki i tak będą.
Na ostatnim posiedzeniu Sejmu w 2018 r. uchwalono ustawę – tego samego dnia klepniętą oczywiście przez Senat oraz przez Dudopisa – o zmianie ustawy o podatku akcyzowym i ustaw dotyczących rynku energii. Z ustawy wynika, że obniża się stawki akcyzy i niektórych opłat dla przedsiębiorstw dostarczających energię elektryczną dla gospodarstw domowych. W efekcie – cytując uzasadnienie projektu ustawy – nastąpi „utrzymanie łącznych kosztów odbiorców (…) na poziomie zbliżonym do roku 2018”.

Uchwalono to w charakterystycznym dla PiS, czyli chaotycznym i skandalicznym trybie, a sama ustawa jest obliczona wyłącznie na osiągnięcie krótkotrwałego skutku – utrzymania poziomu cen energii przez rok; zresztą nawet tego celu nie osiągnie. Mówiąc krótko, ustawa jest niekonstytucyjna, a podwyżki i tak będą. To posunięcie obrazuje całkowitą nieudolność pisowskiej hołoty, która wynika z jej intelektualnej niezdolności do sprawowania władzy w Polsce. Potwierdza to znaną już tezę, że PiS jest groźne nie dlatego, że niszczy demokratyczne państwo, tylko dlatego, że nawet niszczyć porządnie nie umie.

Spóźnione przebudzenie

Przypomnijmy, że ceny energii na rynku hurtowym rosły błyskawicznie od końca 2017 r., zatem był ponad rok na przygotowanie i uchwalenie porządnych rozwiązań legislacyjnych, które ograniczałyby skutki wzrostu cen. Pisowskim śmieciowiskiem jest wrzucenie tego projektu na nadzwyczajne posiedzenie Sejmu na trzy dni przed końcem roku, a na dodatek doręczenie w ostatniej chwili posłom „autopoprawki”, która wywróciła projekt do góry nogami. Tak się nie proceduje projektów ustaw. Jeśli „poprawka” (w tym wniesiona przez autora projektu „autopoprawka”) pięciokrotnie przekracza objętością pierwotny projekt, to nie można jej traktować jako poprawki, tylko jako nowy projekt i tak procedować. Marszałkowi Sejmu z dydaktyczną obrazowością wyjaśniam, że Sejm tym winien odróżniać się od prostytutki, że jednak nie każde zlecenie wykonuje tak jak klient – czyli władza wykonawcza – sobie zażyczy.(…)
Aut. Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Alimenty: patologie i nieszczęścia

Zaostrzenie kodeksu karnego wprowadzone 31 maja 2017 r. nie przyczyniło się do poprawienia ściągalności alimentów. Organy upoważnione do jego egzekwowania po prostu tego nie robią.

Celem nowelizacji art. 209 kk było poprawienie skuteczności egzekucji świadczeń alimentacyjnych poprzez wprowadzenie obiektywnej przesłanki warunkującej odpowiedzialność karną. Jest nią kwota zadłużenia, która stanowi równowartość trzech okresowych świadczeń alimentacyjnych. Zgodnie z nowym brzmieniem art. 209 kk za uchylanie się od alimentów grozi kara grzywny, ograniczenia wolności za pośrednictwem dozoru elektronicznego lub pozbawienia wolności do roku, zaś w sytuacji skrajnej, gdy osoba uprawniona do alimentów jest narażona na niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, grozi kara pozbawienia wolności do dwóch lat. Karze nie podlega dłużnik, który w terminie 30 dni od przesłuchania w charakterze podejrzanego spłaci całość zadłużenia.

Rezultaty nowelizacji

Paradoksalnie, po wprowadzeniu możliwości karania dłużników alimentacyjnych dozorem elektronicznym, liczba osób odbywających karę w systemie dozoru elektronicznego za przestępstwo niealimentacji spadła. Z danych statystycznych Biura Dozoru Elektronicznego Centralnego Zarządu Służby Więziennej wynika, że w okresie 2016/2017 liczba „skazanych na obrożę” wynosiła 1166 osób, zaś w okresie 2017/2018, czyli już po zmianie kodeksu karnego, wynosiła 1087. Wyjaśnijmy: karanie „alimenciarzy” dozorem miało być głównym narzędziem do egzekwowania „nowego” prawa w taki sposób, żeby dłużnik mógł dalej pracować, a co za tym idzie wywiązać się ze zobowiązań finansowych wobec dziecka.

Jak wynika ze statystyk Rejestru Dłużników BIG, liczba dłużników alimentacyjnych, a tym samym kwota zadłużenia, po chwilowym spadku, znowu rośnie i z miesiąca na miesiąc jest coraz większa. W marcu 2018 r. wynosiła ona 11,5 mld zł, z kolei w lipcu już 11,9 mld zł. Jedyną zmianą jest wzrost liczby doniesień na „alimenciarzy”. Jednak nie poprawiło to sytuacji bytowej dzieci, które w dalszym ciągu nie otrzymują należnych im świadczeń alimentacyjnych. W rzeczywistości zmiany wprowadzone w kodeksie karnym miały charakter „kosmetyczny”.(…)
Aut. Marta Hofman
Więcej: efaktyimity.eu

Muppet Show Kurskiego

Główne wydanie „Wiadomości” TVP zapędziło się w kozi róg. Robione przez pseudofachowców i wspomagane pseudoautorytetami jest po prostu beznadziejnie słabe merytorycznie.

Wystarczył tydzień szczegółowej obserwacji, by utwierdzić się w przekonaniu o słuszności powyższych wniosków. Analiza jest bolesna dla nadawcy, a oferta ciężkostrawna dla widzów. Grozi zaparciem u jednych lub rozwolnieniem u drugich. Tego się nie da przełknąć. Od samego patrzenia zbiera się na wymioty.

Abecadło wiadomości

Niepisaną zasadą każdego telewizyjnego serwisu informacyjnego jest, aby za wszelką cenę unikać sond ulicznych i wypowiedzi przypadkowych ludzi. Nic nie wnoszą do treści, a wprowadzają zamieszanie. Każda użyta w materiale tzw. setka (drobna forma telewizyjna, najczęściej wypowiedź – przyp. red.) ma być zwięzła. Najlepiej ostra. Oczywiście musi być powiedziana przez kogoś ważnego, koniecznie pod nazwiskiem. Powinna też być jak najbardziej aktualna. W końcu przekazujemy newsy dnia, a nie robimy tygodnik czy miesięcznik. Ponadto obowiązkiem dziennikarza jest przedstawienie opinii wszystkich stron, których omawiana sprawa dotyczy – materiał ma być jak najbardziej obiektywny. To widz powinien wyrobić sobie pogląd w sprawie, którą się zajmujemy.
Najważniejsze newsy podajemy zawsze na początku serwisu, aby przyciągnąć uwagę odbiorcy. Na końcu programu informacyjnego możemy dorzucić „michałka”, czyli materiał opisujący zdarzenie śmieszne, dziwne lub zaskakujące. Tak dla rozluźnienia. Później prowadzący mówi wszystkim…

Aut. A.Kulikowski

Więcej: efaktyimity.eu

Solidarność topi Polskę!

Związek Piotra Dudy ogłosił nawiązanie współpracy z The Heartland Institute. Amerykański think tank zajmuje się promowaniem antynaukowej teorii, mówiącej, że globalne zmiany klimatyczne nie mają nic wspólnego z działalnością człowieka. Teraz będą przekonywać o tym Polaków.

„Wyrażamy sceptycyzm wobec zapewnień Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu przy ONZ, że świat stoi na krawędzi katastrofy klimatycznej. Podkreślamy, że nie ma naukowego konsensusu co do powodów i konsekwencji zmian klimatycznych” – ogłosił na początku grudnia Region Śląsko-Dąbrowski NSZZ „Solidarność”. Stanowisko to zostało poparte przez centralę związku.
Solidarność w ostatnich latach występowała przeciwko prawu do aborcji, w obronie zarodków, kibicowała rządowi podczas zamachu na sądownictwo, a nawet jawnie sabotowała walkę pracowników LOT o podstawowe prawa pracownicze. Ostatnio stanęła okoniem w sprawie likwidacji pomnika pewnego gdańskiego pedofila. Przy okazji szczytu klimatycznego organizacja Piotra Dudy zainaugurowała nowy rozdział w historii działalności – otwarcie wystąpiła przeciw nauce…
Aut. Piotr Nowak
Więcej: efaktyimity.eu

50 twarzy Henryka

Gdyby Hitler powstał z grobu i przyszłoby mu przed sądem odpowiedzieć za swoje zbrodnie, mógłby liczyć na uniewinnienie. Przynajmniej w Polsce.
Ludzie wierzą w to, w co chcą, a chcą tego, co akurat im wygodne. Można więc odnieść wiarę do kategorii konformizmu. Jest to dość proste w przypadku religii: jest Bóg czy Go nie ma – kto to wie? Ale co mi szkodzi deklarować wiarę w Niego, jeśli mogę coś z tego mieć? A nuż się kiedyś do czegoś przyda? Dokładnie ten sam mechanizm działa w drugą stronę, czyli w stronę „budowanie niewiary”. Tu jest jeszcze prościej, bo wystarczy tylko nie przyjmować czegoś do wiadomości. Najprostsze jest to w przypadku religii – Boga nie ma i już…

Przykład wiary lub niewiary w sferze duchowości bez problemu da się przenieść na życie „świeckie”, czyli normalne. Pasuje komuś wierzyć w zamach pod Smoleńskiem? – proszę bardzo, niech zostanie wyznawcą Macierewicza! Woli kierować się rozumem – jego sprawa. Wierzy Kaczyńskiemu? – proszę bardzo. Ale jeśli ktoś zamiast tej wiary wybiera rozum, też dobrze (chociaż wstyd).

Tak naprawdę rzecz polega na wyborze wygodnej dla siebie wiary. Nie bulwersuje mnie to specjalnie, ale wkurza, doprowadzając do torsji, gdy pada jakiś mit (dogmat) czyjejś wiary i gdy któryś z jej wyznawców, nie mogąc zaprzeczyć faktom…

Aut.Dariusz Cychol
Więcej:

Kraj radiem płynący

„Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt – najważniejsze, aby Polska była katolicka”.

Te słowa, wypowiedziane przez wicepremiera Henryka Goryszewskiego w lutym 1993 r., podczas mszy w Rudce koło Brańska, to dokładnie to, czego oczekuje Kościół od popieranych przez siebie ugrupowań politycznych. Niestety, sformułowanie „katolicka” ostre nie jest. Żeby dowiedzieć się, co ono dla przykościelnych polityków znaczy od już 30 lat, warto przyjrzeć się, co przez ten czas wygadywali.

Pinochet z krzyża zdjęty

Na początek dowiedzmy się może, czym ma być katolicka Polska na arenie międzynarodowej. Najlepiej ujął to były szef Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego Marian Piłka. „Najpierw kibicujemy Polakom, potem krajom katolickim, wreszcie chrześcijańskim. I tu wolimy prawosławie niż heretyków. Jeśli nie grają chrześcijanie, kibicujemy monoteistom. A na końcu wszystkim, byle nie Niemcom”.

Jak Niemcy, to i Unia Europejska. Czyli zło. Dlatego umiłowany przez Radio Maryja Antoni Macierewicz mówił: „Okrągły Stół nie stał się drogą do niepodległości, był sposobem na przeprowadzenie Polski z podległości sowieckiej do podległości neosocjalistycznej Unii Europejskiej”. Nieco inaczej ujęła to wystawiana do wyborów przez Rydzyka posłanka Gabriela Masłowska: „Likwidacja suwerenności polskiej po akcesji do Unii Europejskiej odbywała się w bardzo wielu dziedzinach”. Na razie niewiele z tym można zrobić, ale Masłowska wie co: „Polska powinna mieć własny bank centralny i własną walutę. Polska powinna się starać w obrębie Unii Europejskiej o klauzulę output, czyli wyłączenie z członkostwa w strefie euro”.

Wyłączenie się całkowite z Unii ma sens jeszcze większy. Jest…

Aut. Stefan Płonicki
więcej: efaktyimity.eu

Skandal: ambasador USA ingeruje w religię!

Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce, interesuje wszystko, co może być ważne dla interesów jej kraju, także to, by niekoniecznie dobrze działo się jego wrogom. Tym razem padło na prawosławnych w Polsce.

 

Na Ukrainie działają aż trzy duże Cerkwie, z tym że ta największa, Ukraińska Prawosławna Cerkiew (UPC),  z największym majątkiem i liczbą wiernych, nie ma pełnej samodzielności i na prawach autonomii pozostaje w kanonicznej jedności z moskiewskim patriarchatem. Dla ukraińskich polityków i ich amerykańskich przyjaciół jest to jednoznaczne ze statusem rosyjskiej agentury, realizującej politykę Władimira Putina.

Opiniotwórczy „Przegląd Prawosławny” pisze wprost: „Prezydent Petro Poroszenko i większość deputowanych Werchownej Rady postanowili utworzyć jeszcze jedną „nową”,autokefaliczną” Cerkiew (…)”.

Skończyło się to zerwaniem stosunków z patriarchatem konstantynopolitańskim przez największe kościoły prawosławne w świecie, w tym i Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny, drugie co do w wielkości wyznanie chrześcijańskie w Polsce. Według naszych informacji, Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce, kilkakrotnie próbowała wpłynąć na zwierzchnika polskiej Cerkwi metropolitę Sawę, żeby zmienił stanowisko w kwestii działań Poroszenki. Arcybiskup pozostał nieugięty, mimo że, tu ciekawostka, sam jest z pochodzenia Ukraińcem, urodzonym w Polsce w 1938 r. Przez kilka tygodni próbowaliśmy uzyskać komentarz ambasady amerykańskiej w tej sprawie. Bezskutecznie. Odpowiedzi odmówiła też „Faktom i Mitom” kancelaria arcybiskupa. Ale żadna ze stron nie zaprzeczyła aktywności G. Mosbacher w tej sprawie.

Na oficjalnej stronie polskiej Cerkwi można znaleźć komunikat, który – według naszych informatorów – odnosi się do działań pani Mosbacher. „Osoby pozbawione święceń biskupich i kapłańskich nie mogą być liderami przy wprowadzaniu pokoju w Prawosławnym Kościele Ukraińskim. Ich działania powodują jeszcze większy zamęt i zgorszenie. Jedynie przestrzeganie dogmatyczno-kanonicznych norm Kościoła oraz zachowywanie wiekowych tradycji uchroni prawosławie przed trudnymi konsekwencjami eklezjalnymi w skali międzynarodowej. Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny wznosi gorące modlitwy o jedność Świętego Prawosławia i pokój Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego. Święty Sobór Biskupów zabrania duchownym Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego wchodzenia w liturgiczno-modlitewne kontakty z duchownymi tzw. Patriarchatu Kijowskiego i tzw. Autokefalicznej Cerkwi, które w dotychczasowych działaniach uczyniły wiele zła” – piszą polscy prawosławni.

Wojny są w amerykańskiej polityce zagranicznej czymś tak normalnym, jak w Polsce jesienny deszcz. Wojna religijna, która na Ukrainie wisi w powietrzu, nie poczyni szkody Amerykanom. Wskutek podziałów ucierpią „maluczcy”, ale kto by się nimi przejmował…

 

Wacław Jerzy Koniecpolski

Rząd zrywa z kościołem

Przez część mediów prześlizgnęła się nieśmiało pewna informacja: Grecja zrywa z finansowaniem swojego narodowego kościoła. Informacja w Polsce nie zdobyła popularności – zbyt mocno skłania do refleksji.

„Premier Grecji Aleksis Tsipras i arcybiskup Aten Hieronim II zawarli umowę, na mocy której grecki rząd nie będzie już zatrudniał prawosławnych duchownych w służbie cywilnej. Dotychczasową miesięczną pensję zastąpi coroczna dotacja w wysokości około 200 mln euro. To krok w stronę rozdziału Kościoła i państwa” – pisze na stronie internetowej swojej polskiej edycji amerykański tygodnik „Newsweek”. „Warunek? Kościół ortodoksyjny nie będzie sprzeciwiał się przekształceniu Grecji w państwo świeckie, a także nie będzie zgłaszać roszczeń do nieruchomości zabranych przez państwo w 1952 r. Zostanie także utworzony wspólny fundusz zarządzający spornymi nieruchomościami, a zyski i koszty mają być dzielone po połowie pomiędzy rząd i Cerkiew” – informuje pismo.

Ewentualny entuzjazm zwolenników państw świeckich studzi dalszymi szczegółami katolicki portal Deon.pl: „Aby bardzo silny i wpływowy w tym kraju Kościół prawosławny nie sprzeciwiał się za bardzo proponowanym zmianom, rząd zapewnił, że nadal będzie opłacał około 9 tys. duchownych i inne osoby zatrudnione w różnych instytucjach kościelnych. Jednocześnie szef rządu oznajmił, że z chwilą wprowadzenia nowych przepisów księża przestaną być pracownikami publicznymi, jak to jest dotychczas, choć nadal będą otrzymywać pensje państwowe. Na ich utrzymanie i niektóre inne publiczne wydatki Kościoła państwo przeznacza rocznie ok. 189 mln euro ze specjalnego funduszu przeznaczonego na ten cel”.

Ograniczenie skali finansowania greckiego Kościoła prawosławnego przez państwo to jeden z wymogów wierzycieli długu Grecji

Aut. Dariusz Cychol
Więcej: efaktyimity.eu