PiS – czyściciel kamienic

Polityka mieszkaniowa PiS nadaje się tylko do radia Erewań. Mieli mieszkania rozdawać, a będą odbierać.
Kilka tygodni temu pisaliśmy, że „Mieszkanie plus”, zanim zdechło, zdążyło zaowocować zalewanymi parterami w Jarocinie i wynajmowaniem „gotowych pod klucz” mieszkań w Białej Podlaskiej, bez podłóg, drzwi i oczywiście urządzeń kuchennych czy łazienkowych. W jednym i w drugim przypadku, zamiast obiecywanej ceny wynajmu lokalu na poziomie 70–80 proc. tego, czego żąda wolny rynek, skończyło się na czynszach wyższych niż w okolicy. Obiecywana opcja dochodzenia do własności okazała się bajką, a regulamin najmu jest taki, że jak ktoś zachoruje albo straci pracę i nie zapłaci, to wylatuje z mieszkania na bruk.
Afera z warszawskimi bonifikatami na wykup gruntów z dzierżawy wieczystej wykazała, że i w tak nieskomplikowanej dziedzinie PiS jest w stanie wprowadzić chaos. Wystarczyło, że zastosowali 60-proc. stawkę zniżki dla gruntów państwowych i możliwość 90-proc. bonifikaty dla ziemi należącej do samorządu, żeby wszyscy wszystkim skoczyli do gardeł.
Mieszkasz, to pokazuj
Od 21 kwietnia zacznie obowiązywać prawo klepnięte bez rozgłosu rok temu. Mówi ono, że osoby mieszkające w lokalach komunalnych mogą za nie płacić czynsz w wysokości 40 zł za metr kwadratowy. Lub więcej.
Ustawa każe gminom kontrolować dochody każdego, komu przyzna mieszkanie. Raz na 2,5 roku lokator mieszkania komunalnego ma zatem zaopatrzyć administrację w deklarację zarobków wszystkich pomieszkujących z nim osób za poprzednie trzy miesiące. I gdyby najemca zarabiał więcej niż wynosi ustalony przez gminę limit, to wtedy gmina podniesie mu czynsz nawet do 8 proc. „wartości odtworzeniowej lokalu” (czyli ceny rynkowej).
A nie daj Boże, żeby taka czteroosobowa rodzina z mieszkania komunalnego dostała w spadku jakąś kawalerkę. Wtedy gmina wywali taką familię do jej odziedziczonej posiadłości już po miesięcznym wypowiedzeniu.…
Autor: Stefan Płonicki
Więcej: efaktyimity.eu



Trzy cnoty Prezesa

Na początku była komuna. I tylko Duch Wyklętych unosił się nad wodami. Wyszedł Prezes z tych wód i stworzył Brata Swego i Matkę swoją – Trójcę Wielką. Powiedział tedy Prezes: Niech się stanie światło! I stało się światło. I widział Prezes, że światło było dobre. Wtedy oddzielił światło od ciemności. I nazwał ciemność – opozycją.

Na koniec przemówił:
– Jam jest Prezes twój, który cię wywiódł z niewoli i podniósł z kolan na chwałę swoją.
Potem ściągnął z chmury plik z zaleceniami dla swoich wiernych i zapisał go na twardym kamiennym dysku. Nazwał go „10 x P2” i udostępnił na fejsie:
10 przykazań Prezesa (10 x P2).
1. Będę dla ciebie jedynym autorytetem.
2. Nie będziesz wzywał imienia autorytetu swego nadaremnie, ani posługiwał się nim inaczej niż poprzez oddawanie mu hołdu.
3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił, a jaki to dzień dowiesz się z TV.
4. Czcij brata mego i matkę moją. Ojca nie czcij, jeśli nie chcesz, chyba że ojciec pochodzi z Torunia. Wtedy go czcij i wspieraj.
5. Nie zabijaj, chyba że będę to wyznawcy religii innej niż nasza.
6. Nie cudzołóż, chyba że po cichu, chyba że w ramach naszej wspólnoty, chyba że za pieniądze niewiernych. Cudzołóstwo z kapłanem nie jest grzechem, lecz dowodem na uwielbienie Prezesa.
7. Nie kradnij, tylko bierz, na co masz ochotę, tłumacząc, że czynisz tak z woli Prezesa i na wieczną jego pamiątkę – bo to ci się należy. Ale nie zapominaj przy tym dzielić się tym, co zajumałeś.
8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, pamiętając, że wyznawca innej religii niż nasza nie jest naszym bliźnim.
9. Nie pożądaj żony bliźniego swego, lecz dąż do rozwoju własnego kapłaństwa, a wtedy cudza żona sama do ciebie przyjdzie.
10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest, bo i tak Prezes sprawi, że trafi do ciebie, bo ci się należy.

Kapłani Prezesa przygotowali pięć własnych przykazań:

1. Nakazuje się codziennie oglądać programy informacyjne w prezesowej TV i powstrzymywać się przy tym od prac niezwiązanych z uwielbieniem Prezesa.
2. Przynajmniej raz w miesiącu przystąpić do sakramentu pokuty i nazywać go miesięcznicą.
3. Przynajmniej raz w roku wysłać Prezesowi – lub ojcu Jego – przekaz.
4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów wegańskich, jako skażonych niekoszernym lewactwem.
5. Troszczyć się o potrzeby Prezesa i kapłanów Jego.

Gdy nauki Prezesa podbiły świat, kapłani Jego wyodrębnili trzy cnoty Prezesa:

1. Pewność.
2. Gwarancja.
3. Nienawiść.
Później zaś stworzyli spis siedmiu przestępstw zasadniczych:
1. Brak szacunku dla Prezesa.
2. Złodziejstwo bez odpalania prowizji.
3. Seks bez dzielenia się nim.
4. Złośliwość w stosunku do kapłanów.
5. Picie na krzywy ryj.
6. Donosicielstwo na swoich.
7. Absencja na wyborach.

Gdy świat wartości został już uporządkowany, o swoim widzeniu opowiedział Mateusz:

„Podniosłem oczy i patrzałem: oto stał mały człowiek. Jego oblicze podobne było do blasku błyskawicy, oczy jego były jak pochodnie ogniste, jego ramiona i nogi jak błysk polerowanej miedzi, a jego głos jak głos tłumu. Oglądałem to widzenie sam. Ludzie, którzy byli ze mną, nie widzieli, bo ogarnęło ich tak wielkie przerażenie, że uciekli, by się ukryć. Pozostałem sam, patrzyłem, lecz nie miałem siły, zmieniłem się na twarzy, opuściła mnie moc. Wtedy usłyszałem dźwięk jego słów i padłem oszołomiony na ziemię, widząc swą małość. Ale oto dotknęła mnie ręka i wprawiła w drżenie moje kolana i dłonie. I głos rzekł do mnie: Uważaj na słowa, które mówię, i wstań, ponieważ teraz wysłano mnie do ciebie. I powstałem”.

Na koniec Prezes pochwalił swoich kapłanów, co odnotował Joachim:

„Ukazał mi rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z dwóch wieżowców. Pomiędzy rzeką i hotelem Sobieski. Dla wiernych nic godnego klątwy i cierpień już nie będzie, jeśli słudzy Jego cześć Mu oddadzą. I nocy już nie będzie, bo Jego oblicze rozwieje ciemności. Bez światła lampy i bez słońca, Prezes będzie świecił i będzie im królować. Doczekał On bowiem tej pociechy, że słowa jego trafiły pod strzechy. Na wieki wieków”.
***

Po przebudzeniu sięgnąłem po ulotkę z piguły, którą pożarłem: „Możliwe skutki uboczne: mogą występować reakcje paradoksalne (stany pobudzenia psychoruchowego, bezsenność, drażliwość, urojenia, koszmary senne, omamy, psychozy, zmiana zachowania) – prawdopodobieństwo wystąpienia tych reakcji jest większe u osób w podeszłym wieku”.
Pamiętajcie: w IV RP zawsze warto pogadać z psychiatrą…
Dariusz Cychol

Precz z 212!

Artykuł 212 kodeksu karnego dawno temu powinien zostać zniesiony. Powodów, aby ten kuriozalny przepis zniknął z polskiego prawa, jest aż nadto.

Przepis ten dotyczy przestępstwa zniesławienia i stanowi, że karze grzywny albo ograniczenia wolności podlega ten, kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. Jeżeli sprawca działa „za pomocą środków masowego komunikowania” (np. prasa, internet itd.), wówczas grożąca kara sięga już roku pozbawienia wolności. Dlaczego ten przepis powinien stracić rację bytu?

Po pierwsze

Służy on różnego rodzaju pieniaczom chorym na nadmierną miłość własną do zamęczania ludzi, którzy korzystają z wolności słowa. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że po artykuł 212 kk sięgnął Jarosław Kaczyński i złożył doniesienie o przestępstwie przeciwko dziennikarzom „Gazety Wyborczej”, którzy opisali biznesową aktywność Kaczyńskiego, mającą równocześnie kryminalny posmak, za sprawą doniesienia złożonego przez austriackiego architekta. Kaczyński poczuł się – jak twierdzi – pomówiony przez dziennikarzy, chociaż zrelacjonowali oni tylko nagrania z tajnych rozmów Kaczyńskiego o jego kolejnym biznesie. Wychodzi więc na to, że Kaczyński właściwie pomówił się sam. Ta sprawa pokazuje jednak, do czego jest używany ten idiotyczny przepis. Przecież absolutnym kabaretem jest sięganie po represję karną przez polityka kontrolującego – za pośrednictwem swoich politycznych podwładnych – prokuraturę, aby wycelować ostrze tej represji przeciwko resztkom wolnej prasy w Polsce. Jeszcze większym kabaretem jest to, że Kaczyński próbuje zaprząc do ochrony swojego „dobrego imienia” (na marginesie: nie wydaje się ono ostatnio najlepsze, biorąc pod uwagę ogrom niechęci i nieufności społecznej wobec tego polityka) prokuraturę. Przypomnijmy, że zniesławienie jest ścigane z oskarżenia prywatnego, a więc wymaga złożenia przez pomówionego prywatnego aktu oskarżenia. Sam pomysł, żeby za Kaczyńskiego pracowała utrzymywana z naszych podatków prokuratura, kierując się rzekomym „interesem społecznym” w represjonowaniu dziennikarzy, pokazuje dno moralne, na którym kula się Polska i jej chwilowa władza…
Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Święta gmina i nieświęty wójt

Marek Lupa, wójt gminy Radgoszcz, inwestuje w nieruchomości należące do Kościoła. Kilkaset tysięcy złotych publicznych pieniędzy włożonych w pomnażanie majątku parafii tłumaczy „zaspokajaniem zbiorowych potrzeb mieszkańców gminy”.

(…) Wiele można zarzucić władzom gminy Radgoszcz, ale na pewno nie to, że nie oddają czci świętym swojej wiary. Plac św. Krzyża, św. Kazimierza, ulice: Kościelna, Matki Boskiej Bolesnej, ks. Ignacego Piwowarskiego, ks. Henryka Florka – to tylko niektóre ze „świętych” nazw w Radgoszczy. Gdyby na takim okazywaniu przychylności Kościołowi władze gminy poprzestały, nie byłoby jeszcze problemu. Źle zaczęło się robić w 2015 r., kiedy wójt Lupa postanowił za publiczne pieniądze kupić przychylność księdza Andrzeja Nowaka, proboszcza parafii z ul. Kościelnej.
Obchodząc granice rozsądku i prawa, wziął w użyczenie na 25 lat działkę należącą do parafii. Działka nr 376 o powierzchni 0,26 ha leży w zasadzie w szczerym polu. W najbliższej okolicy nie ma niczego oprócz kilku domów jednorodzinnych. Nie ma banku, sklepu, przychodni, szkoły. Nie ma żadnej instytucji publicznej. Jest za to kościół.
Na przełomie lipca i sierpnia 2017 r. gmina za ponad 150 tys. zł wyłożyła tę działkę kostką brukową, położyła chodniki prowadzące prosto do kościoła i zainstalowała ozdobne lampy uliczne. Widok na ten teren wywołuje mieszane uczucia: na całej ulicy Kościelnej w Radgoszczy nie ma nawet centymetra chodnika, przed kościołem jest.
– Na działce znajduje się parking na około 80 samochodów osobowych. Cel inwestycji: zaspokojenie zbiorowych potrzeb mieszkańców gminy – informuje w lakonicznym piśmie urzędowym Wiesław Żurawski.
Argumentu tego nie rozumieją nawet radgoszczanie.
– Pani, samochody podjeżdżają tu tylko w niedziele na czas mszy. Cały tydzień parking świeci pustkami – relacjonuje mi jeden z mieszkańców.
Tak więc gmina poczyniła na kościelnej działce inwestycje służące Kościołowi, będzie ponosić koszty utrzymania, a po upływie 25 lat działka nadal będzie własnością parafii, a dokładniej diecezji tarnowskiej. Ale wówczas będzie o wiele cenniejsza…
Aut. Katarzyna Wilk-Wojtczak
Więcej: efaktyimity.eu

Fundusz krojony pod wybory

Nie dajcie się oszukać reklamie Funduszu Sprawiedliwości!

W TVP co kilka minut hulają reklamy, w których starsza pani opowiada, jak została skrzywdzona przez lichwiarzy, a młodsza, że pozbyła się bijającego męża. Na końcu pojawia się plansza, z której wynika, że to dzięki Funduszowi Sprawiedliwości, który ma coś wspólnego z Ministerstwem Sprawiedliwości. I tylko ta tablica nie kłamie.
Chyba że panie ze spotów to ucharakteryzowany Tadeusz Rydzyk. On faktycznie łapie się na „sprawiedliwą” kasę od lat. W 2017 r. jego firmy dostały z resortu Ziobry niemal 800 tys. zł, a w 2018 r. ponad 600 tys. Gdyby panie z reklamy były członkami Ochotniczych Straży Pożarnych, też miałyby prawo być szczęśliwe. Na strażaków ochotników poszło rok temu około 100 mln „sprawiedliwych” złotówek. Nikt nie podważałby wiarygodności słów obu pań nawet wtedy, gdyby wylegitymowały się jako funkcjonariuszki CBA. Bo i ta instytucja została przez Fundusz wsparta 25 mln zł. (…)

Szefem Najwyższej Izby Kontroli jest były minister sprawiedliwości, który co nieco o Funduszu wiedział. NIK zrobiła kontrolę. To co zobaczyli inspektorzy, w normalnym kraju spowodowałoby wymianę szefostwa resortu. Ale nie w Polsce! Mimo że NIK uznała, iż: „Ministerstwo Sprawiedliwości nie zapewniło należytej realizacji przez Fundusz zadań w zakresie pomocy osobom pokrzywdzonym, a tym samym adekwatnej i skutecznej pomocy ofiarom przestępstw”, nikomu nie spadł włos z głowy.
Kontrolerzy dogrzebali się do tego, że „resort nie dysponował podstawowymi danymi m.in. o liczbie pokrzywdzonych, liczbie postępowań karnych, w których występowali pokrzywdzeni, czy liczbie przestępstw uprawniających do ubiegania się o kompensatę”. I nic. Bez odzewu pozostało stwierdzenie, że na „rzeczywistą pomoc z Funduszu trafiały stosunkowo niewielkie sumy – z 385 mln zł, które wpłynęły na Fundusz w 2016 r., na bezpośrednią pomoc ofiarom przestępstw wydano jedynie 16 mln zł”…

Aut. Stefan Płonicki
Więcej: efaktyimity.eu

Utrwalacze

Gdy PiS trafi na śmietnik historii, pamiętajmy o prawnikach, którzy tę partię wspomagali.
Również w naszym prawniczym środowisku odnajdujemy osoby, które kładą fundamenty pod rewolucję realizowaną przez PiS. Jest ich niewiele, ale zasługują na to, żeby je docenić. (…)

Mam na myśli cichych, szeregowych funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości pisowskiego państwa, tych wytrwałych utrwalaczy nowej „władzy ludowej”, których skromne imiona nie powinny jednak zostać zapomniane. Przywołajmy kilka z tych postaci, aby pamiętać już za kilka miesięcy, po wyborach, które władza przegra (niestety nie z powodu permanentnego brutalnego gwałcenia konstytucji, ale przez nieudolność i afery, w tym takie, które budzą podejrzenia kryminalne), kto winien zostać doceniony przez komisję weryfikacyjną, jeżeli nowa władza taką powoła.
Wspomnijmy zatem panią Justynę Domagałę-Szlagę. Awansowana na kierownicze stanowisko prokuratorskie w czasach PiS (2016 rok), pani Justyna to osoba, która wyczuwa wiatr historii. Pielgrzymuje na św. Krzyż i działa we Wspólnocie Prawników Jana Pawła II w Radomiu. Nie widzi niczego niestosownego w publicznym udzielaniu się prokuratora w ruchach religijnych. Z pewnością też zapewni nas, że gdyby np. przyszło jej ścigać za prześladowanie ateistów, to zrobi to z morderczą wręcz bezstronnością. Uprzednio publicznie się rozmodliwszy. Rozumie także, że jeśli kilku „patriotów” z Młodzieży Wszechpolskiej bije i kopie działacza KOD, to zarzuty karne za udział w bójce musi dostać tenże działacz KOD, który bestialsko nadstawił twarz pod kopniaki…
Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Rydzyk żąda pieniędzy

Media katolickie w Polsce ledwo zipią. Telewizji Trwam nikt nie chce oglądać, Radia Maryja słucha garstka fanatyków, prasa katolicka cierpi na intelektualny uwiąd, a o istnieniu chrześcijańskiego internetu społeczeństwo nie ma pojęcia.

(…) W Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu odbyło się sympozjum naukowe pod tytułem „Oblicza kolonizacji mediów”. Spotkanie przeszło bez echa, a szkoda, bo ze słów, które tam padły, wynika, że media katolickie szykują się do ataku.
Najjaśniejsza kolonia
Zdaniem prelegentów, polskie media są kolonizowane przez wrogi kapitał. Kolonizacja postępuje w sposób niekontrolowany i gwałtowny.
– My, Polacy, nie uświadamiamy sobie tego, ponieważ media dalej przemawiają do nas w ich języku. Choć są polskojęzyczne, realizują obcą politykę – stwierdziła specjalistka od egzorcyzmów Hanna Karp.
Tadeusz Rydzyk, by wzmocnić przekaz swojej podwładnej, tłumaczył to dosadniej:
– Chodzi o skolonizowanie naszych umysłów. Żeby podbijać narody, nie trzeba dziś mieć broni, czołgów. Wystarczy mieć media. Czy oni reprezentują polskie interesy? Czy to jest dobre dla społeczeństwa, które jest katolickie? Te media to jest niewyobrażalny walec, który niszczy nasze umysły, nasz system wartości.
Barbara Bubula z PiS do firm kolonizujących polskie media zaliczyła światowych gigantów teleinformatycznych, takich jak Google, Facebook, Netflix czy Amazon.
– Mamy do czynienia z modelowaniem nowego człowieka, pozbawionego fundamentu tradycji katolickiej, rodziny. Trzeba temu przeciwdziałać – mówiła wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii. Jeszcze dalej poszedł Janusz Kawecki. Członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) pytał i publicznie nakazywał:..
Autor: Artur Kulikowki
Więcej: efaktyimity.eu

Sędziowie życia i śmierci

Niedocenianą rolą sędziów jest, że to oni – a nie psychiatrzy – decydują, kto jest psycholem.
Krzycho, choć wyglądał jak niedźwiedź, wedle powszechnej opinii robił za psa. Pracował w komisariacie na wrocławskim Ołbinie, był policjantem. Robotę miał stresującą, a na dodatek odległą od domu o 40 kilometrów, bowiem mieszkał w Oleśnicy.

Zawodowy podejrzliwiec

Średnio cztery godziny dziennie na przemieszczanie się nie robiły Krzychowi dobrze. Miał czas myśleć o swoich najbliższych – żonie i dwójce przychówku. A jego procesy intelektualne obciążone były charakterystyczną dla każdego policjanta podejrzliwością.
Jako przedstawiciel organów ścigania znał zasady popełniania występków i wiedział, że tym, czego potrzeba ich sprawcom, jest przede wszystko czas. Wykoncypował zatem, że jeśli pozbawi żonę czasu na pozamałżeńskie amory, to uchroni się od zostania rogaczem.
Dlatego Estera, czyli żona Krzycha, musiała raportować każdy dzień co do minuty. Żeby nie mataczyła, ustalił dzienną stawkę pieniędzy przeznaczonych na wydatki. Nieprzychylni policjantowi znajomi twierdzą, że nie miała prawa samorzutnie wybrać się nawet do fryzjera. Do tego dochodziła kontrola internetu i telefonu. (…)

Pewnie dlatego rodziców Krzycha nie zdziwiło, gdy w środku tygodnia podrzucił im dzieciaki na noc. Zupełnie inaczej niż siostrę Estery – Żuliettę, którą o godzinie 3.41 obudził telefon. Usłyszała Krzycha, wypowiadającego następujące słowa: „Zajebałem, zabiłem twoją siostrę”…
Aut. Stefan Płonicki
Więcej: efaktyimity.eu

Jak to działa

Żeby być republiką bananową, trzeba mieć banany. Niektóre państwa stają się więc republikami kartoflanymi z uwagi na klimat i naturalne predyspozycje.

Przyjrzyjmy się przez chwilę działaniu takiej oligarchokracji, która niegdyś miewała demokratyczne ambicje. Przed Państwem – voilà! – tydzień z życia Republiki Kartoflanej.
Niedziela, 27 stycznia
Rządząca partia dostaje przeciek, że niebawem główny dziennik niezduszonej jeszcze do końca opozycji opublikuje nagrania z tajnych rozmów prezesa rządzącej partii. Prezes dotychczas podobał się wyborcom rządzącej partii, bo był ulepiony na ich wzór i podobieństwo: zepsute zęby, brudne znoszone buty, łupież na kołnierzu i brak konta bankowego. Wręcz symbol życiowego nieudacznika, ssącego zapomogi socjalne. Mało kto z wyborców wiedział (dzięki blokadzie informacyjnej założonej przez rządowe media), że ten ich pocieszny safanduła to przecież cwaniak, który już na początku demokratycznej transformacji przytulił dla siebie i swojego środowiska politycznego wartościowe nieruchomości, a też i umiał doskonale ustawić się na koszt podatnika: partia kupowała mu garnitury, krawaty – nieodmiennie czarne w związku z demonstracyjnie noszoną na użytek elektoratu żałobą – i fundowała limuzyny oraz tłum ochroniarzy, a kiedy zabolała go nóżka czy dupka, natychmiast stawiał się tłum lekarzy, do których prezes nigdy nie musiał miesiącami czekać w kolejce. Ale tego wszystkiego jego wyborcy nie wiedzieli, otumanieni propagandą pokazującą prezesa karmiącego się tylko hymnami za umęczoną ojczyznę. I oto okazało się, że główna gazeta opozycyjna (tu prezes przeklął własny brak wyobraźni: „A trzeba było tego sepleniącego guru liberastów zamknąć w pierwszej kolejności, niech to kaczki rozdziobią!”) posiada 160 godzin nagrań poufnych rozmów biznesowych prezesa. Prezes miał bowiem plan. Był to plan wzbogacenia partii – a przecież partia to prezes! – miliardami dochodów z inwestycji w wielki biurowiec w centrum stolicy Kartoflandii, poprzez spółkę należącą do fundacji finansującej partyjne akcje. Prezes, przez podstawione słupy, miał atrakcyjną działkę w stolicy, a uzyskanie kredytu nie było problemem, odkąd wszystkie największe banki przejął rząd, czyli sam prezes. Prezes śmiał się wiele razy, że stada kretynów wierzyły w bajki o gospodarczym patriotyzmie, kiedy prezes kupował od zagranicznego kapitału akcje banków za pieniądze tych kretynów, wpłacane gorliwie w podatkach. W umiejętnościach biznesowych prezes był lepszy niż Wielki Kapłan, czyli ubrany w sutannę biznesmen z Piernikowa…

Autor: Jerzy Dolnicki
Więcej: efaktyimity.eu

Ojciec Chrzestny

Co łączy starą aferę Telegrafu z ujawnioną ostatnio aferą Srebrna Tower?

Przede wszystkim postać szefa partii, wtedy PC, dziś PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Ale także mechanizm działania: „podpieranie się” kredytem z państwowych banków, wykorzystywanie wpływów politycznych w biznesie, który ma wzbogacić partię i zapewnić synekury jej zaufanym ludziom, na wypadek gdyby w polityce powinęła im się noga.
Przypomnijmy: spółka Telegraf powstała w 1990 r. W jej radzie nadzorczej zasiedli: obaj bracia Kaczyńscy, Maciej Zalewski, Andrzej Urbański, Krzysztof Czabański. Miała zajmować się właściwie wszystkim: wydawaniem czasopisma „Telegraf”, budową stacji telewizyjnych, stacji benzynowych, centrów handlowych, usługami itd. Była to typowa spółka krzak z symbolicznym, śmiesznym kapitałem założycielskim 250 mln starych złotych (25 tys. PLN). A jednak w ciągu 10 miesięcy istnienia jej kapitał wzrósł do 50 mln PLN!
Zrzutka
Czy twórcy Telegrafu zawdzięczają to swoim talentom ekonomicznym? Czy zaczęli produkować jakiś rynkowy hit lub świadczyć usługi, dzięki którym byli rozchwytywani? Nic z tych rzeczy. Ich firemka wyspecjalizowała się w zdobywaniu pieniędzy. Kasę spółki zasilił m.in. państwowy Bank Przemysłowo-Handlowy (11 mld starych złotych kredytu), państwowy Kredyt Bank (15 mld), państwowy Bank Rozwoju Energetyki (18 mld), a centrala handlu zagranicznego Budimex, również państwowa, wykupiła udziały za 9 mld zł. Dorzuciły się też przedsiębiorstwa prywatne: Pol-Kaufring, RDS Bankier, a przede wszystkim sławna wtedy Art-B, której twórcy Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski uchodzili za geniuszy przedsiębiorczości, by wkrótce stać się bohaterami najgłośniejszej afery lat 90. Poważne firmy wręcz pchały się, żeby powierzyć grube pieniądze grupce młodych polityków bez grosza przy duszy i doświadczenia biznesowego.
Dlaczego?…
Aut. Dorota Wróblewska
Więcej: efaktyimity.eu