W drugiej turze wyborów przegra prezes Kaczyński.

Polityk może „zjeść własny język”, czyli publicznie zapomnieć o tym, co publicznie niedawno mówił. Smak zjadanych języków będą poznawać teraz politycy Prawa i Sprawiedliwości, wdzięcząc się do liderów Konfederacji.

Będą się wdzięczyć cynicznie, wdzięczyć do formacji politycznej, którą niedawno publicznie pogardzali. Obrażali najgorszymi na prawicy wyzwiskami. Wyszydzali na każdym kroku. Zwłaszcza w swych sztandarowych mediach.

Gdyby cofnąć się do tygodnia przed pierwszą turą wyborów i zrekonstruować sobie wizerunek polityka Konfederacji malowany przez prokaczyńską „Gazetę Polską”, to najdelikatniejszym określeniem był tam polityczny świr. Konfederat to taki wariat, prawicowy niestety, wzdychali zgodnie redaktorzy Sakiewicz i Lisiewicz nad ich marnością umysłową.

Pan prezes Kaczyński nie cierpi politycznej konkurencji na swej prawej flance. Wszystkie opozycyjne inicjatywy prawicowe dławił w zarodku. Każdego potencjalnego konkurenta marginalizował lub korumpował. Bo pan prezes wie, że cios z prawej flanki może okazać się śmiertelny dla niego i jego partii.

Powstałą dwa lata temu Konfederację elity PiS początkowo zlekceważyły. Zaufały przedwyborczym sondażom, które nie dawały kandydatom tej formacji szans na przekroczenie progu wyborczego podczas ostatnich wyborów parlamentarnych.

Zaufały swej intuicji podpowiadającej, że podzielona ideowo i personalnie, przypominająca szlacheckie pospolite ruszenie, Konfederacja prędzej pokłóci się sama ze sobą niż przetrwa swe pierwsze polityczne starcie.

Ale sondaże i intuicja zawiodły. Konfederaci znaleźli się w Sejmie RP. Tam, zamiast grzecznie złożyć hołd lenny panu prezesowi Kaczyńskiemu, jak to uczynili kiedyś kukizowcy, przypominali przy każdej okazji, że są „najbardziej antysystemową siłą” w Polsce.
I stali się, choć nieskuteczną, to bardzo zaciekłą i upierdliwą opozycją. Takim przysłowiowym „czyrakiem na pupie” jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.

To oczywiście wywoływało irytację elit PiS. I ich gwałtowne reakcje, przypominające czasem strzelanie z armat do politycznych wróbli.

Aby ostatecznie pognębić prawicową konkurencję, zjednoczony front propagandowy PiS sięgnął po swą broń atomową. Postanowił dorobić konfederatom gębę narodowych zdrajców. Współczesnej Targowicy. Ruskich agentów. Pieszczotliwie zwanych przez pisowskie media i liderów PiS „ruskimi onucami”.

I wykluczyć ich z narodowej wspólnoty wypróbowanymi przez szczujnię PiS sposobami.

Tu warto zauważyć, że wykluczanie z polskiej wspólnoty narodowej narodowców z Konfederacji, uważających się za jej najpiękniejszy kwiat, jest działaniem wyjątkowo złośliwym i podłym nawet wobec nich.

Oczywiście media PiS, takie jak wspomniana już „Gazeta Polska” oraz TVPiS, chrzcząc konfederatów mianem „ruskich onuc”, na dowód trafności swych złośliwości przypominały konfederackie poglądy. Postulaty poprawy relacji polsko-rosyjskich, utrzymywania równowagi w relacjach z Chinami i USA przez nasze władze.

Niestety, elity PiS tak głęboko zabrnęły w wykreowaną przez nie rusofobię, że każdy głos proponujący zmianę antyrosyjskiej polityki władz polskich traktowany jest przez pisowską propagandę jako głos kremlowskiej agentury.

Pachnący „ruskimi onucami”.

Bosak w ostrogach

Choć pierwszą turę wyborów wygrał pan prezydent Duda, to wynik drugiej tury nadal jest nieprzesądzony.

Wynik pana prezydenta Dudy to efekt wielkiej mobilizacji wyborców i sympatyków PiS przez partię pana prezesa Kaczyńskiego i administrację państwową pana premiera Morawieckiego.

Wynik Rafała Trzaskowskiego to również efekt mobilizacji wyborców i sympatyków największej partii opozycyjnej.
Jeśli teraz popatrzymy na szanse pozyskania dodatkowych głosów w drugiej turze wyborczej, to Rafał Trzaskowski ma większy potencjał niż urzędujący prezydent RP.

Poparcie dla Trzaskowskiego zadeklarował już Robert Biedroń. Daje mu to minimum dwa procent dodatkowych wyborców. Poparcia pewnego, bo ci głosujący na Biedronia wyborcy to ten żelazny, wierny mu elektorat.

Można oczywiście skrzywić się, że to tylko dwa procent, ale zdecydowana i publiczna deklaracja Biedronia może dać efekt dodatkowych głosów ludzi nieuczestniczących w pierwszej turze.

Po deklaracji Biedronia czas na głos Szymona Hołowni. Ten nie musi wydusić z siebie jednoznacznej deklaracji. Wystarczy, że ze względów taktycznych pokaże swym wyborcom ich bliskość programową z deklaracjami Trzaskowskiego. Takie oddziaływanie osiągnie większy skutek niż apele nowego lidera politycznego.

W taki sposób zasoby poparcia Trzaskowskiego mogą wzrosnąć o kolejne dziesięć procent. Może nawet i -naście procent. I wtedy kandydat Trzaskowski zrówna się poparciem z panem prezydentem Dudą.

Walczący o głosy Trzaskowski może liczyć jeszcze na poparcie lidera PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Ten sympatyczny „tygrys” ludowców osiągnął co prawda niewiele ponad dwa procent, ale przy wielce wyrównanych szansach obu kandydatów w drugiej turze, głosy ludowców mogą zadecydować o przewadze Trzaskowskiego.

I pewnie Trzaskowski takie poparcie dostanie. Tylko ludowcy muszą się z nim tradycyjnie „pokokosić”, potargować o korzyści, jakie osiągną z takiego ruchu politycznego.

Pan prezydent Duda ma ograniczone pole manewru. Może się „pokokosić” jedynie z posłem Krzysztofem Bosakiem i innymi liderami Konfederacji.

I pewnie z niektórymi sztab pana prezydenta mógłby się jakoś dogadać. Problem w tym, że w tej skonfederowanej formacji politycznej bardziej liczą się poglądy i nastroje jej wyborców, niż dyscyplina i ślepe podporządkowanie liderom.

A to oznacza, że pamięć o niedawnym traktowaniu Konfederacji przez zjednoczony front propagandowy PiS, pamięć o tych „ruskich onucach”, o wykluczeniu konfederatów z polskiej wspólnoty narodowej, może okazać się tak silna, że oni nie zagłosują na kandydata PiS. Zostaną w domach.

A nawet, tak po staropolsku, sarmacku, tak na złość, zagłosują na dalekiego im ideowo Trzaskowskiego. Aby panu prezesowi Kaczyńskiemu dokuczyć, odegrać się na nim.

Kolejne wybory

Wygrana Rafała Trzaskowskiego osłabi monopolistyczną władzę PiS. Bo opozycyjny prezydent może wetować ustawy przegłosowywane przez pisowską większość sejmową.

Jego weta będą skuteczne, gdyż do odrzucenia prezydenckiego sprzeciwu trzeba mieć w Sejmie większość trzech piątych głosów. A takiej większości rządzące PiS obecnie nie ma i mieć nie będzie.

Nikt w naszym kraju nie wątpi, że partia pana prezesa Kaczyńskiego będzie rządzić w czasach kryzysu. Kiedy zapas zgromadzonych z naszych podatków pieniędzy skurczy się i trudno je będzie rozdawać jako dary miłościwej, ludzkiej władzy.

Elity PiS w czasie swych rządów udowodniły, że nie są w stanie zrealizować swych poważnych obietnic. Nie zbudowały polskich przedsiębiorstw produkujących polskie samochody elektryczne, promy morskie, szybkie pociągi, nowoczesne uzbrojenie wojskowe. Nie zrealizowały wielkich projektów energetycznych, komunikacyjnych, obronnych. Wszystkie obiecane nadal są zapowiadane.
Wszystkie za to służą jako źródło milionowych dochodów dla pisowców zatrudnionych w sieci mafiopodobnych zarządów obiecywanych przedsiębiorstw, licznych rad nadzorczych, doradczych, konsultacyjnych i fundacji.

Takie dojenie naszych podatków możliwe jest jedynie w warunkach monopolu władzy. Wygrana Trzaskowskiego zapewne doprowadzi do przedterminowych wyborów parlamentarnych. Bo pan prezes Kaczyński woli wykorzystać obecne, jeszcze ponadczterdziestoprocentowe poparcie wyborcze, niż czekać na pogorszenie nastrojów społecznych i spadek poparcia ze względu na uciążliwości nadchodzącego kryzysu.

Takie przedterminowe wybory będą też w interesie nowej partii Szymona Hołowni, uskrzydlonej niedawnym sukcesem. Także Konfederacji, pragnącej przekuć sukces Bosaka w silniejszą reprezentację w przyszłym parlamencie.

Wygrana prezydenta Dudy również nie zapewni panu prezesowi większości gwarantującej stabilne rządy do 2023 r. Bo wybrany niewielką przewagą pan prezydent Duda będzie bojkotowany przez prawie połowę społeczeństwa.

I wtedy może dalej służyć jako „długopis” panu prezesowi albo zbuntować się przeciwko „staremu układowi” w PiS. Może wtedy zostać jednym z liderów młodszej generacji polityków PiS, pragnącej wyrwać się spod kurateli pokolenia Jarosława Kaczyńskiego. Wybić się na polityczną niepodległość. Zwłaszcza że taka wymiana pokoleniowa nastąpiła już we wszystkich partiach opozycyjnych.
Oznacza to, że każdy nowo wybrany prezydent RP – i Duda, i Trzaskowski – przyśpieszy odsunięcie od władzy starego, zużytego politycznie i psychicznie autokraty.

To będzie ta prawdziwa Dobra Zmiana w PiS i Polsce.

Facebook Comments
Poprzedni artykułPodglądanie świata
Następny artykułKościół na równi pochyłej
Piotr Gadzinowski
Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).