Podobnego steku głupot, jakie wygaduje się po tym, jak ekolodzy zablokowali transport antracytu z Mozambiku, już dawno nie było.

Pierwszą jest – oczywiście – wzmiankowany antracyt, określany przez miłośników zieloności mianem węgla. Słusznie zresztą. Z tą drobną różnicą, że wbrew temu, co zieloni opowiadają, nie służy on do spalania w polskich piecach w celu wytwarzania ciepła czy prądu. Ta wysokogatunkowa odmiana ma bowiem zastosowanie w przemyśle chemicznym i w hutnictwie do produkowania rzeczy nader skomplikowanych. Takich, których polskim miałem węglowym opędzić się nie da, choćby lekarstw. Ekolodzy namieszali bowiem ludziom w głowach do tego stopnia, że przez słowo „węgiel” rozumiemy tylko surowiec energetyczny, zapominając, że ponad 20 proc. zużywanego w Polsce „czarnego złota” jest wykorzystywane do celów nieenergetycznych.

Coś się premierowi przyśniło

Jeszcze większe bzdury raczył wypowiedzieć Mateusz Morawiecki.
– Dbając, by energia była jak najtańsza, musimy dbać też o to, by była zgodna z regułami europejskimi. To jest trudne, bo koszt uprawnień do emisji CO2 gwałtownie wzrósł. I ten koszt kopalnie węgla kamiennego muszą wkalkulować w swój proces produkcyjny. Dlatego przez politykę klimatyczną UE opłacalność wydobycia węgla w Polsce jest dużo niższa – łgał do kamer pan premier.
Tak się bowiem składa, że rok temu cena uprawnienia do emisji tony dwutlenku węgla wynosiła 24 euro z groszami. Teraz 26 euro. Ale przez większą część ostatnich 12 miesięcy wynosiła grubo poniżej 24 euro. W związku z czym opowieści o gwałtowności wzrostu opłaty to kłamstwo. Tak jak to, że uprawnienia do CO2 obniżyły opłacalność górnictwa węgla kamiennego w Polsce.

W 2018 r. polskie kopalnie wydobyły 63,4 mln ton węgla kamiennego. Dwa lata wcześniej wykopały go o 7 mln ton więcej. Przez ostatnich 10 lat wydobycie węgla spadło w Polsce o jedną trzecią. Ale o ile w 2016 r. jeden górnik wydobywał statystycznie 70 ton węgla, o tyle dwa lata później już 63 tony. Od dwóch i pół roku spadające dotąd w górnictwie zatrudnienie zaczęło rosnąć i skoczyło o 1,5 tys. osób. I to wcale nie o ludzi pracujących pod ziemią. Dzięki temu za górników węglowych może się dziś uważać ok. 83,5 tys. osób.
To co kopalnie wydobywają w coraz większym stopniu trafia – zamiast do odbiorców – na hałdy. Spoczywa na nich już 4,5 mln ton niesprzedanego urobku. Przemysł i niepaństwowi producenci prądu i ciepła nie chcą bowiem polskiego węgla. Temu pierwszemu wadzi jego jakość. Tym drugim – cena.

Od roku obowiązują bowiem w kopalniach niezmienione cenniki. Państwowe giganty energetyczne powiązane strukturalnie z kopalniami muszą się do tych cenników dopasować, mniejsi odbiorcy mają zaś wolną rękę. I wolą importować; z zyskiem.
Rok temu cena węgla na światowych giełdach dobijała do stu dolarów za tonę. Dziś spadła do 61 baksów. I wciąż leci na pysk. Spece od cen sądzą, że pod koniec roku tona węgla będzie po 50 dolarów.

Tani, bo z zagranicy

Jeśli ktoś słyszy polityków, którzy dziwią się, że w tamtym roku do kraju wwieziono z zagranicy niemal 20 mln ton węgla kamiennego, to znaczy, że słyszy idiotów. Bo przecież jak się jest przedsiębiorstwem czy elektrociepłownią samorządową, to chce się mieć surowiec tańszy i lepszy – ten zaś jest za granicą.

Dokładnie tak samo myślą wszyscy w Europie, oprócz nas. Wydobywanie węgla kamiennego na naszym kontynencie stało się – oprócz nielicznych wyjątków – niemal nieopłacalne z powodu trudnych warunków geologicznych i drogiej robocizny górników. Dzięki temu – jak wyliczył Eurostat – w 2018 r. Polska odpowiadała za 86 proc. wydobycia tego surowca we Wspólnocie.
Gdyby jednak komuś chciało się dowiedzieć, ile węgla wyeksportowaliśmy, to z wyjątkiem Czech (pamiętając, że parę kopalni na Śląsku ma czeskich właścicieli) byłoby to zero. I to mimo że w Europie wszystkie państwa importują węgiel. Ale nie nasz. Ten z odkrywek w USA i Australii jest znacznie tańszy i kaloryczniejszy.

U nas rząd wolał wywalić z budżetu 9 mld zł na dopłaty do zamrożonych cen prądu. Czyli przetransferował te pieniądze do kopalń. Dzięki czemu skubnął każdego polskiego podatnika, żeby zarobić mogła garstka uwikłana w górnictwo. A żeby było jeszcze zabawniej, państwo polskie z jednej strony dopłacało do węgla, a z drugiej zabierało 2,5 mld zł z akcyzy za węgiel. No i z innych podatków też. Dopatrywanie się w tym postępowaniu logiki nie ma sensu.

Ekonomia pana ministra

Logiki jest jeszcze mniej w enuncjacji ministra energetyki Krzysztofa Tchórzewskiego podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. Jest on bowiem nieustannie dopytywany, czy ceny prądu będą w przyszłym roku zamrożone, tak jak w tym.
– W tej chwili właśnie ciężko pracuję nad tym, żeby w tym roku wszystko wyszło dobrze. Bo niechcący przedobrzyłem – ceny prądu aż o 6 proc. spadły w tym roku; to jest konkretna informacja podana przez Główny Urząd Statystyczny – rzekł minister.

Jak mogą spaść ceny prądu, gdy ustawowo zostały zamrożone na ubiegłorocznym poziomie? To pozostanie tajemnicą Tchórzewskiego. Chyba że mowa jest o cenach wszystkich producentów energii elektrycznej. I to nie tylko naszych. Bo w tym roku importowaliśmy już kilka razy z zagranicy znaczne ilości prądu. Być może rozwiązaniem tej zagadki jest niemal 40-proc. spadek cen węgla na świecie. I wszystkie malutkie elektrociepłownie, które importowały surowiec, były w stanie wytwarzać prąd znacznie taniej niż elektrownie PGE, Tauronu czy Enei. Ale ponieważ mali, lokalni producenci prądu z węgla są marginesem produkcji energii elektrycznej, to mimo gigantycznych oszczędności, których można by się spodziewać po gigantycznym spadku cen węgla, dało to ledwie 6 proc. spadek ceny za wyprodukowaną lub zaimportowaną kilowatogodzinę.

Każą płacić za to, że trują

Wszystkich interesuje, czy w przyszłym roku zamrożenie cen energii będzie utrzymane. Bo gdyby nie, to grozi nam – jak wieszczą ekonomiści – wzrost ceny prądu nawet o 50 proc. I mają rację. Bo co z tego, że cena węgla na świecie spadła o połowę? Państwowy monopolista prądowy ma kupować najdroższy węgiel z przestarzałej polskiej kopalni za cenę, którą wymyśli panujący w niej związek zawodowy.

Są w Polsce udokumentowane, olbrzymie złoża węgla kamiennego, z których dzięki zastosowaniu nowoczesnych technologii wydobywczych dałoby się dobywać węgiel po cenach światowych, i to z wykorzystaniem bardzo niewielu górników. Ale rząd i polskie kopalnie nie mają pieniędzy na takie inwestycje. Związki zawodowe też nie chciałyby się zgodzić, żeby zamykać zatrudniające nadmiar pracowników kopalnie z powodu otwarcia nowych, efektywniejszych. Są oczywiście wielkie światowe koncerny górnicze, które byłoby stać na zbudowanie takiej automatycznej kopalni, ale od lat ich wnioski o koncesje na wydobywanie węgla są przez poszczególne rządy odrzucane.
Alternatywy dla tego co mamy dziś de facto nie ma. Import węgla bardziej nie wzrośnie, bo kto miał kupować w Rosji, Kolumbii czy Australii, już tam kupuje. O konkurencji dla elektrowni ze strony OZE rząd zadbał parę lat temu, likwidując tę gałąź produkcji prądu.
– Stąd też ta sytuacja jest taka skomplikowana. Dbamy o bezpieczeństwo, ale nie zapewnią nam go tylko wiatr i słońce. Kochamy oczywiście energię zieloną, ale najdroższa energia jest ta, która jest niedostarczona – śmie Morawiecki opowiadać mediom. Strasząc, że gdyby nie węgiel, to polskie bezpieczeństwo energetyczne byłoby zagrożone. Jest to nieprawda, bo w ostatnich latach przynajmniej kilkanaście razy zdarzało nam się przez kilka dni produkować mniej prądu, niż wynosiło zapotrzebowanie. Wyłączeń nie było, bo w takiej sytuacji zawsze w okolicach Polski znajdzie się ktoś, kto nam trochę swojego prądu sprzeda. Bo tak naprawdę to mosty energetyczne pomiędzy poszczególnymi krajami chronią, każdy z nich, przed zagrożeniami, o których mówił Mateusz Morawiecki.

Co to jednak oznacza dla naszych przyszłorocznych rachunków za prąd? Jedynego otóż ratunku dla naszych portfeli należy upatrywać w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Bo to dopiero po nich PiS będzie mogło sobie pozwolić na złupienie suwerenowi skóry, tak jak robi to drogą benzyną i olejem napędowym. Oraz niepisaną zgodą na ściąganie z ludzi pieniędzy przez banki, firmy udzielające chwilówek, czy wszystkich innych, którym wolno drenować kieszenie Polaków, pod warunkiem że dzielą się swoim łupem z państwem. Przecież piątki Morawieckiego i kolejne hat tricki Kaczyńskiego jakoś trzeba będzie sfinansować.

Facebook Comments