Wyjaśnię pokrótce, dlaczego nie zagłosuję na Andrzeja Du*ę, pomijając przy tym oczywiste względyestetyczne. Otóż nie uczynię tego z przyczyn formalnych, a precyzyjniej – bo uważam, że ten kandydat nie odpowiada normatywnemu opisowi urzędu prezydenta, który zawarto w Konstytucji Rzeczypospolitej.

Konstytucja RP, ze swoimi 243 artykułami, nie jest wyjątkowo przegadana, jeżeli porównać ją z innymi ustawami zasadniczymi. Nie ma ona 345 artykułów i 12 długich załączników, jak konstytucja Indii. Nie jest też tak krótka, jak konstytucje Monako czy Indonezji (ta ostatnia mieści się na 19 stronach, i to wliczając liczne poprawki). Nie ma wreszcie tak skomplikowanej struktury, jak przepisy konstytucyjne USA, Szwecji czy Zjednoczonego Królestwa. Jest po prostu dość przeciętna. I dobrze.

Geneza

Powstała w określonym momencie historycznym. Kontekst jej ustanowienia obejmował takie czynniki, jak doświadczenia faszyzmu i komunizmu, a wcześniej też i walki narodowo–wyzwoleńczej oraz stopniowej faszyzacji ustroju państwa w okresie międzywojennym. Na jej kształt miały wpływ gorzkie wyzwania transformacji ustrojowej i ekonomicznej lat 90. XX w., a też i Okrągłego Stołu oraz pewnego ducha kompromisu, który na krótko został w Polakach zaszczepiony.


Wreszcie, na treść naszej Konstytucji wpłynęły bieżące niejako uwarunkowania wczesnych lat 90., dotyczące pewnej (nazwijmy to w ten sposób) ekspansywności kompetencyjnej pierwszego prezydenta III RP wybranego w powszechnych wyborach, którym był Lech Wałęsa. Wreszcie, istotny wpływ na treść Konstytucji miał także kształt rozkładu sił politycznych w Polsce oraz prozachodnie ambicje polskiego społeczeństwa, które wówczas uważało jeszcze, że jest częścią Europy i ma wobec tego europejskie powinności, rozumiane jako szacunek do standardów przestrzeganych w demokracjach zachodnich.


Taki był kontekst historyczny, w jakim powstawała Konstytucja. Dzisiaj próbuje się wywodzić daleko idące i oderwane od owego historycznego kontekstu wnioski, wpływające na interpretację Konstytucji.

„Obce języki”

Twierdzi się oto współcześnie, że Konstytucja założyła własny prymat względem prawa międzynarodowego czy prawa Unii Europejskiej. Wykrzykiwał to ostatnio śmiesznym dyszkancikiem kandydat Du*a, twierdząc, że „nie będą nam tu w obcych językach mówili”, jak mamy załatwiać polskie sprawy. Otóż p. Du*a, co nie jest dla mnie zaskoczeniem, nie zna kontekstu historycznego tworzenia Konstytucji RP, albo też kłamie w jego sprawie. Konstytucja RP ma preambułę, która oczywiście nie jest przepisem, ale wyznacza kierunek wykładni obowiązujący interpretatora. W tejże preambule czytamy, że my, Polacy, Konstytucję tę ustanawiamy „świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej”. Dalej, w art. 9 Konstytucji (a to już jest przepis) czytamy, że „Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego”. Wreszcie, w art. 91 ust. 2 Konstytucji czytamy, że „umowa międzynarodowa ratyfikowana za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie ma pierwszeństwo przed ustawą, jeżeli ustawy tej nie da się pogodzić z umową”. Przecież jest jasne, że umowy międzynarodowe, takie jak Traktaty założycielskie UE, nas wiążą, mają pierwszeństwo przed ustawami, a też i zobowiązaliśmy się ich przestrzegać, tak wobec innych stron tych umów, jak i (art. 9 Konstytucji) wobec własnych obywateli. Dlaczego? Bo dobrze wiedzieliśmy ćwierć wieku temu, że prawo wewnętrzne może być nadużywane, a krajowe organy ochrony demokratycznego ustroju mogą zostać rozmontowane przez szubrawców, chcących sobie uzurpować władzę. I dokładnie to stało się, dzięki p. Adrianowi D. i jego kolesiom, po 2015 r. Otóż obecnie jedynymi organami, na które mogą liczyć Polacy w walce o zachowanie demokratycznego ustroju, są instancje międzynarodowe, takie jak np. Trybunały w Strasburgu czy Luksemburgu. Chyba nikt poważny nie sądzi, że organem ochrony Konstytucji jest obecnie kosztowna atrapa, urzędująca przy al. Szucha pod groteskowym przywództwem pewnej kucharki awansowanej ponad miarę swoich intelektualnych możliwości?

Manipulacje


Inny przykład nadużywania Konstytucji z pogwałceniem historycznego kontekstu jej uchwalenia to sławny już art. 18. Niektórzy twierdzą współcześnie, że z przepisu o treści „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” wynika zakaz innych małżeństw, niż te będące związkiem kobiety i mężczyzny. Cóż, na poziomie literalno-kontekstualnym można odrzec, że np. w art. 24 Konstytucji napisano, iż „praca znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej Polskiej”, lecz nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, iż państwo powinno wobec tego zakazać odpoczynku, bo „chroni pracę”.

Pełnię idiotyzmu współczesnych nadużyć art. 18 Konstytucji uzmysławia nam dopiero lektura prac przygotowawczych Konstytucji, która wskazuje, że istotnie były propozycje wpisania w art. 18, iż małżeństwem jest tylko związek kobiety i mężczyzny, a także, iż w toku prac nad tym przepisem zdawano sobie sprawę, że ostatecznie przyjęte jego brzmienie pozostawia wprowadzenie małżeństw jednopłciowych decyzji ustawodawcy zwykłego – jak wskazywał wtedy ekspert Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prof. Kazimierz Działocha, „treść normatywna ust. 2 (Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina i macierzyństwo znajdują się pod ochroną Państwa – przyp. J.D.) sprowadza się do tego, że państwo otacza ochroną małżeństwa jako związek kobiety i mężczyzny. Tak rozumiane małżeństwo znajduje się pod ochroną państwa. Jednakże dogmatyczna wykładnia ust. 2 nie wyklucza innego małżeństwa. Jeżeli małżeństwo rozumieć przede wszystkim jako kontakt cywilny między dwiema osobami – kobietą i mężczyzną, to jednak inne małżeństwo nie jest wykluczone” (Biuletyn nr 1437/II z posiedzenia Komisji 4 kwietnia 1995 r.).

Zatem zrozumienie Konstytucji wymaga znajomości uwarunkowań historycznych, w których ona powstawała. Niestety, p. Du*a ich albo nie rozumie, albo – co gorsza – wie o nich (czego można byłoby w końcu odeń oczekiwać, jako doktora prawa), ale ma je gdzieś. I tu przechodzę do sedna mojego wywodu. Jak rozumieć rolę prezydenta RP w ujęciu konstytucyjnym i dlaczego – przy prawidłowym rozumieniu tej roli – należy uznać, że p. Du*a nie nadaje się na ten urząd, co skutecznie udowodnił podczas pięciu lat jego kompromitowania?

On i Ona

Konstytucja poświęca urzędowi prezydenta RP swój rozdział V, który składa się z 20 artykułów: od 126 do 145. Przenalizujmy teraz te przepisy, wykazując tezę, którą tu stawiam.

Z art. 126 Konstytucji RP wynika, że Prezydent RP jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej i gwarantem ciągłości władzy państwowej. Otóż Pan Du*a nie jest żadnym przedstawicielem RP, bo podczas wizyt zagranicznych gości na najwyższym szczeblu rozmowy prowadzą oni z „szeregowym posłem” Kaczyńskim, a nie z jakimś substytutem realnej władzy państwowej. Kiedy Trump przyleciał do Polski z pierwszą wizytą w 2017 r., najpierw spotkał się z Kaczyńskim, a dopiero następnego dnia – ceremonialnie – odwiedził Du*ę. Pan Du*a nie gwarantuje też ciągłości władzy państwowej, gdyż nieustająco podkreśla, że jego poprzednicy na tym urzędzie to nie byli żadni prezydenci, tylko nie wiadomo kto, a dopiero od jego wyboru zaczęła się „wolna Polska”.

Artykuł 126 Konstytucji w ust. 2 dodaje, że „Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji”. Nie muszę chyba udowadniać rzeczy oczywistej, czyli tego, że p. Du*a czuwa raczej nad niezakłóconym procesem niszczenia konstytucyjnych podstaw państwa. Mądrzejsi ode mnie, na czele z promotorem doktoratu imć Du*y, już to udowodnili. Zgodnie z art. 127 Konstytucji, „Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród”. Atoli p. Du*a wyznał onegdaj, cytuję: „Mnie się śmiać chce, kiedy słyszę, że Andrzej Duda nie jest prezydentem wszystkich Polaków, bo podpisał jakąś ustawę, na którą się jakaś grupa społeczna nie zgadza. Proszę pamiętać, że Andrzej Duda nie jest prezydentem wszystkich Polaków, bo nie został przez wszystkich Polaków wybrany”. Koniec cytatu. Pomijając prostactwo tej wypowiedzi, pokazuje ona, że ani p. Du*a nie rozumie art. 127 Konstytucji, ani też nie ma nawet ambicji bycia prezydentem wszystkich polskich obywateli. Jeżeli dodać do tego jego jawnie nawiązujące do nazistowskiej propagandy pohukiwania o tym, że dwa miliony naszych współobywateli nienależących do heteroseksualnej większości „to nie ludzie” – to jasno widać, że ten człowiek nie ma pojęcia, jaki urząd zajmuje. Idźmy dalej. Zgodnie z art. 130 Konstytucji, prezydent obejmuje urząd, składając przysięgę w brzmieniu: „Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”. Jest oczywiste, że p. Du*a nie czuje i nie przestrzega żadnej „woli Narodu” (całego, a nie tylko swoich wyborców, których zawsze jest w Narodzie mniejszość), nie dochowywał wierności Konstytucji, lecz gwałcił ją na każdym kroku, nie strzegł godności Narodu, lecz wił się przez pięć lat w upokarzających dla nas wszystkich pląsach przed różnorakimi indywiduami pokroju Kaczyńskiego czy Trumpa, gwałcąc Konstytucję będącą fundamentem niepodległości i bezpieczeństwa Polski, naruszał obowiązek ich strzeżenia, a także miał w dudzie dobro Ojczyzny i pomyślność obywateli, dbając tylko o to, żeby jakiś partyjny kacyk dał mu nominację do ubiegania się o drugą kadencję, by móc sobie wystawnie pożyć na nasz koszt przez kolejnych pięć lat.

Zgodnie z art. 132 Konstytucji, „Prezydent Rzeczypospolitej nie może piastować żadnego innego urzędu ani pełnić żadnej funkcji publicznej, z wyjątkiem tych, które są związane ze sprawowanym urzędem”. Tymczasem p. Du*a nie ukrywał w żaden sposób tego, że jest tylko trzeciorzędnym partyjnym działaczem „wysuniętym z ramienia na czoło”, tj. na urząd prezydenta RP. Jego funkcja publiczna sprowadzała się więc do tego, co jego rzecznik z właściwym tej formacji politycznej prostactwem określił mianem „popychadła”, adresując wszak te słowa niezasłużenie do swojego politycznego przeciwnika, sympatycznego lidera PSL Kosiniaka-Kamysza. Pan Du*a był marionetką pociąganą za sznurki przez Kaczyńskiego i jego ludzi, bezwolną, pozbawioną godności prezydenckiej i żenującą. Taka funkcja publiczna jest nie do pogodzenia z wymogiem konstytucyjnym.

Artykuł 133 Konstytucji mianuje prezydenta RP „reprezentantem państwa w stosunkach zewnętrznych” i każe mu współdziałać w zakresie polityki zagranicznej z premierem i właściwym ministrem. Otóż p. Du*a nie reprezentował państwa w stosunkach zewnętrznych, bo nie można nazwać „reprezentowaniem państwa” tego groteskowego plotkowania, na dodatek w sposób zniesławiający, o polskich sędziach SN, których p. Du*a pomówił o kolaborację z władzą komunistyczną i zbrodnie komunistyczne, a także „przefarbowanie się jako elita nowego państwa”. A takie plotki, jakie rozsiewał p. Du*a rok temu w Waszyngtonie, to tylko przykład jego zniesławiającej Polskę działalności. Pan Du*a nie zrozumiał swojej konstytucyjnej roli i tego, co oznacza „reprezentowanie państwa.

Zgodnie z art. 134 Konstytucji prezydent jest „najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych RP”, a w czasie pokoju jedynie wykonuje to zwierzchnictwo za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej. Powyższe oznacza, że to prezydent tak naprawdę wykonuje zwierzchność nad armią i dopuszczenie do tego, żeby dać się upokorzyć przez jakiegoś oszołoma w chwilowej roli ministra obrony jest samo w sobie wystarczającym dowodem, że p. Du*a może i byłby dobrym kierownikiem basenu, ale na pewno nie prezydentem. Zgodnie z art. 139 Konstytucji, „Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”. Nie oznacza to, że Prezydent „wyręcza sądy”, jak wyznał p. Du*a, ułaskawiając natychmiast po objęciu urzędu swojego kolesia Kamińskiego, lecz że po prawomocnym skazaniu może wyjątkowo zastosować prawo łaski wobec osoby, która ze szczególnych względów na nie zasługuje. Szczególne względy to nie przynależność partyjna. W zwrocie „prawo łaski”, co najwyraźniej umknęło panu D., jest „łaska”, przez „ł”.

Artykuł 144 wymienia dwojakiego rodzaju kompetencje prezydenta: akty urzędowe i prerogatywy prezydenckie. Do tych ostatnich należy m.in. „powoływanie sędziów”. Otóż z tego przepisu p. Du*a wywiódł, że jeśli koń przejdzie procedurę powołania na sędziego, niczym Incitatus cesarza-szaleńca Kaliguli, a Du*a powoła go na sędziego, to tenże koń sędzią niewzruszalnie będzie, a podważanie jego statusu – zdaniem przełożonych politycznych p. Du*y – okaże się przewinieniem dyscyplinarnym podważających. Na koniec art. 145 Konstytucji: za naruszenie Konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa, prezydent może być pociągnięty do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu. Obym doczekał czasów, kiedy Pan tę odpowiedzialność poniesie, za całe zło, które wyrządził Pan, Panie Du*o, mojej Ojczyźnie.

Nie mam żadnych wątpliwości, że pan Du*a nie spełnia żadnego z powyższych kryteriów konstytucyjnych, aby zostać ponownie (i kiedykolwiek) prezydentem Polski. Nie mam też żadnych wątpliwości, że wszystkie powyższe parametry konstytucyjne spełnia Rafał Trzaskowski. Tak, ze znajomością pięciu języków obcych (mam na myśli znajomość, a nie żenujące dukanie, jak w przypadku Du*y), będzie godnie reprezentował Polskę w relacjach zewnętrznych. Tak, będzie całkowicie niezależny w pełnieniu urzędu. Nie będzie mu żaden Kaczyński, ani żaden Budka, mówił co ma robić. Tak, Trzaskowski dobrze rozumie historyczny kontekst (owego „ducha”) naszej Konstytucji. Tak, będzie prezydentem świadomym, że reprezentuje cały Naród, a nie tylko swoich wyborców. Nie bez powodu Trzaskowski nawiązał w kampanii do Lecha Kaczyńskiego – nie jest to postać „z mojej bajki”, ale wiem, że jest sakralizowany przez część naszych obywateli. Nie wyobrażam sobie Trzaskowskiego w roli pacynki, popychanej przez postacie pokroju Macierewicza. Tak, Trzaskowski będzie miał nie tylko samodzielną wizję relacji zewnętrznych Polski, w których nie jest ona sprowadzana do roli stolika na kawę w Białym Domu, lecz także będzie umiał przywrócić międzynarodową pozycję RP, utraconą przez obecny układ władzy na zlecenie Kremla. I nie wyobrażam sobie Trzaskowskiego ułaskawiającego partyjnych kolesi czy powołującego konia na sędziego. Bardzo proszę: niech Państwo przeczytają Konstytucję i pójdą głosować na tego, kto odpowiada konstytucyjnej wizji głowy państwa. Głowy, nie dudy.

Facebook Comments