Przydomek, jaki przylgnął do Andrzeja Dudy już na początku jego kadencji, nabiera nowego znaczenia: jeśli prezydent wygra majowe wybory, długo PiS będzie rządziło.

Trzy i pół roku pozostające do końca kadencji parlamentarnej Jarosław Kaczyński z zimną krwią wykorzysta do zakończenia procesu tworzenia systemu, w którym wybory staną się tylko formalnością, fasadą. Do tego potrzebuje jednak w Pałacu Prezydenckim urzędnika, podpisującego wszelkie ustawy niezbędne do osiągnięcia tego celu. Nawet wątpliwe konstytucyjnie, nawet faktycznie wyprowadzające Polskę z UE.

Podtrzymuję swą prognozę: rozumując logicznie, nie widzę możliwości, aby Duda uzyskał reelekcję. Nie sięga po wyborców niepisowskich, a tych, którzy stanowią wierny rezerwuar partii rządzącej nie wystarczy, aby zdobyć ponad 50 proc. głosów. Większa część społeczeństwa wybiera Polskę nowoczesną, europejską i demokratyczną, a nie narodowo-katolicki zaścianek na peryferiach cywilizacji zachodniej. W trakcie trwającej kampanii kończący swą kadencję prezydent, jego promotor z Nowogrodzkiej oraz szalejący Ziobro będą musieli zmierzyć się jeszcze z kilkoma przypadkami zainteresowania się instytucji UE sprawą praworządności w Polsce, a perspektywa polexitu wyborcom się nie spodoba.
Mimo to pokonanie Dudy łatwo nie przyjdzie.

Hydrze odrastają łby

Początek kampanii miał fatalny. Konwencja, zapowiadana jako huczna, okazała się jałową. Morawiecki nie pozwala na rzucanie kolejnych szczodrych obietnic; nawet pomysł emerytur uzależnionych od stażu pracy, a nie od wieku, trzeba było schować głęboko do szuflady. Na razie Duda tylko pisnął coś o piętnastej (!) emeryturze. Mało odkrywcze, mało wiarygodne. Szefowa sztabu, zamiast stać się nową twarzą prawicowej polityki, okazała się wampirzycą gryzącą konkurentów politycznych w podwarszawskim Milanówku, adwokatem łamiącym ciszę wyborczą i prowadzącym wątpliwe moralnie sprawy establishmentu PiS. Sam Duda, który uwierzył w siebie jako znamienitego retora, stracił rezon, gdy zorientował się, że nie wszyscy słuchacze bezrefleksyjnie dają się uwieść jego tyradom. Faktyczne hasło, z którym zwraca się do wyborców: „Byleby Kaczyński dalej rządził”, przekonuje tylko przekonanych.

Partyjni koledzy zrobili też z prezydenta głupka przy okazji kryzysu, w jaki wpakowali się z projektem ustawy o dosypaniu rządowej TVP, niegdyś zwanej „publiczną”, prawie 2 mld zł (inne media „narodowe” dostaną z tej góry pieniędzy tylko jakieś ochłapy). Marszałek Senatu Grodzki wykazał się refleksem zauważając, że skoro są gdzieś w państwowych zasobach wolne środki, to może lepiej przekazać je na bardziej potrzebny cel niż na tępą propagandę. Gdybyśmy mieli obiektywne, służące interesowi społecznemu media – z pewnością zasługiwałyby na wsparcie; choć pewnie też nie aż w takiej wysokości. Jacek Kurski nie tylko zwulgaryzował Telewizję Polską, doprowadził ją do tego, że stała się zaprzeczeniem pojęcia „dziennikarstwo”. Okazał się też wyjątkowo nieudolnym menedżerem, doprowadzając spółkę do niemożności działania, jeśli nie otrzyma łatwych pieniędzy z kasy państwa. Przy okazji wszyscy zorientowaliśmy się, jak wielkie pieniądze wchodzą tu w grę.

Prezydenckim sztabowcom wydało się, że dobrym wyjściem z dylematu: 2 mld zł na partyjną telewizję czy na leczenie osób chorych na raka będzie podpisanie ustawy (by zwiększyć swoje szanse wyborcze, a jednocześnie usatysfakcjonować Kaczyńskiego i twardy elektorat PiS) przy jednoczesnym odwołaniu Kurskiego i złożeniu mglistej obietnicy utworzenia Funduszu Medycznego (2,75 mld zł – w cudowny sposób znaleziono więc już prawie 5 mld). Zresztą, zdaje się, że wśród tych miliardów są też dwa obiecane na szpitale przez Morawieckiego w poprzedniej kampanii…

Tyle że eksprezes TVP natychmiast objął funkcję oficjalnej szarej eminencji, a z jej zarządu usunięto „człowieka Dudy” – niejaką Paczuską. Nie tylko więc nikt nie uwierzy, że teraz TVP będzie inna, ale też stało się niepewne, że to Duda będzie beneficjentem stronniczego przekazu za te dwa miliardy.

Z czasem jednak to towarzystwo trochę się ogarnęło. Obśmiewany przez jajogłowych za mało prezydenckie podpisywanie ustaw przy biureczku z lat 80. na krzywym trotuarze peronu dworca w Końskich albo w żyrardowskiej sali gimnastycznej, do której podstępem zwabiono zdezorientowanych emerytów, Duda chyba jednak zdołał przemycić do świadomości jakiejś części wyborców, że staje po stronie słabszych i wykluczonych.

Oczywiście Dudzie sprzyja też koncentracja uwagi opinii publicznej na epidemii koronawirusa. Łatwiej było złożyć podpis pod wątpliwym etycznie aktem prawnym o TVP, gdy większość ludzi ma głowę zaprzątniętą czymś innym. Nowe przypadki zakażenia wywołują więcej zainteresowania niż los prorządowych mediów. Generalnie jednak prezydent przespał możliwości, jakie dał mu atak mikroba na Rzeczpospolitą. Śmietankę spija minister zdrowia Szumowski, trochę Morawiecki. Na pewno w chwili zagrożenia nikt nie zwraca oczu ku Dudzie jako ojcu narodu. Nie pomagają mu desperackie próby zwrócenia na siebie uwagi, takie jak apel o specjalne posiedzenie Sejmu (dwa dni robocze po rzetelnej debacie Senatu na ten temat), przypomnienie sobie o niezwoływanej od 2016 r. Radzie Bezpieczeństwa Narodowego czy wygłoszenie nadętego orędzia.

Pięć lat bez prezydenta

To powinno uświadomić wyborcom, że przez całą kadencję obywaliśmy się bez urzędu opisanego w Konstytucji RP jako „najwyższy przedstawiciel Rzeczypospolitej Polskiej i gwarant ciągłości władzy państwowej”. Przez ostatnie pięć lat jakiś człowiek rezydował w Pałacu Prezydenckim, ale na pewno nie wykonywał obowiązków nałożonych na niego przez ustawę zasadniczą. Z punktu widzenia funkcjonowania państwa i oczekiwań społeczeństwa był tam po prostu zbędny. Mogłoby go w ogóle nie być.

Sam Duda ma problem z wymienieniem swoich osiągnięć. Na konwencji inaugurującej jego kampanię oraz na spotkaniach wyborczych opowiada wyłącznie o tym, jak dobrze rządzi PiS. Nic o sobie. Nie chwali się swoją idée fixe zorganizowania referendum konsultacyjnego w sprawie zmian w Konstytucji, bo mu ten pomysł wybiła z głowy jego macierzysta partia. To była prawdziwa kompromitacja, niespotykana dotąd w historii prezydentury!

Nie wspomina też o ewidentnych przypadkach złamania obowiązującej ustawy zasadniczej. Czym się tu chwalić, skoro kiedyś może za to stanąć przed Trybunałem Stanu? Na pewno kwalifikuje się tu nocne przyjęcie ślubowania od trzech pisowskich tzw. dublerów w Trybunale Konstytucyjnym – na miejsca już prawidłowo obsadzone, w złej wierze, pospiesznie, byle zdążyć przed porannym orzeczeniem Trybunału w tej sprawie. Oraz ułaskawienie Mariusza Kamińskiego, zanim zapadł prawomocny wyrok w jego sprawie o przekroczenie uprawnień. Słabo spisał się w charakterze strażnika Konstytucji, posłusznie podpisując ustawy skracające kadencje Krajowej Rady Sądownictwa oraz sędziów Sądu Najwyższego (na szczęście ratuje nas tu Unia Europejska).

Nie wykonywał zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi. Starł się co prawda z poprzednim ministrem obrony Macierewiczem, ale gdy tylko tę potyczkę wygrał, ponownie przestał interesować się tym, w jakiej kondycji znajduje się polska armia. Jedną z bardziej dotkliwych wizerunkowych katastrof była jego eskapada na antypody, by kupić używane australijskie fregaty: w trakcie podróży dowiedział się, że rząd zabronił mu dokonania tej transakcji. Kupno amerykańskich F-35 – bez przetargu, bez offsetu, za kolosalne pieniądze, tylko dlatego, że amerykańscy lotnicy pomachali mu skrzydłami przelatując nad Białym Domem – raczej Dudę obciąża niż jest powodem chwały.

Był nieobecny, gdy pogarszała się sytuacja międzynarodowa wokół Polski. Nie tylko nie uczestniczył w próbach rozwiązania konfliktu w Donbasie, ale zupełnie nie prowadził żadnego dialogu z głównymi graczami przy tej szachownicy. Nie zdziwiłbym się, gdyby Władimir Putin i Wołodymyr Zełenski nie znali nazwiska obecnego prezydenta RP. Oczekiwanie, że mógłby mieć jakikolwiek pogląd na problemy globalne – Iran, Syria – byłoby tym bardziej na wyrost. W kwestii działań na rzecz powstrzymania zmian klimatu wypowiadał się zaś jak jeden z głównych hamulcowych; na szczęście nie miał żadnego wpływu na podejmowane i w tej materii decyzje.

Nie mógł też być arbitrem w naszych wewnętrznych sporach, których w ostatnich pięciu latach mieliśmy nadmiar. Nie miał do tego niezbędnego autorytetu, siły argumentów i odwagi.
Po co nam więc taki prezydent? Po nic. Mam nadzieję, że będziemy o tym pamiętać 10 maja.

Facebook Comments