Malwa to koń, który jeszcze niedawno leżał zaplątany w krowi łańcuch na łące pod Ostrołęką, pozostawiony na pewną śmierć. Dziś znajduje się pod opieką Fundacji „Centaurus”. Niestety, nawałnica zniszczyła ośrodek, w którym przebywa Malwa i setki innych zwierząt po przejściach.

Kiedy kilka tygodni temu działacze Fundacji „Centaurus” zobaczyli Malwę, koń leżał opleciony łańcuchem tak skutecznie, że nie był w stanie nic zrobić. Nie mógł się podnieść ani napić wody.

– Uwolniona z więzów Malwa z trudem stanęła na swoich zdeformowanych nogach. Z wysiłku drżały jej wszystkie mięśnie, ale starała się złapać równowagę i ustać, jednak po chwili traciła siły. To był widok, którego nie da się wyrzucić z pamięci – opowiada Karolina Kłos, działaczka Fundacji „Centaurus”, międzynarodowej organizacji non profit.

Po przejechaniu 400 km i zorganizowaniu transportu, działacze fundacji nie mogli liczyć na pomoc policji. Byli zmuszeni odkupić zwierzę od właściciela. Teraz zostanie ono objęte opieką weterynarza, który zadecyduje, co będzie dla niego najlepsze.
W ośrodku „Centaurusa” w Szczedrzykowicach (woj. dolnośląskie), największym azylu dla zwierząt w Europie, znajduje się 600 koni odkupionych od handlarzy, uratowanych przed rzezią, odebranych interwencyjnie. Wszystkie są schorowane, stare lub znarowione. Dzięki umowie zawartej z Przemkowskim Parkiem Krajobrazowym na ostatnie lata swojego często bardzo ciężkiego życia mają do dyspozycji ponad 200 hektarów zielonych użytków.

Niestety, Fundacja znalazła się w poważnych tarapatach. Nawałnica, która przeszła ostatnio przez Polskę zniszczyła ośrodek. Woda wlała się nawet do stajni.

– Straciliśmy ogrodzenia, runęły paśniki dla 600 koni, które budowaliśmy przez trzy lata po to, aby nie marnować ani źdźbła siana. Runęły też częściowo drewniane wiaty; pozrywane są z nich dachy, które latają po całej okolicy. Zalane są wszystkie wybiegi, i to tak mocno, że część musieliśmy w ogóle wykluczyć, a przecież teren z gumy nie jest, a ilość zwierząt ogromna – załamuje ręce Karolina Kłos. – Zalane są zapasy siana i słomy, a to ilości niewyobrażalne dla takiej liczby zwierząt. 600 koni zjada kilkaset balotów siana miesięcznie, nawet do tysiąca; zależy to od jakości siana. Jeden balot dziś to koszt 120 zł. Łatwo policzyć więc ten dramat w złotówkach. Jesteśmy przerażeni – mówi w imieniu całego zespołu „Centaurusa” K. Kłos.

W tej chwili najważniejsze jest odwodnienie terenu ośrodka. Schorowane konie nie mogą przebywać w takich warunkach, ale i pracownicy ośrodka nie są nawet w stanie dojechać ciągnikiem w większość miejsc na terenie wybiegów.

– Dwa lata temu drenaż kosztował około 150 tys. zł. Teraz zalane są również stajnie. Chwilę temu epidemia zabrała naszym zwierzakom większość darczyńców, ale stanęliśmy na nogi i zrobiliśmy zapasy siana na kilkanaście tygodni. Dziś te zapasy pływają w morzu nawałnicy. Siano da się odzyskać tylko w niewielkiej części, słomy praktycznie w ogóle. Nie mamy tygodnia, miesiąca. Musimy natychmiast odciągnąć wodę i kupić siano na kolejne dni, tygodnie… i słomę. Owies jest na szczęście bezpieczny, ale tylko dzięki darczyńcom, którzy pomogli nam wyremontować dach nad częścią magazynową – mówi K. Kłos.


Fundacja potrzebuje 300 tys. zł. Ogłosiła już zbiórkę „ALARM! Zwierzęcy folwark pod wodą.
Potrzebna PILNA pomoc!”
na stronie ratujmyzwierzaki.pl.

Wpłat można również dokonywać bezpośrednio
na konto PKO BP:

15 1020 5226 0000 6002 0220 0350
Fundacja „Centaurus”
ul. Wałbrzyska 6-8, 52-314 Wrocław.

Facebook Comments
Poprzedni artykułNie wylewają za sutannę
Następny artykułBłogosławiony na wybory
Katarzyna Wilk-Wojtczak
Od czterech lat niezmiennie 30-latka. Absolwentka filologii polskiej; z mediami związana od 2012 r. Debiut dziennikarski w gazecie lokalnej „Nowy Tydzień” (woj. lubelskie), gdzie zajmowała się tzw. kryminałką. Okazało się to jednak za mało hardcorowe. Zaliczyła epizody w łódzkim radiu (Parada) i lokalnym dzienniku („Express Ilustrowany”), a od 2016 r. ostrzy pazury na księżach. Chowa je po przekroczeniu progu domu, gdzie zmienia się w troskliwą mamę bliźniaków. Miłośniczka zwierząt i sportu ekstremalnego – ciuchlandy, secondhandy i szmateksy. Lepiej odnajduje się w internecie niż w kuchni, co przyprawia jej męża o kolejne siwe włosy. (Jest prawdziwą Wilczycą, walczącą do końca o swoje, choć zdarza się, że nie ma racji – przyp. red).