Ostry cień mgły wbił się w ich mózgi i obudził ćmy. Zapalili zioło, było odlotowo.

W powszechnym rozumieniu „państwo” jest formą organizacji społeczeństwa. Stanowi prawo i dba o jego przestrzeganie. Ma obowiązek troski o bezpieczeństwo i interesy obywateli, uwzględniając ich różnorodność i specyfikę potrzeb. Czy – kierując się taką definicją – żyjemy jeszcze w jakimś „państwie”? Oczywiście tak; tyle tylko że nie wywiązuje się ono ze swoich zadań. Władza winna się poruszać w ramach określonych najważniejszą z ustaw – ustawą zasadniczą, czyli Konstytucją RP. Rzecz w tym, że w praktyce przestała ona obowiązywać.

Nie odbyły się przewidziane zapisami Konstytucji wybory prezydenckie. Nie znamy terminu nowej elekcji ani jej zasad. Mamy upolitycznioną policję (380 zatrzymanych podczas legalnego zgromadzenia w Warszawie!), upolitycznioną prokuraturę, upolitycznione sądy (Sąd Najwyższy nie jest w stanie wybrać prezesa), upolityczniony i skompromitowany Trybunał Konstytucyjny. Rachityczna kampania wyborcza nie ma formy merytorycznej (dyskusji programowej), a dotyczy formy głosowania (kiedy i jak). Skundliło się to coś, co nazywamy „państwem”.

Bierne obserwowanie rzeczywistości doprowadza część z nas do nihilizmu. Wolimy dyskutować o filmie T. Sekielskiego niż o polityce. O piosence Kazika Staszewskiego i aferze w radiowej Trójce niż o programach wyborczych kandydatów na prezydenta. W takiej atmosferze prezydent RP przyjął dokument, który teoretycznie jest najważniejszy dla naszej przyszłości i którego analizy nie powinny schodzić z pierwszych stron gazet – „Strategię bezpieczeństwa narodowego Rzeczypospolitej Polskiej 2020”. Jej opracowanie „wynika z potrzeby zapewnienia zdolności państwa do przeciwdziałania zagrożeniom i sprostania wyzwaniom, wynikającym ze zmieniających się uwarunkowań bezpieczeństwa Polski” – napisano w dokumencie (str. 5). Mało kto pochylił się nad nim, choć ma określać jakość naszego życia i życia przyszłych pokoleń Polaków.

Jak krótko go opisać? Infantylne pustosłowie, zakłamane deklaracje i chore marzenia. Jedyne konkrety, jakie można tam wyczytać, to nienawiść do Rosji i marzenia o broni atomowej. Reszta to frazesy. Nie koronawirus, który (według oficjalnych, ale wątpliwych danych) dotknął 20 tys. Polaków i zabił około tysiąca z nas, nie widmo recesji, nie zawalenie się podstaw demokracji, lecz nienawiść do sąsiada jest tym, co wypełnia „Strategię”. Strategię, która – według prezydenta i rządu – winna wyznaczać główne kierunki aktywności władzy.

„Najpoważniejsze zagrożenie stanowi neoimperialna polityka władz Federacji Rosyjskiej, realizowana również przy użyciu siły militarnej” – czytamy już na początku dokumentu (str. 6). „Federacja Rosyjska prowadzi również działania poniżej progu wojny (o charakterze hybrydowym), niosące ryzyko wybuchu konfliktu (…), a także podejmuje wszechstronne i kompleksowe działania za pomocą środków pozamilitarnych (w tym: cyberataki, dezinformacja) celem destabilizacji struktur państw i społeczeństw zachodnich oraz wywoływania podziałów wśród państw sojuszniczych” (str. 6). No, to wroga zdefiniowano już na początku. Teraz pozostaje tylko mądrze się przed nim bronić:

„Proces adaptacji strategicznej Sojuszu Północnoatlantyckiego doprowadził do wzmocnienia sojuszniczej polityki odstraszania i obrony, w tym poprzez obecność sił sojuszniczych na polskim terytorium. Bezpieczeństwo Polski jest także wzmacniane poprzez rozwój współpracy ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki w wymiarze bezpieczeństwa i obrony, energetyki, wymiany handlowej, inwestycji oraz badań i rozwoju” (str. 10). Czyli: USA obronią nas przed wrogiem, którego dla nas wymyśliły.

Oczywiście będzie nas to kosztować, ponieważ trzeba: „Podjąć wysiłek na rzecz przyspieszenia rozwoju zdolności operacyjnych Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej poprzez zwiększenie dynamiki wzrostu wydatków na obronę, osiągając poziom 2,5 proc. PKB w 2024 roku” (str. 18). Co interesujące, to jedyna liczba, jaka pada w „Strategii”. Brak tam informacji o środkach przeznaczanych na opiekę medyczną, opiekę socjalną, edukację czy walkę z nadchodzącą recesją – to mniej istotne. Szkoda jednak, że zabrakło uszczegółowienia, ile z tego 2,5 proc. PKB pójdzie na zakupy broni w USA.

A że kosztować to będzie fortunę wiemy, bo przecież sami zaoferowaliśmy Amerykanom partycypowanie w kosztach stacjonowania ich wojsk w Polsce. I ma być ich jeszcze więcej, bo „Strategia” nakazuje: „Dążyć do zwiększenia i utrwalenia obecności wojskowej Sojuszu Północnoatlantyckiego na jego wschodniej flance” (str. 23). Mamy też nadzieję, że Amerykanie nie przyjadą do nas z pustymi rękoma, bo chcemy: „Aktywnie uczestniczyć w kształtowaniu polityki odstraszania nuklearnego Sojuszu Północnoatlantyckiego” (str. 23). I gotowi jesteśmy do tego dołożyć: „Zbudować zdolności operacyjne Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej do precyzyjnego rażenia celów na dalekie odległości (…)” (str. 19).

Tu już właściwie kończą się żarty. Niemcy zadeklarowały chęć pozbycia się ze swojego terytorium amerykańskiej broni masowego rażenia. Cztery dni po przyjęciu przez prezydenta RP „Strategii”, amerykańska ambasador w Polsce Georgette Mosbacher napisała: „Jeśli Niemcy chcą zmniejszyć potencjał nuklearny i osłabić NATO, to być może Polska, która rzetelnie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, rozumie ryzyka i leży na wschodniej flance NATO – mogłaby przyjąć ten potencjał u siebie”. Tak więc mamy coraz większe szanse, by w toczącej się wojnie amerykańsko-rosyjskiej (która przecież trwa od dziesięcioleci!) awansować do kraju „pierwszego uderzenia”, jeśli któremuś ze strategów z Kremla lub Białego Domu przyjdzie ochota na przeniesienia pola walki z Afryki czy Azji do Europy Środkowo-Wschodniej. To w jakiś sposób tłumaczy, dlaczego autorzy „Strategii” nie rozpisywali się specjalnie ani o wydatkach na pomoc medyczną, ani opiekę socjalną, ani system emerytalny. Jaki to będzie miało sens po trzech solidnych wybuchach?

Dosłownie żałośnie brzmią inne zapisy „Strategii”, określające nasz stosunek do Rosji. „Utrzymać dwutorową politykę wobec Federacji Rosyjskiej w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego, polegającą na wzmacnianiu odstraszania i obrony przy jednoczesnej gotowości do prowadzenia uwarunkowanego dialogu” (str. 24). O jakim dialogu tu mowa, skoro kontakty między naszymi państwami nie istnieją nie tylko na szczeblu rządowym, ale nawet dyplomatycznym? Pozostaje więc z tego tylko deklaracja „wzmocnienia odstraszania”.

Pytanie: co zrobić, żeby posortowany polski naród to łyknął? Oczywiście odpowiedź znajdujemy w „Strategii”: „Kształtować i rozwijać postawy patriotyczne jako niezbędny czynnik budowania wspólnoty i tożsamości narodowej, zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie i ogólnoludzkich wartościach”.

To co opisałem powyżej (choć wybiórczo) już ma miejsce. Spełnia się sen kogoś niezrównoważonego, kogoś kto śni o czymś dla mnie tak odległym, jak np. „ostry cień mgły”. I ów ktoś decyduje właśnie o naszym życiu.

Facebook Comments
Poprzedni artykuł„Zabawa w chowanego”. Najnowszy film Sekielskich już jest!
Następny artykułFakty (14)
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).