W normalnych relacjach między równoprawnymi partnerami takich rzeczy się nie robi. Nie zaprasza się przywódcy innego państwa trzy dni przed wyborami, w których ten ubiega się o reelekcję.

Nie chodzi tylko o względy etyczne, o powstrzymanie się przed wciągnięciem w kampanię wyborczą w obcym kraju. Ten zwyczaj jest osadzony w elementarnej logice stosunków międzynarodowych: wszelkie ustalenia poczynione w przededniu głosowania mogą szybko okazać się nic nie warte. Zwłaszcza gdy zwycięstwo interlokutora jest niepewne. Albo ambasador Mosbacher nie odrobiła podstawowej lekcji z praktyki dyplomacji, albo wpuściła Donalda Trumpa w maliny – jeśli np. w nadsyłanych do Waszyngtonu analizach zapewniała go, że Andrzej Duda ma zwycięstwo w kieszeni.

Prezydent USA mógłby nawet obiecać, że Polska uzyska jedną czwartą powierzchni Marsa po tym, jak planetę skolonizuje Elon Musk. Trudno traktować jakiekolwiek jego deklaracje jako coś więcej niż przedwyborczą zagrywkę. Kto wie zresztą, o którą kampanię chodzi? W listopadzie Trump sam stanie w szranki – i również jego przyszłość jest niejasna. Według dzisiejszych sondaży plasuje się w tyle za Joe Bidenem. Oczywiście skreślenie go byłoby przedwczesne (tym bardziej że w amerykańskich wyborach pośrednich przesądzające są głosy elektorów, a nie poparcie obywateli; w 2016 r. przegrana Hillary Clinton uzyskała o 3 mln wskazań więcej niż jej rywal), ale może okazać się, że waszyngtońskie spotkanie było wyłącznie towarzyską herbatką dwóch tzw. kulawych kaczek.

Jeśli jednak Trump kierował się własnym interesem, a nie chęcią pomocy polskiemu koledze, to mógł założyć, że wizyta zostanie zapamiętana przez amerykańskich Polonusów. W odróżnieniu od kilku milionów Polaków żyjących w Europie, dobrze rozumiejących dzisiejszy świat, stara emigracja w USA uchodzi za symbol tradycjonalistycznego konserwatyzmu. W zdecydowanej większości opowiada się za PiS w macierzy i Trumpem w swej obecnej ojczyźnie.

Z punktu widzenia Dudy to cwane posunięcie. Świeża fotografia z liderem supermocarstwa z pewnością jest świetnym drukiem wyborczym. O wizycie mówiło się na okrągło dobry tydzień przed jej odbyciem. Sztab kandydata chyba jednak nie do końca przemyślał wszystkie zagrożenia. Ze zdwojoną siłą zachęciło to do podsumowań aktywności prezydenta na arenie zewnętrznej. A wypada ona wyjątkowo blado. W trudnych czasach (konflikt na Ukrainie, brexit, koronawirus) Dudy w polityce światowej po prostu nie było.

Facebook Comments