W minioną sobotę kandydat Duda wizytował Podlasie. Postanowił tam m.in. podlizać się miłośnikom „żołnierzy wyklętych” oraz tym, których pobratymcy z rąk tychże „leśnych” zginęli. Można i tak, chociaż to świństwo.

Najpierw w Grajewie odsłonił tablicę pamiątkową poświęconą – to nie żart! – osobistej babci „Inki” Siedzikówny, sanitariuszki „wyklętych”, i podkomendnym Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. (Żołnierzyki od „Łupaszki” to ci, co pozwalali sobie od czasu do czasu na mordowanie na Białostocczyźnie cywilów wyznania prawosławnego, o czym pisowska propaganda nie lubi pamiętać, bo tak już ma.). Potem kopnął się z całym orszakiem lokalnych pisowskich notabli, z marszałkiem województwa podlaskiego, byłym discopolowcem Arturem Kosickiem na czele, do prawosławnego monasteru w Supraślu. Chytry plan pisowców polegał na tym, żeby pochwalić w tym miejscu Dudę za pomoc w sprowadzeniu do Polski na prawosławną Wielkanoc „świętego ognia” („Ogień pod wybory”, „FiM”, 19/2020) i tym samym dodać mu głosów mniejszości w zbliżających się wyborach.

Mnisi, jak to mnisi, za ogień podziękowali, ale przed jasną deklaracją, kogo chcieliby w przyszłości mieć za prezydenta, się powstrzymali, w swoich szeregach mają bowiem tych, których dziadowie ginęli z rąk „leśnych”. To silniejszy argument niż pisowskie zabawy z ogniem.

Facebook Comments