Najpierw zabijał, potem ratował. Prokuratorzy, sędziowie i gubernator stanu Tennessee uznali, że to drugie się nie liczy. 20 lutego sprawcę zabito na krześle elektrycznym.

Los nie dał Nicholasowi Suttonowi szansy. Matka porzuciła go wkrótce po urodzeniu w 1961 r. Gorzej, zostawiła na pastwę ojca. Nieobliczalnie gwałtownego psychopaty, leczonego psychiatrycznie, alkoholika, narkomana i kryminalisty. 12-letni Nick zaczął zażywać narkotyki (dawał mu ojciec), w szkole wszczynał bójki. – Wydaję 100 dolarów tygodniowo na kokainę – przechwalał się. Pieniądze mógł istotnie dostawać od babki, nauczycielki Dorothy Sutton, która przejęła opiekę nad nastolatkiem gdy jego ojciec dokonał żywota. Dawała pieniądze, obsypywała prezentami, kupiła półciężarówkę i ziemię w Karolinie Północnej. Jak mu nie będzie niczego brakowało, to wyjdzie na ludzi – łudziła się. Wszystko przepuścił na kokainę.

W 1979 r. Nicholas zdzielił babcię polanem w głowę, owinął w koc, przyczepił łańcuchem cementowy blok. Nieprzytomną 58-letnią kobietę wrzucił do lodowatej rzeki Nolichucky. Zeznał później, że go zdenerwowała, bo odmówiła pieniędzy. W tym samym roku młodociany zabójca zatłukł pałką kolegę szkolnego Johna Large i zastrzelił handlarza narkotyków Charlesa Almona. Motyw: nieporozumienie przy zakupie kokainy.

Aresztowany, początkowo się wypierał, kłamał, wreszcie się przyznał i – w zamian za dożywocie zamiast kary śmierci – wskazał miejsca, gdzie pozbył się zwłok. Był ukontentowany sławą medialną, chełpił się, że przejdzie do historii jako znany przestępca. Wylądował dożywotnio w więzieniu, lecz to nie oznaczało kresu zabójstw. Wespół ze wspólnikiem w 1985 r. zadźgali w celi innego więźnia, Carla Estepa. Bo im sprzedał fałszywą marihuanę.

Przysięgli stracili cierpliwość, sędzia wymierzył Suttonowi karę śmierci. Wszystko układa się w logiczny ciąg: trauma dzieciństwa przeistoczyła człowieka w zimną, bezwzględną bestię. Niereformowalną. Na pewno?

Sutton pokazał, że nie. Jego życie wzięło zdumiewający zakręt. Płynęły lata, wnoszono kolejne apelacje, a skazany przeobrażał się w porządnego człowieka. „Z całą pewnością stwierdzam, że Nick Sutton jest najbardziej zreformowanym przestępcą, z jakim miałem do czynienia przez 30 lat pracy w ciężkich więzieniach” – pisze w liście do sądu Tony Eden, emerytowany dziś porucznik służby więziennej. „Uratował mi życie. Gdyby został jutro zwolniony, zaprosiłbym go do domu, chciałbym go mieć za sąsiada”. W więzieniu wybuchły rozruchy, grupa więźniów rzuciła się na Edena, chcieli go wziąć na zakładnika lub zabić. Nie! – Sutton stanął między strażnikiem a zdesperowanymi więźniami. Ryzykował życiem. Podobne jak Eden, listy z apelem o ułaskawienie napisało jeszcze dwóch pracowników więzienia.

Wychowawczyni Cheryl Donaldson także twierdzi, że Sutton ją uratował, osłonił przed więźniami, wezwał strażników. Matka Paula House’a nie ma słów do opisania szlachetności i altruizmu Suttona. Nic nie wiedziałam o chorobie syna, póki Nick mi nie powiedział, że Paul ma stwardnienie rozsiane – mówi. Nosił go na plecach na każde widzenie, regularnie kąpał i przebierał, bo personel zostawił chorego więźnia na pastwę losu. Paul House czekał na egzekucję, dopóki sędzia nie anulował wyroku i nie wypuścił go z więzienia: nowe dowody wykazały, że jest niewinny.

Podobne historie opowiadali inni więźniowie. Wstawiali się za nim członkowie rodziny ofiary Charlesa Amona, apelowali o ułaskawienie. Zabiegała też o to córka Estepa, zapewniała, że „Sutton zrobił mojej rodzinie przysługę, zabijając ojca, on był złym człowiekiem”. Podpalił dom, celowo spowodował wypadek, w którym zginęła siostra, a drugą, małoletnią, zgwałcił. „Jego śmierć to było dla nas błogosławieństwo”. Obrońcy Suttona argumentowali, że ciężka trauma z dzieciństwa uniemożliwiała mu ocenę sytuacji, że adwokat z urzędu prowadził sprawę niechlujnie, nie przedstawiał okoliczności łagodzących. Sutton przed naturalną śmiercią zrobi w więzieniu wiele dobrego – argumentowali. – To zupełnie inny człowiek niż ten, którego dekady wcześniej skazano na śmierć.

Nic to nie dało. Kilka dni przed egzekucją gubernator republikański Bill Lee oświadczył, że nie zamierza ułaskawiać skazańca. Sutton wybrał krzesło elektryczne (skazanym przed 1999 r. w Tennessee przysługuje alternatywa: zastrzyk lub krzesło.)

W ostatnim słowie Nicholas Sutton mówił o wierze, która zmieniła jego życie. Dziękował żonie, którą poślubił w więzieniu. Wyrażał kolejny raz skruchę: „Mam nadzieję, że w następnym życiu będą lepszym człowiekiem”. O godz. 19.18 uderzenie prądu sprawiło, że jego ciało wyprostowało się, a palce zacisnęły. Po drugim elektrycznym szoku, o godz. 19.29, stwierdzono zgon. Egzekucja przebiegła bez niespodzianek. Podczas poprzedniej, w grudniu, z głowy zabijanego Lee Halla uniósł się dym.

Przed więzieniem około 50 protestujących przeciw karze śmierci objęło się ramionami i pogrążyło w modlitwie.

Facebook Comments