Po katastrofie polskiego samolotu pod Smoleńskiem czas się zatrzymał. Potem zaczął biec w odwrotnym kierunku, zaczęliśmy się cofać. Przynajmniej kulturowo i mentalnie. 10 lat temu, 10 kwietnia 2010 r. zmieniło się życie wszystkich Polaków. Nawet tych jeszcze nienarodzonych.

Może Lech Kaczyński zapił przed wylotem do Smoleńska i dlatego samolot odleciał z opóźnieniem? Może gdyby wyleciał 30 minut wcześniej wylądowałby bezpieczniej? Może pilot pokłócił się dzień wcześniej z kimś bliskim i miał za sobą nieprzespaną noc? Może – nie znamy odpowiedzi na te pytania.

Wszyscy słyszeli o pojęciu „efekt motyla”. Sens tego określenia odnosi się do tezy sformułowanej w 1963 r. przez amerykańskiego uczonego Edwarda Lorenza: „dowolny układ fizyczny, który zachowuje się nieokresowo, jest nieprzewidywalny”. Potocznie znaczy to tyle, że jedno nieprzewidywalne wydarzenie wywołuje kolejne, czasami znacznie poważniejsze w skutkach. To z kolei prowadzi czasem do zaskakujących z pozoru wniosków. Przykład: gdyby jeden Kaczyński nie przekonywał drugiego o konieczności lądowania we mgle, 10 lat później Polacy mniej cierpieliby z powodu koronawirusa. I twierdzenie to wydaje się być prawdziwe.

Czas jest pojęciem względnym – każdy dostrzega jego relatywizm. Czy rok to dużo? Oczywiście zależy na co. Na zdobycie wykształcenia akademickiego mało. Na zakup prezerwatywy dużo. A 10 lat? Podobnie: na ocenę procesów społecznych – mało; na codzienne zmagania się w tym okresie z rzeczywistością – bardzo dużo. Wszystko więc, co wiąże się z pojęciem czasu, jest względne. Niestety, względna, bo wybiórcza, jest też nasza pamięć. Żyjemy papką bieżących informacji i one determinują nasz osąd rzeczywistości. Nie zastanawiamy się nad tym, co rzeczywistość tę zrodziło; nie dopatrujemy się w niej właśnie „efektu motyla”.

Za upadek polskiej gospodarki, za upadek służby zdrowia, za załamanie się systemu ubezpieczeń społecznych, za chaos, za pozbawianie nas praw, za rozpasanie kleru – winię władcę Polski Jarosława Kaczyńskiego. Ale też – patrząc z perspektywy „efektu motyla” – winię za to i Donalda Tuska.

Jako egzotyczne i błahe traktujemy wydarzenia, które miały miejsce krótko po katastrofie sprzed 10 lat, bo z dzisiejszej perspektywy wydają się nam nieistotne. To błąd. Zapominając o nich nie będziemy w stanie ocenić tych czynników, które teraz określają jakość naszego życia. Przywołajmy zatem kilka istotnych wspomnień. Przypomnijcie sobie tłumy oszołomów przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie – portrety Lecha, krzyże oplecione różańcami, setki klęczących i modlących się do nich ludzi; żądania postawienia przed pałacem krzyża i pomnika. Przywołajcie w pamięci msze odprawiane na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, pieśni zawodzących żałobników; krucjaty wyznawców Radia Maryja i wszelkiego oszołomstwa, jakie zalęgło się na polskiej ziemi.

W tamtej właśnie rzeczywistości Donald Tusk podjął decyzję o wystawieniu w wyścigu o fotel prezydencki Bronisława Komorowskiego. Dlaczego? Oczywiście z wyrachowania – strachu przed zbudowaniem sobie konkurencji, z konformizmu. Mógł wytypować Radosława Sikorskiego. Nie cierpię go, ale to człowiek obyty w świecie, z własnymi, niezależnymi poglądami, wizjami, z osobowością. Poparł jednak kandydata bezpłciowego, takiego, przy którym zwykła ściana może pochwalić się „osobowością”. Różnica między Komorowskim a obecnym rezydentem Pałacu Namiestnikowskiego jest tylko taka, że jego poprzedni lokator nie łamał Konstytucji RP. Aż i zarazem „tylko” tyle.

Pięć kolejnych lat w opozycji (2010–2015) to dla PiS okres intensywnej budowy mitu najgorszego prezydenta III RP. Pomniki Lecha Kaczyńskiego, place, ulice, ronda, szkoły; turnieje i konkursy, instytuty itd. Mit rozszerzył się na żonę Lecha, a nawet na jego matkę. „Świętość” ta spłynęła na Lechowego bliźniaka – Jarosława. Rosła, podgrzewana co miesiąc żałosnymi spektaklami obłudy, podłości i nienawiści – „miesięcznicami”. Karmiono nas wtedy dziesiątkami teorii spiskowych na temat katastrofy. Była więc bomba termobaryczna w samolocie (wsadzona w Polsce przez wrogów Lecha Kaczyńskiego), była sztuczna mgła nad lotniskiem, były rosyjskie elektromagnesy (ściągnęły samolot na ziemię), był trotyl na skrzydłach samolotu; było dobijanie ofiar katastrofy strzałami w głowę, byli cudownie ocaleni i zamordowani później. Były eksperymenty mające odtworzyć moment katastrofy – gniecenie puszki po coca-coli i wysadzanie w powietrze kontenera na śmieci. Powstawały gry planszowe dla dzieci z oznaczeniem Smoleńska jako miejsca zamachu na prezydenta, wiersze o zamachu, a nawet modlitwy. Było też czekanie na kolejne wybory prezydenckie.

Wygrał je w 2015 r. słabo rozpoznawalny kandydat. Nie, nie był dobry w tym, co mówił i robił. Ale sama kampania wyborcza doprowadziła do obnażenia pustki programowej B. Komorowskiego i jego politycznego zaplecza. Czy gdyby w walce o reelekcję wystartował niedoszły prezydent R. Sikorski, oddałby zwycięstwo Dudzie? Niemożliwe! – pożarłby go. Ale z konkurentem o osobowości ściany
A. Duda wygrał. Czy pośrednio można winić za to Tuska? Ja go za to winię.

Po zwycięstwie w wyborach prezydenckich poszło już PiS łatwo ze zdobyciem większości w wyborach parlamentarnych. Rozpoczął się dla Polski, trwający do dziś, okres wielkiej smuty.

To w tym czasie doznaliśmy na własnej skórze, czym jest „polityczny pragmatyzm”. Na czele armii stanął człowiek miażdżący puszki po coca-coli i od razu zaczął domagać się od Amerykanów dostępu do broni atomowej. Do polityki zagranicznej wziął się inny, który nie potrafił nawet określić, z jakiego państwa właśnie wraca. Mityczne już San Escobar to nie dowcip nastolatków, tylko twór ministra spraw zagranicznych III RP. To dzięki zwycięstwu Dudy poznaliśmy Bartłomieja Misiewicza i asystentki prezesa NBP z zarobkami na poziomie prezesa niejednej spółki giełdowej. Towarzyszyła temu rewolucja ideologiczna, dokonywana przez państwowe media. Tworzono kult „wyklętych”, dzielono na właściwych i niewłaściwych opozycjonistów z czasów PRL. Dowiedzieliśmy się, że strajkiem w Stoczni Gdańskiej kierowali bracia Kaczyński, a nie Lech Wałęsa. I tego, że Polska nie tylko podnosi się z ruiny, ale i wstaje z kolan. Oczywiście po to tylko, by co chwilę na nie padać, całując dłonie katolickich namiestników Pana Boga. Potem było dzielenie ludzi na „sorty”.

Zastosowano też ciekawą metodę wyborczą – kupowanie głosów za pieniądze wyborców. No i działa to…

Efekty wszystkich tych zabaw są dziś zaskakujące. Jak przygotować lekarzy do epidemii? Sprzedać z zapasów rządowych 60 tys. specjalistycznych masek ochronnych. Co zrobić, by poprawić bezpieczeństwo personelu medycznego w szpitalach? Oczywiście zamknąć lasy! Jak zapewnić Kaczyńskiemu utrzymanie się przy władzy? Przerobić skrzynki pocztowe na urny wyborcze, a na czele Poczty Polskiej postawić wiceministra obrony. I to też już się dzieje.

Może święta to dobry czas do podobnych dywagacji? W każdym razie namawiam Państwa do tego.
Wesołych Świąt!

Facebook Comments
Poprzedni artykuł[WIDEO] Joanna w krainie kaczystów (2) – komentarz prof. Joanny Senyszyn
Następny artykułPożyteczny ksiądz
Dariusz Cychol
Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).