fot. Artur Kulikowski
Ten, kto wymyślił Noc Konfesjonałów powinien dostać medal z kartofla od samego papieża. To wielkie polskie przedsięwzięcie ekumeniczne jest zwykłym nieporozumieniem.

W założeniu Noc Konfesjonałów polega na późnowieczornej spowiedzi wiernych, którzy w natłoku codziennych spraw chcieliby przystąpić do przedwielkanocnego wyznania grzechów. W tym roku akcja odbyła się po raz dziesiąty, a więc parafie powinny już mieć pewne doświadczenie w jej organizowaniu. Nic bardziej mylnego. Przynajmniej w Warszawie.
W Wielki Piątek postanowiłem jako penitent wyznać swoje przewiny spowiednikowi, by oczyszczony i natchniony Duchem Świętym usiąść przy świątecznym stole i… od nowa zacząć ciężko grzeszyć. Jak sama nazwa wskazuje, Noc Konfesjonałów powinna rozpoczynać się wieczorem. Po zachodzie słońca udałem się więc do parafii katedralnej św. Jana Chrzciciela, czyli bazyliki na warszawskiej Starówce. Z oporami i strachem (jak przed wizytą u stomatologa) przekroczyłem drzwi słynnej świątyni. Niepewnym krokiem udałem się w stronę zabudowanego krzesła z klęcznikami. Niestety, okazało się, że księdza spowiednika tam nie ma.
– W konfesjonałach siedziało ich nawet kilku, ale spowiadali tylko do godziny 17 – usłyszałem od przechodzącej obok siostry zakonnej.
Spojrzałem na zegarek: 17.53. Poczułem najpierw ulgę, potem złość, ale nie dawałem za wygraną. Skoro byłem na Starówce, gdzie kościołów jest więcej niż dobrych restauracji, udałem się do nie mniej znanego Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej. U jezuitów z całą pewnością oczyszczę swoją grzeszną duszę – pomyślałem. I co? Znowu nic.
– Jezuici w Wielki Piątek obsługiwali wiernych tylko do godziny 15 – poinformowała mnie rozmodlona starsza pani.
Z porażką pogodzić się nie mogłem. Nie byłem zresztą sam. Przy pustym konfesjonale spotkałem kilka młodych osób, które dopiero co wyszły z pracy i także szukały przedświątecznego spowiednika. W ruch poszły telefony komórkowe z dostępem do katolickiego internetu. Ze strony archidiecezji warszawskiej dowiedzieliśmy się, że miejscem, gdzie duchowni rozgrzeszają na pewno, jest parafia Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia. Pozostawał jeden problem. Księża marianie spowiadają dopiero „od godziny 21 do ostatniego penitenta”. Po bezowocnych na razie poszukiwaniach Nocy Konfesjonałów kościół na Stegnach stał się dla takiego grzesznika jak ja ostatnią deską ratunku.
Wróciłem do domu i rozpocząłem przygotowania do „decydującej bitwy o oczyszczenie sumienia”. Ogoliłem się, umyłem zęby, założyłem pachnącą koszulę i pojechałem na ulicę Świętego Bonifacego. Na miejscu, o wskazanej w zaproszeniu godzinie, okazało się, że w świątyni trwa jeszcze Wielkopiątkowa Adoracja Krzyża. Ciągnęła się niemiłosiernie. Cierpliwie czekałem. Przy okazji rozglądałem się dookoła. Kościół był pełen, zobaczyłem sześć konfesjonałów, a mszę odprawiało ośmiu księży. Myślę sobie: będzie OK. Nawet jak 100 osób pójdzie do spowiedzi, to przed północą będę w domu. Adoracja zakończyła się o 22. Godzina obsuwy. Trudno – pomyślałem – w końcu biorę udział w Nocy Konfesjonałów.
Tymczasem z jednej strony kościół pustoszał, a z drugiej się zapełniał. Jedni wychodzili po mszy napełnieni wiarą, ale inni przychodzili właśnie tylko po to, by wyrzucić z siebie grzechy. Przyjechali z całej Warszawy. W kolejkach do sześciu konfesjonałów ustawiło się ponad 250 osób. I nagle szok: okazało się, że z sześciu miejsc celebracji sakramentu działać będą tylko cztery. Do tej pory ludzie stali potulnie jak baranki. Ja oczywiście ustawiłem się w tym ogonku do konfesjonału, gdzie księdza nie było. Musiałem przejść do właściwego. Wcześniej byłem czwarty, tu byłem 36. Zacząłem liczyć upływający czas. Na jednego penitenta spowiednik poświęcał średnio sześć minut, czyli ja odezwę się do księdza upragnionymi słowy „ostatni raz spowiadałem się…” najwcześniej za trzy i pół godziny, a więc o 2 w nocy. Ostatni autobus do domu mam o 22.50, czyli za 20 minut! „Nocnym” z kościoła wracać nie będę, a na taksówkę mnie nie stać. Ratunku!!!
Ochłonąłem. Grzecznie powiedziałem niebiosom i Jezusowi leżącemu w grobie „Alleluja” i podziękowałem za taką organizację Nocy Konfesjonałów.
Mimo wszystko poczułem się rozgrzeszony. W końcu przez cały Wielki Piątek próbowałem, prawda?

Facebook Comments