21 lat hip hip, hurra!

Konkordaty ze Stolicą Apostolską zawierały w historii różne państwa, przy czym takich, które się na to zdecydowały, jest w gruncie rzeczy niewiele.

Traktaty laterańskie zawarły faszystowskie Włochy w 1929 r. Stolica Apostolska zawarła również konkordat z hitlerowskimi Niemcami, legitymizując tym natychmiast władze nazistowskie. Kardynał Faulbaher zachwalał wtedy porozumienie z papieżem, podkreślając jego uznanie dla Hitlera jako męża stanu, który podniósł głos przeciwko bolszewizmowi. Stolec Piotrowy zadzierzgnął nici przyjaźni, za pomocą konkordatów, również z faszystowską Hiszpanią Francisca Franco (1953 r.). Dobór przyjaciół był więc szczególny i nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że w elitarnym gronie wybrańców Stolca znalazła się i Polska.

Zresztą po raz drugi. Również przed II wojną światową Polska dostąpiła zaszczytu zawarcia konkordatu ze Stolicą Apostolską (1925 r.). Obowiązywał on do 1945 r. i zakończył żywot wskutek uchwały Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, stwierdzającej, że Stolica Apostolska zerwała konkordat jednostronnie poprzez naruszanie jego istotnych postanowień. Chodziło o to, że zgodnie z oczekiwaniami Hitlera, papież zmienił granice diecezji tak, aby pokrywały się z granicami Rzeszy oraz mianował niemieckich administratorów diecezji na terytoriach okupowanych. Jak się okazuje, Polska nie potrafiła wyprowadzić wniosków z tych doświadczeń i ponownie zawarła konkordat w 1998 r., pomimo całkowitej niewiarygodności partnera.

Konkordat to nazwa szczególna dla umowy międzynarodowej, zawieranej przez państwo ze Stolicą Apostolską. Może obejmować albo całościowe uregulowanie relacji państwa z watykańskim suwerenem, albo też odnosić się do tylko częściowego unormowania relacji (jak np. umowa słowacka, dotycząca katolickiej tzw. edukacji).

Obecny konkordat podpisał w 1993 r. Krzysztof Skubiszewski, ówczesny szef dyplomacji w rządzie Hanny Suchockiej (późniejszej polskiej ambasadorki w Watykanie). Następnie umowa poleżała sobie w zamrażarce przez cztery lata rządów koalicji SLD-PSL, by ostatecznie zostać ratyfikowana dopiero za rządów AWS. Ratyfikacji towarzyszyło przyjęcie przez polski rząd, ale w uzgodnieniu ze Stolcem, deklaracji dotyczącej interpretacji konkordatu. Deklaracja w ten sposób stanowi kontekst interpretacyjny, który należy uwzględniać przy wykładni postanowień konkordatu, zgodnie z konwencją wiedeńską o prawie traktatów. Ratyfikacji konkordatu dokonał w 1998 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski, nie korzystając z możliwości wcześniejszego zbadania jego zgodności z konstytucją przez Trybunał Konstytucyjny. I w tym miejscu wyraźmy radość, że obecnie Pan Prezydent podobno pije mniej albo rzadziej (źródła podają różnie). Tak czy siak, cieszymy się konkordatem już od 21 lat. Co za radość.

Konkordat składa się z 29 artykułów. Dwa ostatnie dotyczą rozstrzygania sporów i wejścia w życie. Dwa początkowe gwarantują autonomię każdej ze stron. Pozostałe stanowią natomiast „loda” z połykiem, wykonanego przez Polskę Stolicy Apostolskiej, że tak to górnolotnie ujmę, czyli zbiór gwarancji udzielonych przez Polskę Stolcowi. Lizanie Stolca obejmuje m.in. zagwarantowanie swobody decyzji Stolca w sprawie jego ustroju w Polsce, swobody obsadzania urzędów kościelnych, wolności sprawowania kultu, dni wolnych od pracy na celebrowanie katolickich guseł (np. 1 stycznia – „uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi”), prawnych skutków małżeństw, za które należy zapłacić katabasom (w chwili ich zawiązywania i „orzekania o nieważności”), lekcji „nauki religii” w szkołach, prawa poławiania ofiar dla pedofilów, czyli zakładania szkół i przedszkoli, wolności rozpowszechniania publikacji, prawa do emitowania kościelnych programów w publicznej radiofonii i telewizji, a także – co chyba tylko dla zmylenia przeciwnika znalazło się na końcu wyliczanki kleszych życzeń – prawa do nabywania i posiadania mienia (mlask, mlask).

Domagając się ratyfikowania konkordatu, rząd premiera Buzka pisał w uzasadnieniu projektu ustawy ratyfikacyjnej, że państwo „pragnie zachować swój świecki charakter” (str. 8 uzasadnienia projektu ustawy). Wydaje się, że było to jedno z większych oszustw, jakie Polska popełniła na swoich obywatelach, a zauważmy, że to dziadowskie państwo dostarcza w tym zakresie silnie konkurencyjne oferty.
Konkordat pozostawia w gruncie rzeczy sporą swobodę interpretacyjną. Jednak jego myślą przewodnią – jak wynika z lektury uzasadnienia projektu ustawy o ratyfikacji tej upokarzającej umowy – pozornie było zabezpieczenie autonomii i niezależności Kościoła i państwa w ich sferach zadań. Praktyka pokazała, że ta myśl jakoś szybko zgasła, a kler katolicki z bezczelnością faceta srającego na wycieraczkę i dzwoniącego do drzwi, by poprosić o papier toaletowy, wpiernicza się bezustannie w sprawy państwa. Daje to wystarczającą podstawę do stwierdzenia wygaśnięcia konkordatu przez Polskę z powodu jego permanentnego naruszania przez drugą stronę, na podstawie art. 60 ust. 1 konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów. To jednak wymagałoby premiera Biedronia, zamiast bandy watykańskich agentów u władzy.
Jednak nawet gdyby konkordat utrzymać w mocy, to jego skrupulatne stosowanie, zgodnie z rzeczywistą treścią ustaleń stron, nie oznacza konieczności klęczenia przed klerem, jak wykonuje to obecna (i wszystkie poprzednie) „polska” władza.

Na przykład „nauka religii” (czyli w rzeczywistości seanse katolickiej nienawiści i propagandy) nie musi być wcale organizowana przez państwo nieodpłatnie. Deklaracja interpretacyjna zresztą wyraźnie wskazuje, że kwestie wynagrodzenia katechetów reguluje Polska ustawą i z niczego nie wynika, aby koszty te musiał ponosić polski podatnik. Z konkordatu w żaden sposób nie wynika, aby Polska musiała traktować kler na gruncie podatkowym jak święte krowy. Polska nie musi też zapewniać hasania kapelanów po jednostkach wojskowych i szpitalach nieodpłatnie, bowiem można żądać od kleru opłat za wstęp do szpitali i innych placówek, który realizują oni w celach zarobkowych (pod pozorem „niesienia słowa Bożego”). Nigdzie też nie jest napisane, że pierdyliardy kapelanów muszą być utrzymywane na koszt polskiego podatnika. Konkordat nie gwarantuje również nieodpłatnych emisji katolickich guseł w publicznej telewizji, bowiem z konkordatu nie wynika, aby nie można było żądać odpłatności za taką emisję (np. według cennika reklamowego). Jedyne bodaj finansowe zobowiązanie wynikające dla Polski z konkordatu to obowiązek dotowania KUL i PAT w Krakowie, ale też nigdzie nie jest napisane, że dotacja ta nie może być symboliczna. Konstytucję narusza natomiast dotowanie innych katolickich „Sorbon”, chociaż śp. Trybunał Konstytucyjny miał w tej sprawie inne zdanie (wyrok K 55/07, ze zdaniem odrębnym prof. E. Łętowskiej oczywiście).

Czy należy konkordaty zakończyć? Cóż, cechą państwa jest suwerenność, a ta oznacza m.in. prawo do decydowania o swoich zobowiązaniach międzynarodowych. Nie mam wątpliwości, że Polska powinna regulować swoje stosunki umową międzynarodową ze Stolicą Apostolską. Nie mam też jednak wątpliwości, że powinna to być umowa, która nie czyni z Polski śmiesznego, upokorzonego, pozbawionego kręgosłupa i własnego zdania watykańskiego kondominium. Dlatego sądzę, że tę umowę należy wypowiedzieć. A jak to zrobić? Konkordat nie zawiera postanowienia dotyczącego jego rozwiązania, dlatego należy zastosować art. 56 konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów. Stanowi on, że traktat, który nie zawiera postanowienia dotyczącego jego wygaśnięcia i nie przewiduje wypowiedzenia ani wycofania się z niego, nie podlega wypowiedzeniu ani wycofaniu się z niego, chyba że ustalono, że strony miały zamiar dopuścić możliwość wypowiedzenia lub wycofania się, bądź prawa do wypowiedzenia lub wycofania się można domniemywać się z charakteru traktatu. Przepis stanowi też, że strona powinna notyfikować co najmniej dwanaście miesięcy naprzód zamiar wypowiedzenia traktatu lub wycofania się z niego. Należy rozumieć, że polski rząd zawierał konkordat kierując się konstytucyjną zasadą suwerenności narodu, a to oznacza, że musiał kierować się zasadą, iż Polska może wypowiedzieć konkordat, a także uprzedzić o tym drugą stronę. Jeśli jednak ta interpretacja jest błędna, to i tak należy konkordat wypowiedzieć.

Suwerenność państwa objawia się zarówno zdolnością do zawierania umów międzynarodowych, jak i ich wypowiadania, a także naruszania i ponoszenia z tego tytułu odpowiedzialności międzynarodowoprawnej. Jeśli więc naruszymy konkordat wypowiadając go, to niech nas Stolica Apostolska zbombarduje, trudno.
Jerzy Dolnicki

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity