30 lat wolności

Każdy ma prawo do myślenia. Nawet do głupiego. Ale nie jest to dobre…

Dla rządzących jest oczywiście najlepiej, gdy szlaki myślowe suwerena biegną w ściśle określonych kierunkach. Idealny model takiej indoktrynacji panował w Związku Radzieckim, gdzie dbano nawet o zagospodarowanie czasu proletariatu i proletariackiej inteligencji. Tworzono m.in. systemy przeprowadzania codziennych zakupów tak, by proces ten wydłużyć i żeby skrócić czas między zakończeniem przez obywatela pracy i jego powrotem do domu. Przybyciu do domu natomiast – według obowiązującego modelu – powinno było towarzyszyć włączenie telewizora i „przyjęcie” porcji ogłupiających informacji. Tygodniowy czas pracy wydłużano, a pozostały (niestety) czas wolny wypełniano wódką, przy czym i tu dbano o zagospodarowanie tych chwil przez tworzenie kolejek przed restauracjami. Żeby zaś i restauracje pomagały w zagospodarowywaniu czasu klientów, wprowadzono w nich dwie przerwy: na sprzątanie (sanitarnyj czas) i na obiad personelu (piereryw na obied). Bardzo często też zdarzało się, że kelner odmawiał obsługi klientów, jeśli do posiłku nie zamawiali alkoholu. (Osobiście doznałem tego w sierpniu 1983 r., gdy po dobie picia z red. Adrianem Ziemińskim postanowiliśmy w końcu zjeść coś ciepłego w restauracji Dworca Kijowskiego w Moskwie).

Model radziecki był głupi, ale nie bezsensowny. Państwo starało się ingerować w każdy aspekt życia obywateli. Indoktrynacja trwała od wieku szczenięcego. Ledwo dzieci zaczynały chodzić, a już tworzyły socjalistyczne formacje przedszkolne o nazwie „Oktiabriata” (na cześć Oktiabria, rewolucji z października 1917 r.). W szkole podstawowej każdy musiał być pionierem (radziecka odmiana harcerstwa), później komsomolcem (członkiem Wszechradzieckiego Leninowskiego Komunistycznego Związku Młodzieży – WŁKSM), który z kolei dawał szansę zostania komunistą, czyli członkiem partii komunistycznej (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – KPSS). Rządzący tworzyli ramy rozwoju swojego „idealnego” społeczeństwa, a za przestrzeganie narzuconych reguł odpowiadały całe wyspecjalizowane struktury ideologiczno-polityczne: Komsomoł (w przypadku młodzieży), partia (w przypadku ambitniejszych dorosłych), związki zawodowe w przypadku wszystkich pracujących (a warto pamiętać, że w ZSRR panował obowiązek pracy), Milicja i oczywiście osławiony Komitet Bezpieczeństwa Państwowego (KGB). Niepokornych pozbawiano szans rozwoju i kariery, każąc koncentrować się na problemach egzystencjalnych. Zamykano ich bez wyroków w psychuszkach (szpitalach psychiatrycznych), z wyrokami wysyłano do Gułagów (obozów pracy) lub po prostu lokowano w więzieniach. Nie musiano też przejmować się wyborami, gdyż rządząca partia nie miała opozycji. Ważniejsza niż rzeczywiste wyniki wyborów była frekwencja. Ludzi do elekcji zachęcano więc… kiełbasą. Dosłownie! Aby przekonać ich do wyjścia z domów, robiono im za ich własne pieniądze prezenty: tuż przed wyborami wrzucano do handlu deficytowe towary w bardzo atrakcyjnych cenach. Pozbawiony refleksji „suweren” cieszył się, że dostaje od władzy prezent, lecz nie rozumiał, że sam go sobie kupił…

System był wredny, lecz bardzo sprawny i istniałby do dziś, gdyby nie działania odgórne przywódców państwa. Za sprawą ambitnego i mocno zakompleksionego Michaiła Gorbaczowa postanowiono poeksperymentować ze społeczeństwem, zapominając, że eksperymentują na fundamencie konstrukcji, tworzonej przez trzy pokolenia. Najpierw wydano walkę alkoholizmowi i pijaństwu – suchoj zakon (wybitnie podłe i dotkliwe sankcje niejednokrotnie dopadły i mnie…). Kiedy władza wytrzeźwiała i wycofała się z realizacji tego nieludzkiego projektu, wymyślili przyspieszenie rozwoju ekonomicznego czyli – uskorienije. Kiedy i to zakończyło się klapą (bo po co „przyspieszać deficyt”), wymyślono rzecz najgłupszą – „jawność” życia społecznego – głasnost. Pozbawiony umiejętności samodzielnego myślenia naród uwierzył i w to. Skutek był iście rewolucyjny: z narodem i państwem radzieckim nastąpiło coś, co i ówcześni politolodzy, i obecni historycy zgodnie określają terminem „Piździec”.

Gdyby nie reformy Gorbaczowa (reformy bezsensowne z punktu widzenia interesów jego państwa, doprowadziły przecież do rozpadu imperium ZSRR) nie mielibyśmy wyborów z 4 czerwca 1989 r. Nie byłoby zwycięstwa Solidarności, gdyby nie Okrągły Stół i Magdalenka. Nie byłoby świętowania „trzydziestu lat wolności”, gdyby nie głęboki patriotyzm gen. Jaruzelskiego i gen. Kiszczaka, otwartość Millera i Kwaśniewskiego, mądrość Michnika i Urbana, Mazowieckiego i Geremka, charyzma Wałęsy, no i postawa samego Gorbaczowa… Zwróćcie uwagę, że wszystkie wymienione tu osoby (żyjące i nieżyjące) są przedstawiane przez propagandę obecnego reżimu jako „wrogowie” wolności, a inna ich ocena stoi w sprzeczności z obowiązującą „racją stanu” i jest przez rządzących zwalczana. Narzucanie nam „szlaków myślowych” i profilowanie ich za pomocą rządowych środków przekazu nie jest niczym innym, jak kolejną odsłoną indoktrynacji politycznej. Przez 30 lat zmieniły się jedynie jej narzędzia, ale nie rządzące nią mechanizmy.

Zamieniliśmy Radę Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG) na Unię Europejską (wiem, wiem, przeginam, ale bardzo świadomie – prowokacyjnie), Układ Warszawski na NATO. Zmieniliśmy swój protektorat (czyt. dobrowolnie ograniczyliśmy swoją suwerenność) z nieistniejącego ZSRR na USA. Owszem, pozbyliśmy się z kraju żołnierzy Armii Czerwonej, ale zastąpiliśmy ich żołnierzami amerykańskimi. I prosząc, by było ich jeszcze więcej, chcemy płacić za ich obecność! O jakiej więc suwerenności mówimy? Konstytucja stała się martwym dokumentem. Ludzie latami gniją w aresztach wydobywczych. Zamiast kasty pracowników PZPR, wzięliśmy na siebie koszty utrzymania środowiska znacznie w utrzymaniu droższego – kleru katolickiego, z jego fabrykami pieniędzmi (kościołami), szkołami (seminariami), ośrodkami wypoczynkowymi (klasztorami) i pałacami ich kastowych baronów (biskupów). Jeśli pamiętają państwo słusznie minione czasy PRL, to proszę pomyśleć: czy którykolwiek sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR mieszkał w pałacu równym najskromniejszemu chociażby pałacykowi współczesnego polskiego biskupa?

Zamiast pomników „wybitnych przywódców ruchu robotniczego” stawiamy pomniki Kaczyńskiemu i JP2. Dzieci indoktrynowane są światopoglądowo od przedszkola, role pierwszych sekretarzy gminnych organizacji partyjnej wzięli na siebie proboszczowie. Umysły – zupełnie jak do 1989 r. – zniewala publiczna telewizja. A suweren… Tu nic się nie zmieniło: ogłupiały dalej cieszy się przed wyborami z prezentów, kupowanych za jego pieniądze.

Jest 4 czerwca. Siedzę na balkonie i doję trzecie zimne piwo. Po drugim poprawił mi się wzrok i coraz wyraźniej widzę, jak już nadchodzą – lata 50.
Dariusz Cychol

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Dariusz Cychol

Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).