Być jak Bartek Arłukowicz

Mandaty rozdane, europosłowie elekci z zaświadczeniami PKW czekają na lipcowe zaprzysiężenie w Parlamencie Europejskim, a reszta na wybory do Sejmu i Senatu. I już ostrzą sobie zęby i pazury do jesiennej walki. Przynajmniej dla części polityków na śmierć i życie.

Opozycja wciąż nie wyciągnęła prawidłowych wniosków z parlamentarnej klęski w 2015 r. ani samorządowej przegranej w 2018 r. Toteż i wstępne komentarze do porażki w europejskich wyborach mocno rozmijają się z rzeczywistością. Znowu słychać starą śpiewkę, że brzydki PiS wygrał kupionymi za 500+ i 13. emeryturę głosami słabo wykształconych, małomiasteczkowych i wsiowych nierobów-dzieciorobów, którzy nie potrafią docenić dyskretnego uroku burżuazji. Z uporem wartym lepszej sprawy Koalicja Europejska nie przyjęła do wiadomości, że PiS dba o swój elektorat, czyli klasę niższą, która przez inne partie, kiedy rządziły, była nie tylko pozbawiona korzyści płynących z transformacji, ale też pogardzana. W 2015 r. dostała obietnicę kasy i obietnica ta została zrealizowana. To był prawdziwy szok, bo od 1989 r. wyborcza kiełbasa była jedynie do wąchania w czasie kampanii, ale bynajmniej nie do jedzenia po wyborach. W dodatku opozycja szła w zaparte, że budżet tego nie wytrzyma, co zostało przez elektorat odebrane jako kolejne kłamstwo, bo jednak wytrzymał. Wprawdzie po trzech latach 500+ zmieniło się w jakieś 300+, ale nawet realnie mniejsza kasa jest lepsza od żadnej.

Jednak nie tylko pieniądze dały kaczystom sukces. Równie ważny był szacunek, którego robotnicy i chłopi ostatni raz doświadczyli w PRL, kiedy – przynajmniej w hasłach – stanowili sól ziemi i fundament pomyślnego rozwoju kraju. Toteż gremialnie ruszyli do urn, by bronić swojego nowego, lepszego statusu. Zarówno materialnego, jak i społecznego. Wynik PiS zrobiła wysoka frekwencja na wsi i w małych miasteczkach, gdzie głównie mieszkają beneficjenci rządowej polityki socjalnej czy raczej rozdawniczej. Wcześniej w wyborach europejskich nie głosowali, ale Kaczyński skutecznie ich postraszył, że jeśli wygra opozycja, stracą wszystko, a wybory opierają się na emocjach. Koalicja Europejska nie potrafiła ich wzbudzić. Do tego PiS miał na listach więcej znanych nazwisk i bardziej przekonującą kampanię ze spójnym przekazem, który przez partyjnie zawłaszczoną TVP precyzyjnie trafiał do celu.

Hasła KE („Przyszłość Polski – wielki wybór”) nie zapamiętali nawet startujący z jej list, choć przepytywani bez najmniejszego trudu potrafili powtórzyć hasło PiS („Polska sercem Europy”). Tak to już jest, kiedy kampanię wyborczą robią amatorzy zamiast fachowców, o czym boleśnie przekonał się prezydent Komorowski w 2015 r.

Niezwykle interesująca jest analiza kampanii największego wygranego i największej przegranej europejskich wyborów. Choć w KE najwięcej głosów zdobył prof. Jerzy Buzek (422 tys. głosów), najbardziej spektakularny sukces odniósł Bartek Arłukowicz. Zdobywając z drugiego miejsca 240 tys. głosów, tj. prawie 2,5 raza więcej niż „jedynka”, zdeklasował konkurentów i na własnej liście, i na pisowskiej. Był to wynik organicznej pracy prowadzonej w terenie od trzech lat. A w samej kampanii jego Team Bartek dosłownie szalał. Jeździł do powiatów, gmin, ale i najmniejszych wiosek, bo – jak mówi – „zakurzone buty to klucz do kampanii”. I zdobył głosy także w teoretycznych bastionach PiS, bo wyborcom spodobał się żywy polityk, który osobiście przyjechał, posłuchał, pogadał, zjadł, a czasem i wypił. Naturalnie herbatę po ciężkim dniu.

Wizerunkowo największą przegraną, i to nie za sprawą słabej kampanii, jest posłanka Joanna Scheuring-Wielgus, startująca w Warszawie z drugiego miejsca za Robertem Biedroniem. Miała być europarlamentarzystką po jego rezygnacji z mandatu, ale nie ma szans, bo więcej głosów zdobyła prof. Monika Płatek. Oczywiście jej mandat też nie jest pewny, bo nie wiadomo, czy przewodniczący Wiosny faktycznie zrezygnuje. Wszystko zależy od notowań Biedroniowej partii, która jest obecnie na równi pochyłej i jesienią może już nie przekroczyć progu wyborczego.

Ale wracając do Scheuring-Wielgus. Po wizycie u papieża Franciszka z raportem o przypadkach pedofilii w polskim Kościele i uruchomieniu interaktywnej „Mapy kościelnej pedofilii w Polsce”, stała się, i słusznie, niezaprzeczalną gwiazdą. Jednak kilka dni przed wyborami „Fakt” ujawnił, że trzy lata wcześniej, przeprowadzając się z domu do mieszkania, oddała swoje dwa psy do schroniska. I pewnie rozeszłoby się po kościach, gdyby nie katastrofalne tłumaczenie w mediach społecznościowych, gdzie napisała: „zamiast przywiązać do drzewa, uśpić lub zostawić na autostradzie – co niestety się zdarza – znalazłam moim ukochanym psiakom Czarnej i Mambie dom w dobrym schronisku dla zwierząt”. Tego obrońcy zwierząt nie mogli już znieść. Na Joannę spadła ogromna krytyka. W jednej chwili jej dotychczasowe osiągnięcia przestały się liczyć i zostały tylko biedne, skrzywdzone psy. Przypadek ten powinien być przestrogą dla wszystkich, bo pokazuje, jak śliska jest polityczna droga, jak trudno zdobyć sympatię wyborców i jak łatwo ją stracić.

Przed nami wybory do Sejmu. Opozycja, żeby pokonać PiS, musi przede wszystkim zrozumieć, że za samo istnienie nic się jej nie należy. Trzeba skończyć z samouwielbieniem, poczuciem wyższości, zadufaniem i ostro brać się do roboty. Przede wszystkim jak najszybciej zdecydować o formule startu. Wbrew pozorom Koalicja Europejska się sprawdziła, bo bez niej wygrana PiS byłaby jeszcze większa. Nazwę warto zostawić, bo jest już znana, a europejskie wartości i ideały są w Sejmie niezbędne. Jeśli faktycznie PSL opuszcza Koalicję, to krzyż na drogę. Idea – opartej na wartościach chrześcijańskich i tradycji – Koalicji Polskiej jest absurdalna, bo PSL nie ma jej z kim stworzyć. W dodatku boi się nowego szyldu z 8 proc. progiem i chce iść pod własnym, zapraszając na listy ewentualnych chętnych. Na taki numer mógł sobie pozwolić prezes Kaczyński, ale nie prezes Kosiniak-Kamysz. Więc pewnie wrócą…

Pamiętając, że antypisowska retoryka nie zastąpi sensownego programu, trzeba go szybko napisać i rozpropagować. Jest to trudniejsze niż w wyborach europejskich, ale możliwe. Nie ma większych rozbieżności w sprawach polityki senioralnej, emerytalnej, reformy ochrony zdrowia, przestrzegania konstytucji. W innych sprawach trzeba się dogadać. W kwestiach światopoglądowych każda z partii tworzących koalicję zachowa swoje postulaty. Dla SLD na pierwszym miejscu jest w tym zakresie świeckość państwa i wynikające z tego pełne prawa kobiet i mniejszości.

Nie można, jak to było przy układaniu list do Parlamentu Europejskiego, do ostatniej chwili zmieniać kandydatów w okręgach. Startujący do Sejmu muszą wiedzieć, gdzie prowadzić kampanię wyborczą, i to już od jutra. I muszą być aktywni, jak Bartek Arłukowicz, Danuta Hübner, Ela Łukacijewska, a nie po prostu być, jak choćby Włodzimierz Cimoszewicz. To warunek konieczny. Czy wystarczający? – przekonamy się 13 października.
Do zobaczenia „w terenie”!

prof. Joanna Senyszyn

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Joanna Senyszyn

Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).