Dziki kraj

Kiedy „samobójstwo” popełnił Kostecki, Ziobro nie podał się do dymisji. Nawet nie raczył się w tej sprawie wypowiedzieć.

Mirosław Drzewiecki, przedsiębiorca, a okresowo również poseł i minister sportu, wywołał kiedyś wielkie oburzenie stwierdzeniem, że Polska to dziki kraj. Chodziło mu o to, że Mariusz Kamiński, były szef CBA, a obecnie minister spraw wewnętrznych, zmontował, zdaniem Drzewieckiego, oparte na pomówieniach oskarżenia wobec niego. Po wybuchu wymyślonej przez Kamińskiego afery zmarła matka Drzewieckiego, bo nie wytrzymała napięcia nerwowego. Kamiński został później skazany za zniesławienie Drzewieckiego, a także za przekraczanie uprawnień (tj. używanie państwowych służb do własnych celów politycznych), ale nie poszedł siedzieć, bo przed prawomocnym wyrokiem „ułaskawił” go jego kumpel, wybrany akurat na prezydenta RP. Drzewiecki twierdził, że w Polsce władza może zmieszać człowieka z błotem w imię czyichś korzyści politycznych i nikt nie ponosi za to odpowiedzialności. Bo Polska jest dzikim krajem.
Przyznam, że diagnozę Drzewieckiego zasadniczo podzielam. Tak właśnie działa Polska, kiedy do władzy dopuszcza się w niej pisowców. Zmienia się wówczas w rusopodobną polityczną autarkię, w której utrzymanie władzy przez bandę złożoną z ludzi pokroju „latającej Penelopy” (zwanej też „Air Force Two”). Staje się celem nadrzędnym funkcjonowania państwa, które nie potrzebuje już innych bodźców dla swojego rozwoju. Po prostu władza dla władzy i państwo dla władzy. To władza decyduje o całości życia obywateli, władza naznacza wrogów i władza ich niszczy, niezależnie od tego, czy są czemukolwiek winni, czy nie.

Przykład z ostatnich dni to nazistowska w formie i treści nagonka na osoby LGBT. Jak donoszą wiewiórki, w centrali pisowskiej prokuratury powstała nawet ostatnio specjalna komórka do inwigilowania osób LGBT, której zadaniem jest zbieranie „haków”, mających przekonać lud, że osoby LGBT są szczególnie groźne i niebezpieczne (każde kłamstwo wymaga ziarenka prawdy, jeśli ma być wiarygodne, np. Żydzi w Niemczech przed wojną istotnie mogli przenosić zarazki, jak głosiła propaganda; dokładnie tak samo, jak „Aryjczycy”, ale o tym już nie wspominano). Nie wiem, czy wiewiórki mówią prawdę. Wiem natomiast, że władza szykuje się do kolejnych ciosów propagandowych i niszczenia ludzi za pomocą atrapy prokuratury i podległych sobie sądów. I wcale się z tym nie kryje. Ot, choćby Kaczyński: chciałby zakazać marszów równości, ale uchyliłaby to Unia oraz sądy, będzie więc walczył o to, by manifestacje LGBT „spokojnie ograniczyć”. Pytam: Kaczyński, a może od razu do getta, co? Polska jest więc „dzikim krajem”, czego dramatyczne objawy pokazały fakty z ostatnich dni.

Ośmiornica podkarpacka

Przez media przetoczyła się jakiś czas temu tzw. afera podkarpacka. Co wyciekło do prasy w tej sprawie? Otóż w prowadzonych na bogobojnym Podkarpaciu burdelach nagrano cztery tysiące filmów z pożycia seksualnego klientów z nieletnimi prostytutkami. Nagranych szantażowano. Wśród nich byli politycy, wiceminister obrony, policyjni notable (w tym z CBŚ) tudzież arcybiskup. W mediach pojawiły się informacje, że wśród nagranych figlarzy miał być również Marek Kuchciński z PiS, do niedawna marszałek Sejmu i czołowy przedstawiciel tzw. PiSancjum, którego dupę musiała odrywać od stołka opinia publiczna. Kuchciński najpierw milczał, a następnie zaprzeczył i zareagował pozwem przeciwko wydawcy tygodnika „Nie”. Bez obejrzenia nagrań trudno jest potwierdzić albo zaprzeczyć, czy Kuchciński rzeczywiście dopuścił się obcowania płciowego z nieletnią prostytutką. Nie zmienia to faktu, że tego rodzaju afera powinna być dogłębnie wyjaśniona, bo mówimy tu o ryzyku szantażowania czołowego polityka partii władzy.

A tymczasem… W zakładzie karnym podległym pisowskiemu ministrowi Ziobrze samobójstwo miał popełnić Dawid „Cygan” Kostecki, który ujawnił aferę podkarpacką w 2012 r. Jest to trzecie „samobójstwo” świadka w tej sprawie. Na dodatek Kostecki miał się powiesić… na leżąco, a na jego szyi ujawniono ślady po wkłuciu. Jest oczywiste, że w takim przypadku minister sprawiedliwości składa dymisję. Tak postąpił w 2009 r. prof. Ćwiąkalski, ostatni minister sprawiedliwości, który miał pojęcie o resorcie, którym przyszło mu kierować. Po samobójstwie osadzonego Roberta Pazika, skazanego na dożywocie za udział w zabójstwie Krzysztofa Olewnika, Ćwiąkalski złożył dymisję, a premier Tusk ją przyjął. Takie są standardy w cywilizowanych państwach.
Kiedy „samobójstwo” popełnił Kostecki, Ziobro nawet nie raczył się w tej sprawie wypowiedzieć (może to zresztą i lepiej, bo pewnie usłyszelibyśmy, że śmierć Kosteckiego to wina LGBT albo Tuska), a jego zastępca Wójcik jął opowiadać pierdoły o tym, że ludzie w zakładach karnych umierają. Wyjaśniam Wójcikowi: facet, przestań z ludzi robić kretynów. Idiotyzmem jest twierdzenie, że śmierć kluczowego świadka (trzeciego już!) w aferze, która może wysadzić twój rząd w powietrze, to po prostu jedna z wielu śmierci w zakładzie karnym. Wójciku, ludzie umierają również od zatrucia gazem, ale chyba dostrzegasz różnicę pomiędzy zatruciem gazem i komorami gazowymi? Skandalem jest opowiadanie społeczeństwu takich bzdur. Jest to taki sam skandal, jak wmawianie społeczeństwu, że Tusk latający rejsowym samolotem w klasie ekonomicznej do Gdańska to taki sam przypadek, jak „Penelopa” latająca z całą rodziną i znajomkami luksusowym, państwowym gulfstreamem na partyjne spotkania i weekendy. Tego rodzaju propaganda nie jest już nadużyciem, lecz zwyczajną paszą dla półdebilów.

Problem polega na tym, że Kostecki wprost wskazywał na powiązania prowadzących podkarpackie burdele z CBŚ (elitarna formacja policji, która „odkrywa afery”, przypadkowo potrzebne PiS dla medialnego przykrycia ich nieudolności i draństw); że Kostecki trafił w 2015 r. ciężko pobity do szpitala; że Kostecki zeznawał, iż funkcjonariusze państwa kryli burdele prowadzone przez braci R. (nagrywających klientów); że wreszcie jest to trzecie „samobójstwo” w tej sprawie, a bracia R. dostali zadziwiająco niskie wyroki. Okoliczności sprawy mają potworny, mafijny posmak i śmierdzą działaniami charakterystycznymi dla rosyjskich służb specjalnych.

Łańcuch przypadków?

Ale to nie koniec. W tym samym czasie „śmiercią naturalną” zmarł Brunon Kwiecień, osadzony w zakładzie karnym wskutek skazania za przygotowywanie zamachu bombowego na Sejm, do którego miało dojść w 2012 r. Kwietnia skazano w 2015 r., starał się o warunkowe zwolnienie z odbycia reszty kary i dziwnym trafem zarzekał się, że nie zamierza popełniać samobójstwa. Kwiecień relacjonował, że do zamachu bombowego na Sejm został namówiony przez agentów tajnych służb (sąd później ustalił, że był „tylko” prowokowany w celu ujęcia i postawienia mu zarzutów). Dodajmy – chodziło o te same służby, które teraz tak ochoczo spełniają rozkazy swoich władców, ministrów z PiS. Warto podkreślić, że Kwiecień ostatecznie nie próbował dokonać zamachu, lecz wycofał się w ostatniej chwili. Pomimo to został jednak oskarżony i skazany. Proces sądowy zakończył się już za czasów PiS. Kwiecień nie ukrywał swojej niechęci do rządów PO i deklarował zainteresowanie „wariantem Breivika”. Czy nie odnoszą państwo wrażenia, że trochę za dużo tu przypadków? Może jeszcze dodajmy, że podczas procesu przed Sądem Okręgowym w Krakowie Kwiecień uskarżał się na stronniczość sędzi (dodajmy, że w trakcie tego procesu sędzia Aleksandra Almert skierowała skargę dyscyplinarną na… Zbigniewa Ćwiąkalskiego jako obrońcę, który miał ujawniać informacje z… jawnej rozprawy), a na rozprawie apelacyjnej, w wyniku której obniżono wymierzoną Kwietniowi karę, prokuraturę reprezentował… Mariusz Krasoń. Tak, ten sam, którego następnie zesłano do prokuratury odległej o setki kilometrów od miejsca zamieszkania, co wywołało liczne protesty środowisk prawniczych z Polski i zagranicy. Ileż koincydencji!
Państwo staje się „dzikie” nie wskutek jawnego zgnicia jego struktur. Dziczenie państwa odbywa się po cichu. Jest rezultatem setek pozornie niepowiązanych ze sobą zdarzeń, prowadzących do tego, że któregoś dnia budzimy się w czymś, czego obyczaje bardziej kojarzą się z rosyjskimi stepami niż ze stabilnymi demokracjami. Zdziczenie Polski to nie tylko pijana hołota, wyzywająca na ulicach maszerujących w obronie demokracji i równości uczestników marszów takich jak białostocki, ale również struktury państwa, które zostają przeorientowane z ochrony praw obywateli na ich inwigilowanie i zabijanie (w tym „samobójstwa”). Polska zdziczała. I to jest główna wina PiS.
Jerzy Dolnicki

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity