Jak nie zostaliśmy Chińczykami

Trzydzieści lat w III Rzeczypospolitej minęło jak jeden dzień. Strzeliły korki win musujących, wybuchły liczne gejzery zadowolenia, rząd sflaczałych piersi wypiął się w kierunku spodziewanych orderów.

Na początku czerwca Polacy ruszyli do świętowania urodzin III RP. Masowo i znów pokłóceni. Już demonstracyjnie nie podają sobie rąk na powitanie, ale jeszcze do siebie nie strzelają. Świętują wspólny sukces, ale osobno, każdy na swoim własnym terytorium.

A jest co świętować, bo pomimo licznych cieni III Rzeczypospolitej, te ostatnie 30 lat to jeden z najlepszych okresów w dziejach naszego państwa. 30 lat bez wojny, 27 lat nieustającego wzrostu gospodarczego, 15 lat bogacenia się dzięki obecności w Unii Europejskiej.
Sukces potwierdzany przez liczne wskaźniki polskiego wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego. Łatwo postrzegany też na co dzień.
Sukces zapoczątkowany rzadkim w naszej historii porozumieniem elit politycznych. Autorytarnej, słabnącej władzy z elitami opozycyjnego ruchu demokratyzującego system. Porozumieniem naczelników więzień z przywódcami niedawno zamykanych więźniów. Porozumieniem tak efektywnym, że doczekało się ono wielu spiskowych teorii, uzasadniających sens i istotę jego powstania. Najgłośniejszą ostatnio jest ta Andrzeja Gwiazdy, jednego z liderów pierwszej Solidarności (tej z 1980 r.), upowszechniana niedawno w mediach przez prezydenckiego doradcę, profesora Andrzeja Zybertowicza. To teoria rozszyfrowująca umowę Okrągłego Stołu jako spisek byłych szefów służb specjalnych ze swymi agentami, zainstalowanymi wcześniej w kierownictwie opozycji.

Prawda jest inna
Do tamtego porozumienia doszło, bo ówcześni „naczelnicy więzienia” wiedzieli, że kierowany przez nich zakład znalazł się na skraju ekonomicznego bankructwa. A przywódcy opozycji dostrzegli, że społeczeństwo, na które stale się powoływali, przestaje już ich popierać. Dlatego w zamierzeniu obu stron porozumienie Okrągłego Stołu miało zacząć reformować system polityczny. Ewolucyjnie zmieniać tamten pierdel na wymarzony zakład wczasów pracowniczych.
Ale zaraz po wyborach 4 czerwca społeczeństwo zapragnęło szybszych zmian i zamiast planowanego czteroletniego okresu reform politycznych i gospodarczych, dogadane elity zafundowały społeczeństwu system demokracji parlamentarno-gabinetowej i szokowy skok w gospodarkę ultraliberalną.
Był to skok do zimnego basenu gospodarki rynkowej bez lekcji nauki pływania i bez kamizelek ratunkowych. Nic dziwnego, że wielu ówczesnych „skoczków” poszło wtedy na życiowe dno. Mimo wszystko jednak większość utrzymała się na wodzie.

Nowa klasa średnia
Powszechnie w Polsce uważa się, że najwięcej na transformacji ustrojowej zyskała w Polsce „partyjna nomenklatura”, która uwłaszczyła się na zagarniętym przez siebie majątku państwowym.
Fakty przeczą tym popularnym mitom. Jeśli za „partyjną nomenklaturę” uznamy pracowników aparatu partyjnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, czyli sekretarzy Komitetu Centralnego, sekretarzy Komitetów Wojewódzkich, pracowników Wydziałów Komitetu Centralnego i Komitetów Wojewódzkich, to w szeregach biznesu prywatnego III Rzeczypospolitej nie znajdziemy takich. Z kilku powodów.
Pakiet ustaw, zwany planem Balcerowicza, radykalnie otworzył polską gospodarkę na zagraniczny, głównie zachodnioeuropejski kapitał. Prywatyzowano polski przemysł, sprzedając go zagranicznym koncernom. Nie przejmowały go polskie grupy interesów, klany rodzinne, grupy byłych działaczy partyjnych. Tak jak to się stało na Ukrainie i w Rosji, gdzie w efekcie powstała warstwa oligarchów, kontrolujących swe gospodarki i państwa. W Polsce przyjęte prawodawstwo i zachodnie koncerny wykluczyły możliwości takiego uwłaszczenia się oligarchii.
Po 30 latach możemy dyskutować, czy lepsze było, że polski wielki przemysł wpadł w ręce zagranicznych koncernów, czy lepiej byłoby wyhodować krajowych oligarchów?
Porównanie Polski z Ukrainą skłania ku opcji zagranicznych koncernów. Ale już porównanie Polski z Koreą Południową wywołuje jakiś żal za posiadaniem narodowych przedsiębiorstw.
Tak czy inaczej, w efekcie transformacji powstała w naszym kraju własna nowa klasa średnia, klasa biznesmenów. Właścicieli średnich i małych przedsiębiorstw. Wśród nich też nie znajdziemy byłych pracowników aparatu partyjnego PZPR, zwłaszcza tych z wydziałów ideologicznych. Oni po transformacji ustroju najczęściej przeszli na emerytury. Nie głodowali, ale też i nie spędzali resztek życia pod palmami. Zresztą ludzie po studiach humanistycznych i pracy w aparacie partyjnym nie nadawali się do biznesu. Nawet do prowadzenia sklepu w warunkach narastającej konkurencji.
Nową klasę średnią współtworzyła inna grupa dawnej „partyjnej nomenklatury”. Partyjni dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw, kadra inżynierska i socjalistycznych „menedżerów”. Oni mieli ekonomiczne przygotowanie zawodowe, fachowe wykształcenie, kontakty osobiste oraz znajomość branży, w jakiej wcześniej pracowali.

Z SB do biznesu
Inną (sporą) grupą, która zajęła się po 1989 r. biznesem, stanowili pracownicy służb specjalnych. Służby Bezpieczeństwa, zajmującej się wcześniej śledzeniem i ochroną wywiadowczą państwowych central handlu zagranicznego oraz firm współpracujących z zagranicą. Dzięki temu znali nie tylko realia zachodniej gospodarki rynkowej, ale także języki obce, kulturę biznesową, zasady księgowości. Bywali też i tacy, którzy znakomicie odnaleźli swe miejsce biznesowe, wykorzystując wcześniejsze znajomości ze służbami radzieckimi, czasem z innych krajów socjalistycznych.
W Polsce Ludowej oficerowie SB i pionów gospodarczych Milicji Obywatelskiej śledzili też ówczesnych prywatnych przedsiębiorców. Legalnie działających „badylarzy”, czyli właścicieli farm ogrodniczych, właścicieli przeróżnych wytwórni, restauracji i pensjonatów, a w latach 80. przedstawicieli sporych „firm polonijnych”.
Śledzili też nielegalny biznes, zwłaszcza zarabiających na wymianie walut „cinkciarzy”. Często już wtedy brali łapówki za ich „opiekę”. Potem zdarzały się firmy z kapitałem początkowym dostarczonym przez śledzonego i kontaktami biznesowymi posiadanymi przez śledzącego.
Nie wszystkie tak powstałe firmy przetrwały przez minione 30-lecie. Systematyczny napływ zachodnich, silniejszych finansowo i organizacyjnie firm, marginalizował nasze krajowe. By się utrzymać na rynku, często stawały się kooperantami większego partnera, szukały nisz rynkowych dla przetrwania, albo bankrutowały.
Czarni i elity
Dwie warstwy społeczne bez wątpienia zyskały na tamtej transformacji i wzbogaciły się w ostatnim trzydziestoleciu. Pierwsza grupa to kler, pracownicy instytucji polskiego Kościoła katolickiego. Kościół aktywnie uczestniczył w przygotowaniu porozumienia Okrągłego Stołu. Był „notariuszem” konkurujących politycznie stron – partyjno-rządowej i opozycji solidarnościowej – i pobrał sute opłaty za swoje usługi. Pobrał je w 1989 r. i pobierał w czasie trwania III Rzeczypospolitej. Dzięki temu stał się największym właścicielem ziemi w nowej Polsce. I największym beneficjentem dopłat z Unii Europejskiej dla rolników.

Drugą warstwą, która zyskała na zmianie ustroju jest polska inteligencja. Ona nie stworzyła własnych, wielkich koncernów. Nie uwłaszczyła się na ukradzionym majątku państwowym. Zawłaszczyła za to, opanowała administrację państwową i samorządową. Zawłaszczyła media publiczne i zdominowała media komercyjne. W gospodarce odnalazła się jako warstwa pracująca dla zagranicznego kapitału.
Jeśli popatrzymy na kadrę zarządzającą krajowymi i zagranicznymi bankami, to zwykle najpierw byli to wykształceni za granicą ludzie z rodowodem PZPR albo „socjalistycznych związków młodzieży”, a potem z rodowodem „opozycji antykomunistycznej’. Czasem w jednym zarządzie banku zgodnie pracowali ci i ci.
Bo do porozumienia Okrągłego Stołu doszło w wyniku porozumienia inteligentów z ówczesnej władzy z inteligentami z ówczesnej opozycji. Rozmawiali oni wtedy jak polski inteligent z polskim inteligentem.
W interesie obu inteligenckich grup było powstanie suwerennego państwa, demokratycznego systemu politycznego. Zniesienie cenzury, przywrócenie praw człowieka. Na sprawach ekonomii liderzy obu stron nie znali się. Jak na polskich postszlacheckich inteligentów przystało. Dlatego wynajęli „pana ekonoma”, czyli profesora Leszka Balcerowicza. Jak dalej było, już wiecie.

Tworząc III RP, nie poszliśmy własną drogą, jak Chińczycy czy Rosjanie. Skopiowaliśmy stary model demokracji i gospodarki liberalnej. Odtworzyliśmy ją w Polsce, kiedy na szybciej rozwijającym się świecie zaczęła być uważana za przeżytek. Ale to osobny temat.
Piotr Gadzinowski

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Piotr Gadzinowski

Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).