Jak zostałem zoologicznym antyklerykałem

Antyklerykałem musiałem zostać. Urodziłem się przecież w świętym mieście Częstochowie, dwadzieścia minut od Jasnej Góry, idąc na skróty.
Urodziłem się w rodzinie jak najbardziej katolickiej. Mój tatuś, piekarz prywatny, został w 1979 r. wyznaczony przez najwyższe władze kościelno-partyjne do pieczenia chleba niepowszedniego, bo na powitanie papieża Jana Pawła II. Poza tym dotował codziennymi bochnami Niższe Seminarium Duchowne z ulicy Piotrkowskiej, a mamusia moja dodatkowo dożywiała seminarzystów bułkami jagodziankami. Miała dwóch proboszczów w rodzinie i wiedziała, jak krótki potrafi być stół pański w domach sług jego.

Dzieciństwo upłynęło mi szczęśliwie w trójkącie: dom/szkoła – katedra pod wezwaniem Najświętszej Rodziny – kino „Bałtyk”. Katedra Świętej Rodziny, największy wtedy kościół w kraju, była siedzibą naszej parafii. Na początku lat 60. XX w. w szeregach ław kościelnych nasza rodzina miała tam swoją ławkę. Taki VIP room.

Cud jasnogórski

Warto przypomnieć, że wtedy normalni częstochowianie na msze niedzielne na Jasną Górę nie chodzili. Z wyjątkiem administracyjnie przypisanych do parafii jasnogórskiej. Pozostali mieli swoje parafialne kościoły. Normalne, nie tak festyniarskie jak Jasna Góra. Pod szczyt chodziło się na pasterkę, albo z przyjezdnymi. Rodziną lub znajomymi. Tak jak miejscowi w Krakowie chodzą na Wawel, w Warszawie na Zamek Królewski, a we Wrocławiu na Panoramę Racławicką.

Szło się tam, aby pokazać im wały, skarbiec i kaplicę z Najświętszą Panienką, zwłaszcza kiedy cudowny obraz odsłaniali. Uprzedzając, aby wtedy bacznie pilnowali swych portfeli, bo kieszonkowcy zawsze na Jasnej Górze grasowali, a zwłaszcza w kaplicy podczas podniesienia.
W katedrze Najświętszej Rodziny zostałem ochrzczony, czego nie pamiętam, przyjąłem pierwszą komunię, co trudno zapomnieć, a nawet zostałem tam bierzmowany. Z tego sakramentu pozostało mi dodatkowe imię, jakie wówczas przyjąłem. Maksymilian, w skrócie Max. Ku czci ojca Kolbego. Był on wtedy bardzo modny, bo kościelni i partyjni propagandziści przypominali jego śmierć w Oświęcimiu, na złość ówczesnym Niemcom, kwestionującym polską granicę zachodnią. Nie wiedziałem wtedy, że ojciec Kolbe uprawiał też bliski mi potem dziennikarski zawód. Ani że był znanym żydożercą.

Łaskę wiary traciłem w kinie „Bałtyk”, którą podczas porannych mszy w katedrze jeszcze miewałem. Traciłem ją na niedzielnych porankach filmowych. Grali wtedy repertuar radziecki. „Pancernika Potiomkina” i „Aleksandra Newskiego” Eisensteina oraz, wyrabiającą wrażliwość na krzywdę ludzką, „Burzę nad Azją” Pudowkina. Grali to na przemian z francuskimi filmami o przygodach przepięknej Angeliki. Zniewalanej przez złego sułtana, innym razem dobrego króla, albo, demokratycznie, przez załogę dzielnych piratów. Niestety, godziny porannych mszy i seansów filmowych zachodziły na siebie. Próby pogodzenia kościoła z kinem, czyli początek na mszy i finał na poranku filmowym, sprawiały, że traciłem zawiązanie akcji filmu. Co czyniło jego finał nie zawsze zrozumiałym. W kinie repertuar zmieniano częściej niż w katedrze, więc z seansu na seans kino oddalało mnie od mszy i wiary w Boga. W końcu „Świat się śmieje” wygrywał z drogą krzyżową.
Ale zanim zostałem znanym ateistą, biegałem jak przykładny Polak-katolik na lekcje religii do salki katechetycznej na ulicę Katedralną. I przynajmniej raz w tygodniu do Kurii Biskupiej w alei Najświętszej Marii Panny. Byłem wtedy, nie uwierzycie, dzieckiem wątłej i anemicznej postury. Miałem lat dziewięć, a wyglądałem na sześć. Grałem na cytrze i recytowałem wiersze w dziecięcym zespole artystycznym, ulubionym przez Stefana biskupa Barełę. On to regularnie zapraszał nas do rezydencji swojej w kamienicy pod numerem 54, przez ruskich Żydów jeszcze za cara zbudowanej. Tam dla biskupa grałem i recytowałem.
I pewnie dlatego, kiedy 3 maja 1966 r. na wałach jasnogórskich Episkopat Polski dokonywał aktu oddania naszego narodu w macierzyńską niewolę Maryi, to w trakcie uroczystości pojawił się mały chudziutki chłopaczek i wyrecytował prymasowi Polski Stefanowi kardynałowi Wyszyńskiemu jedenastozwrotkowy wiersz o małym Jezusku. Za co prymas stremowanego chłopca dostojnie ucałował.
Nie był to akt molestowania seksualnego. I nie skarżę się teraz na późniejszego „Prymasa Tysiąclecia”. Bo zaraz potem, tam na wałach jasnogórskich, widzenie miałem.

Najświętsza Rodzina mi się ukazała. Józef cieśla, znany z katedralnego ołtarza, uśmiechnął się szeroko jak biskup Bareła, kiedy na cytrach mu brzdąkaliśmy. Mały Jezusek szacun mi pokazał jak chłopak z ulicy Mokrej, bo w końcu jedenaście zwrotek o nim, i bez pomyłki, bez zająknięcia się nawet, to nie w kij dmuchał. A Matka Boska Częstochowska, moja żydowska sąsiadeczka, usteczka w ciup złożyła i zaszeptała mi słodziutko: „Nie stój jak kołek. Idź i pogrzesz sobie jak najwięcej. Nie musisz już we mnie wierzyć, ani w nas. Uwierz mi, twój boski talent sprawi, że tak czy siak masz od nas odpust zupełny. Bądź pozdrowiony, Piotrusiu. Wiedz, że zbawion będziesz”.
Tak to 3 maja 1966 r. wolą z nieba zostałem ateistą. Bóg tak chciał. O czym Matka Boska zaświadczyć może.

Cud „Nie”

Zanim zostałem zoologicznym antyklerykałem, żyłem sobie jak spokojny, katolicki ateista. W bogów, a zwłaszcza w ich kościół, już nie wierzyłem. W religijnych obrzędach nie uczestniczyłem. Ale też wina mszalnego nie podkradałem. Księżom karteczek ze sprośnymi hasłami na plecach nie przylepiałem. Kapiszonów w nawach kościelnych nie rozsypywałem, ani nawet atramentu do chrzcielnic sekretnie nie wlewałem. Nie byłem tradycyjnym dowcipnisiem, jakimi wtedy wielu moich wierzących nadal kolegów bywało.

Jeszcze na początku 1981 r. polski Kościół katolicki był mi kulturowym skansenem, który już opuściłem. Odpustowym, pulchnym dobrodziejem z pąsowymi, nalewkowymi policzkami. Jednak już wiosną 1981 r. coraz częściej dostrzegałem, jak ci księża-dobrodzieje zaczynają podkradać nam wielki, reformatorski ruch społeczny, czyli Solidarność. Doklejać mu znak krzyża. Nadawać mu nacjonalistyczne, prawicowe tony. Zatruwać go hasłami „rekonkwisty”, czyli walki ze świeckim państwem.

Moi warszawscy, liberalni przyjaciele zakochali się wówczas w polskim Kościele katolickim. Ci nieochrzczeni, już dorośli demonstracyjnie przystępowali do chrztu. Wieloletni, często dzietni już małżonkowie brali uroczyste kościelne śluby. Odbywali zaległe rekolekcje, udzielali się w kołach różańcowych. Wierzyli wtedy oni, że polski Kościół będzie miał twarz mądrą księdza Józefa Tischnera.
Kiedy przestrzegałem ich, że za intelektualnym księdzem-filozofem skrywa się pazerny Ojciec Dyrektor Rydzyk, a za nim armia ksenofobów, to od początku lat 90. słyszałem charakterystyczną litanię: „Jesteście zoologicznie antyklerykalni”.

Najśpiewniej odmawiał ją wtedy Adam Michnik. Kiedy strofował swojego starego przyjaciela Jerzego Urbana, mojego byłego szefa. Wtedy też publicyści „Gazety Wyborczej” obrzydzali dziennikarzy tygodnika „Nie”, aktywistów antyklerykalnego ruchu „NIE”, parlamentarzystów z SLD, protestujących przeciwko narzucaniu Polsce konkordatu.

Porównywaliśmy konkordat do konia trojańskiego, podstępnie wprowadzanego do naszego państwa. Zbudowaliśmy nawet makietę takiego „Końkordata” i demonstrowaliśmy z nim pod Sejmem w czasie pochodów pierwszomajowych. I kiedy napadały na nas prawicowe bojówki, to liberalni publicyści „GW” wymownie milczeli. Nie chcieli solidaryzować się z takimi „zoologicznymi antyklerykałami”.
Dwadzieścia pięć lat od czasów tamtych demonstracji minęło. Piętnaście lat od czasu naszej akcesji do Unii Europejskiej. Dzisiaj polski Kościół katolicki ma jawnie pazerne twarze Rydzyków, pijackie Głódziów i pedofilskie Jankowskich. Film „Kler”, prezentujący dorobek antyklerykalnych „Faktów i Mitów”, „Nie”, „Trybuny” stał się najpopularniejszy w naszym kraju.

Dzisiaj okazuje się, że uczciwy, przyzwoity człowiek powinien trzymać się jak najdalej od zepsutych moralnie instytucji polskiego Kościoła. Powinien być „zoologicznym antyklerykałem”.

Tak Bóg i jego Matka chcą.
Piotr Gadzinowski

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Piotr Gadzinowski

Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).