Kościelne drogowskazy

Wspólną cechą drogowskazów jest to, że nie podążają w kierunku, który wskazują. Wszelkiej maści tzw. autorytety moralne są tak zajęte posłannictwem pouczania ludzkości, że nie wykazują nawet najmniejszej chęci, by osobiście stosować się do tworzonych przez siebie zakazów i nakazów. A może po prostu mają świadomość ich absurdalności i bezsensu?

Zwłaszcza chrześcijańskie drogowskazy są bardzo odległe od głoszonych przez Kościół, rzekomych prawd objawionych. Nie bez powodu z trzech prawd wyodrębnionych przez ks. Tischnera największą estymą cieszy się gówno-prawda. Nie tylko wśród pasterzy, ale i w stadzie owieczek. Może dlatego, że jest codzienna, prosta i bliska. Papieże, święci, biskupi, księża, jeśli tylko mogli, z rozkoszą nurzali się w rozpuście, zbrodni, grzechach. Równocześnie wiernych pouczali, jak żyć i co robić, by zasłużyć na zbawienie.

Pod tym względem przez wieki nic się nie zmieniło. Wciąż za swoje posłannictwo uważają nakazywanie, zabranianie, strofowanie, przywoływanie do porządku, karanie… I oczywiście branie dużej kasy za te przybliżające świętość posługi. Nie tylko z chciwości. Decyduje także znajomość człowieczej psychiki: ludzie bardziej cenią to, za co muszą słono zapłacić. Dojenie wiernych stało się jednym z najważniejszych religijnych rytuałów, stanowiących swoistą odmianę sado-maso. Przyjemność z procederu czerpią obie strony, więc nikt z uczestników nie protestuje.

Początki były skromne. Raptem 10 przykazań. Z wyjątkiem dwóch pierwszych, dotyczących Boga, reszta była dość oczywista, a przede wszystkim zgodna z ówczesną mentalnością i aprobowaną moralnością: nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam, nie pożądaj cudzego, nie cudzołóż, szanuj rodziców, święć dzień święty… Ponieważ Kościół stoi na grzechach, więc do litanii starych stale dopisuje nowe, aby utrzymywać wiernych w poczuciu winy, strachu i niepewności. Nałożony na nich obowiązek spowiedzi, pokuty, kupna odpustów, jako warunku oczyszczenia się z niegodnych uczynków i uzyskania rozgrzeszenia, daje klerowi ogromną władzę.

W celu jej powiększenia w XV w. do przykazań bożych dołożono kościelne. Ich najnowsza, obowiązująca w Polsce wersja obejmuje pięć zaleceń:
1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.
2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty.
3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć komunię świętą.
4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.
5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

Wraz z rozwojem nauki, życia społeczno-gospodarczego, medycyny, techniki Kościół stworzył setki nowych grzechów. Aby wierni mogli się w nich połapać i właściwie przeprowadzić rachunek sumienia, powstały katalogi grzesznych czynów i zaniechań. Z grubsza dzieli się je na cztery kategorie: grzechy wobec Boga (obejmują zaledwie 14 nagannych czynów i zachowań), Kościoła (31), bliźnich (129) i wreszcie wobec samego siebie (42). W pierwszej grupie jest m.in. traktowanie Boga i religii jako spraw mało ważnych, przynależność do ateistycznych organizacji lub stowarzyszeń, usuwanie emblematów religijnych, lekceważące mówienie o religii. Wobec Kościoła grzeszy się nie tylko nie przestrzegając odnośnych przykazań i nie widząc w nim Mistycznego Ciała Chrystusa, ale też krytykując duchowieństwo, nie szanując świąt kościelnych, twierdząc, że wszystkie religie są sobie równe, nie modląc się za papieża, księży, zakonników. Katolicy grzeszą nie biorąc pod uwagę życia wiecznego, nie pamiętając o konieczności współpracy z Bogiem, uprawiając samogwałt, wchodząc w stosunki homoseksualne, lesbijskie, przesadnie lub zbyt mało troszcząc się o zdrowie, a nawet szpecąc się poprzez nadużywanie kosmetyków.

Jednak najbardziej grzechogenna jest miłość małżeńska i życie seksualne po ślubie. Tu zagrożenie dosłownie goni zagrożenie. Można, o zgrozo, zaniedbywać wspólną modlitwę, szukać w małżeństwie tylko przeżyć zmysłowych, nie znać naturalnej metody poczęć, zmuszać do używania środków antykoncepcyjnych lub samemu ich używać, z egoizmu, małoduszności i wygodnictwa ograniczać ilość potomstwa, albo jeszcze gorzej – traktować sprawę dzietności jako autonomiczną, prywatną, bez rozliczeń z Bogiem. Grzechem jest poświęcać rodzinę dla innych zajęć, straszyć współmałżonka rozwodem lub naprawdę do niego dążyć, nie chcieć przebaczyć i pojednać się po wiarołomstwie. Grzeszne problemy stwarza też miłość narzeczeńska, zwłaszcza jeśli nie odróżnia się jej od pożądania i nie przepaja miłością Boga, ośmiesza dziewictwo i czystość, uznaje za dopuszczalne przedmałżeńskie pożycie na próbę, namawia do pożycia cielesnego lub stwarza ku temu okazje przez podniecające zabawy, nieskromny ubiór, pieszczoty, autostop, wycieczki we dwoje, lekturę, filmy pornograficzne, nieprzyzwoite żarty…

W sprawach Boga, wiary i jej sutannowych depozytariuszy, a także ubezwłasnowolnienia wiernych i bezwzględnego prania ich mózgów panuje w Kościele katolickim zasadnicza zgodność. Drogowskazy pokazują jeden kierunek: owieczki mają kochać swoich pasterzy, bezwzględnie ich słuchać, bez szemrania utrzymywać w luksusach i rezygnować z własnej wolności, samostanowienia, doczesnych przyjemności, aby podążać ku zbawieniu, w które już nikt poza nimi nie wierzy (a zwłaszcza watykańscy funkcjonariusze).

Niedawno na tym monolicie pojawiła się rysa. Franciszek chce wprowadzić do Katechizmu Kościoła katolickiego pojęcie „grzechu ekologicznego”. Podczas synodu biskupów na temat Amazonii został zdefiniowany jako „uczynek lub zaniedbanie względem Boga, bliźniego, wspólnoty i środowiska. Jest to grzech przeciwko przyszłym pokoleniom, który wyraża się w działaniach i przyzwyczajeniach prowadzących do zanieczyszczania i niszczenia harmonii środowiska, w wykroczeniach przeciwko zasadom współzależności i zrywaniu sieci powiązań między stworzeniami”.

Część konserwatywnych biskupów jest przeciwna ekoteologii. Ostatnio jako jej główny wróg objawił się abp Jędraszewski. Sfrustrowany brakiem upragnionego awansu na kardynała, nie przebierał w słowach i plótł, jak Piekarski na mękach albo Michalik o biednych księżach-pedofilach, sprowadzanych z drogi cnoty przez rozpustne dzieci. Jędraszewski przyczepił się do Grety Thunberg, jak poprzednio do społeczności LGBT+, którą bezczelnie nazwał tęczową zarazą.

Ekologizm uznał za nowy totalitaryzm, który „nie eliminuje ludzi fizycznie, ale próbuje ich zdegradować duchowo”. Według krakowskiego frustrata, rozwiązanie leży w nawróceniu (sic!): „Różne problemy ekologiczne, które dzisiaj występują są niewątpliwie przejawem czegoś, co domagałoby się jakiegoś głębokiego nawrócenia, aby uszanować to boże dzieło, które nam dał Pan Bóg. Nie jest to jednak zaraz związane z tym, aby ulegać tym ruchom ekologicznym”. Wypociny metropolity można skwitować krótko: ekologizm nie jest groźny; groźny jest kretynizm. Zwłaszcza gdy kretynizmy wypowiadają ludzie uważający się za moralne drogowskazy i, co gorsza, znajdujący zagorzałych zwolenników.

prof. Joanna Senyszyn
senyszyn.eu

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Joanna Senyszyn

Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).