Między nami posłankami

Z nową kadencją Sejmu wraca stary spór o żeńskie nazwy zawodów i tytułów.

Wielu Polaków uważa, że to temat marginalny, zastępczy, niewarty dyskusji. Czy faktycznie feministki bezsensownie tracą czas i energię, czy jednak mają rację, bo to pole walki z językowym seksizmem i pogłębiającą się w Polsce dyskryminacją kobiet?
W dniu uroczystego wręczenia przez przewodniczącego PKW zaświadczeń o wyborze na posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, posłanki Lewicy zwróciły się do szefowej Kancelarii Sejmu z prośbą o uwzględnienie płci w nazewnictwie (cały list obok). Oczywiście widnieje tam i mój podpis, bo jestem posłanką i chcę być tak nazywana w oficjalnych dokumentach parlamentu.
Wspólnie uznałyśmy, że dość już językowego seksizmu, będącego następstwem braku równouprawnienia kobiet i mężczyzn. Istnienie tylko form męskich dla najwyższych funkcji i stanowisk (prezydent, premier, minister, rektor, dziekan, poseł, senator) to spadek po czasach, kiedy nikomu nawet do głowy nie przyszło, że kobiety wyjdą z domowych pieleszy, wywalczą dla siebie prawa człowieka i będą aktywne we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Skoro jednak od 101 lat mamy prawa wyborcze, pora i język dostosować do rzeczywistości.
Postulat sięga IV kadencji Sejmu (2001–2005), kiedy Parlamentarna Grupa Kobiet zaczęła wprowadzać słowo „posłanka”. Jedynie werbalnie, w kuluarach, bez oficjalnych pism. Szło opornie. Wzbudzałyśmy głównie śmiech. Mało kto rozumiał, o co w ogóle nam chodzi. Zwłaszcza prawica uważała, że powinnyśmy być dumne, bo męska forma wysokich stanowisk i funkcji jest dowartościowująca. Nie podobało się też samo słowo „posłanka”, bo ponoć kojarzy się z posłaniem, czyli legowiskiem, a nie z członkiniami niższej z nazwy, choć ważniejszej izby parlamentu. Dopiero kilka lat później, w VII kadencji (2011–2015) posłanka Wanda Nowicka odniosła w tej dziedzinie sukces. Dostała tabliczkę i papier firmowy z napisami posłanka i wicemarszałkini Sejmu. Pomogła oczywiście pełniona funkcja, bo jako wicemarszałkini mogła więcej. Chcieć i dostać. Także posłanka Joanna Mucha, kiedy została powołana w skład Tuskowego rządu, opowiedziała się dla swojego stanowiska za formą żeńską „ministra”, ale był to jedynie akt medialno-werbalny i nie poszły za nim żadne formalne kroki.
W mijającej właśnie kadencji Sejmu, z braku posłanek lewicy, problem zmarł śmiercią naturalną. Jeśli w ogóle odżywał, to jedynie jako swoje przeciwieństwo. Ikona PiS Krystyna Pawłowicz głosiła wszem i wobec, że jest posłem i nie życzy sobie, by ktokolwiek nazywał ją posłanką. O tyle dziwne, że kaczyści stałe wycierają sobie gębę patriotyzmem, a raczej nacjonalizmem, więc powinni być wrażliwi na poprawność językową. A polskie normy słowotwórcze wręcz wymagają tworzenia form żeńskich. Toteż bez najmniejszych oporów powstały słowa królowa, cesarzowa, imperatorowa, a używanie form pani król, pani cesarz czy pani imperator byłoby wręcz szokujące, śmieszne i niezrozumiałe. Także bezproblemowo stworzono pisarkę, poetkę, malarkę, noblistkę, artystkę, tancerkę, kierowniczkę…

Posypało się przy niektórych tytułach zawodowych, naukowych i nazwiskach. Pierwsze wyłomy pojawiły w II RP, a nasilenie po II wojnie światowej. Zamiast tworzyć żeńskie formy, wprowadzono dwa słowa: pani + męska nazwa. Choć do parytetu wciąż daleko, coraz częściej spotykamy panie rektor, panie dziekan, panie minister, panie wicepremier… Upowszechnienie i swoista afirmacja żeńsko-męskiej, dwuczłonowej formy wynika z uznania, że męska nazwa brzmi bardziej nobilitująco. Takiego odczucia nie mają Niemcy ani Czesi, a Polacy w zasadzie powszechnie.
Ukłon w stronę polskiego seksizmu wykonała Rada Języka Polskiego, uznając, że skoro obywatele stawiają opór, trzeba się z tym pogodzić. W stanowisku przyjętym na XXXVII posiedzeniu plenarnym 19 marca 2012 r. napisano:

„Pragniemy przypomnieć, że od kilkudziesięciu lat nie używa się w oficjalnej polszczyźnie żeńskich form nazwisk innych niż przymiotnikowe. Nazwisko Nowak czy Rodziewicz odnosi się zarówno do mężczyzny, jak i do kobiety i nie słychać wobec tego sprzeciwów kobiet.
Jednakże, jak stwierdziliśmy na początku, formy żeńskie nazw zawodów i tytułów są systemowo dopuszczalne. Jeżeli przy większości nazw zawodów i tytułów nie są one dotąd powszechnie używane, to dlatego, że budzą negatywne reakcje większości osób mówiących po polsku. To, oczywiście, można zmienić, jeśli przekona się społeczeństwo, że formy żeńskie wspomnianych nazw są potrzebne, a ich używanie będzie świadczyć o równouprawnieniu kobiet w zakresie wykonywania zawodów i piastowania funkcji. Językowi nie da się jednak niczego narzucić, przyjęcie żadnej regulacji prawnej w tym zakresie nie spowoduje, że Polki i Polacy zaczną masowo używać form inżyniera bądź inżynierka, docentka bądź docenta, ministra bądź ministerka, maszynistka pociągu, sekretarza stanu czy jakichkolwiek innych tego rodzaju”.

Wypada tylko mieć nadzieję, że z tych samych powodów nie będzie jednak zgody na wyszłem, poszłem, wziąść.

prof. Joanna Senyszyn
senyszyn.eu

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Joanna Senyszyn

Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).