Między osłem i wielbłądem

Już pod koniec ubiegłego roku wszystko wskazywało na to, że ten nowy rok będzie wybitnie porąbany. No i jest.
Pod koniec roku w Penzie, mieście położonym w Rosji (640 km na południowy wschód od Moskwy) doszło do przerażającego wypadku. W samochodzie osobowym ugotowało się żywcem dwóch mężczyzn. Stali sobie spokojnie na parkingu, gdy nagle pod ich autem zapadła się ziemia i pojazd runął w dół. Powodem tej zapaści było wypłukanie gruntu wskutek awarii rury przewodzącej gorącą wodę. Nie byli w stanie otworzyć drzwiczek i uciec.

Podobny dramat zdarzył się przed kilkoma dniami w Tel Awiwie. W jednym z bloków utopiło się dwoje ludzi. Utopili się w… windzie. Powódź spowodowała liczne podtopienia w całym mieście. Niektóre ulice zamieniły się w potoki, woda zalewała niższe kondygnacje budynków. W jednym z nich uszkodziła instalację elektryczną windy, która z dwoma osobami zjechała na najniższy, już zalany wodą, poziom. Pomoc nadeszła zbyt późno.

Kiedy Żydzi modlili się o ustanie opadów deszczu, Australijczycy błagali, by ten do nich przyszedł. Pożary objęły cały kontynent, zamieniając w pogorzelisko tysiące hektarów lasów, sawanny i buszu. Ogień zniszczył blisko dwa tysiące budynków. Odebrał życie kilkudziesięciu ludziom i ponad 500 milionom zwierząt.
Na razie kataklizmy omijają Stany Zjednoczone. Wygląda na to, że mocnych wrażeń pozazdrościł wszystkim Donald Trump. Z przytupem wydał więc rozkaz zabicia jednego z najbardziej wpływowych Irańczyków, gen. Kasima Sulejmaniego. Amerykańska rakieta dosięgła generała i kilku innych wojskowych na terenie Iraku, który USA oficjalnie uważa za swoją kolonię. Zamach wstrząsnął Iranem i niemal całym światem arabskim. W Teheranie Sulejmaniego żegnało ponad milion osób. Przywódcy kraju zapowiedzieli krwawą zemstę na Amerykanach. W stan podwyższonej gotowości postawiono służby specjalne i służby ochrony państw NATO. Irakijczycy zażądali, by ich terytorium opuściły wszystkie obce wojska. W imieniu „wszystkich”, Amerykanie posłali ich na drzewo. Nad światem zawisło widmo wojny. A rok 2020 dopiero się zaczął…

Głosy strachu dotarły też nad Wisłę, ale oczywiście są to głosy histeryczne i głupie. Dzięki reformom Macierewicza mamy przecież wspaniałą armię. Co prawda bez doświadczonej kadry dowódczej, ale za to z rozbudowanym korpusem kapelanów, którzy może o ludzi zadbać nie potrafią, ale za to o ducha narodu jak najbardziej. Na wszelki wypadek bronią nas też tysiące czołgów, setki myśliwców i najnowocześniejszych helikopterów, a wybrzeża strzegą najnowsze łodzie podwodne itd. No i 20 tysięcy „kosynierów”, czyli edukowanych weekendowo żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej, z których każdy wyszkolony jest ponoć tak, że jednoosobowo podoła oddziałowi rosyjskiego specnazu. Jest jeszcze Jezus, nasz król, i Jego mama (zawsze dziewica!) królowa. Jeśli dołożyć do tego Jana Pawła II, który nam błogosławi, możemy się czuć bezpieczni.
Nieprzypadkowo przywołałem tu Rosjan. Jeśli cały świat arabski znów ogarną płomienie (a nie można tego wykluczyć), o swoje wpływy zacznie też walczyć Rosja. A w walce tej stanie przeciw Stanom Zjednoczonym i oczywiście… ich sojusznikom.

No cóż, jeśli do tego dojdzie, rosyjskie rakiety mogą spaść na bliskie Rosji terytoria, na których stacjonują Amerykanie z ich wymierzoną na wschód infrastrukturą wojskową. Ale sąsiedzi mogą oszczędzić nam nieprzyjemności – wszak kraje nasze żyją w mirze, klasy polityczne lubią się i rozumieją, wspieramy rozwój rosyjskiej gospodarki, lobbujemy za interesami Rosjan w Unii Europejskiej, szanujemy ich historię i żołnierzy poległych w walkach o wyzwolenie nas spod jarzma faszyzmu, walczymy z ich wrogami. Ot, kochamy się jak bracia Słowianie.
Zatem raczej jesteśmy bezpieczni. Chyba żeby coś odbiło Persom. Ale ci z kolei raczej nie mają powodów, by nas nie lubić. No, może za tę ubiegłoroczną amerykańsko-izraelsko konferencję. Tę, która przypadkiem odbyła się… w Warszawie. Miejmy jednak nadzieję, że już o tym zapomnieli. (Oj tam, oj tam…).
Za to istnieje niebezpieczeństwo, że mogą sobie o nas przypomnieć Arabowie. Tylko do czego mogliby się przyczepić? Do antyislamskiej retoryki naszego kleru? Przecież w Polsce kochamy religie, kochamy tak, że aż nam przez gardło nie przechodzi koncept rozdzielenia Kościoła od państwa. W zasadzie można by więc uznać, że islamiści mają u nas takie same prawa, jak kler katolicki. Doprawdy Arabowie nie powinni mieć się do czego przyczepić.

Chyba że do retoryki antyarabskiej („roznosiciele chorób zakaźnych”), albo jawnego ostracyzmu (polityka antyimigracyjna). Ale to przecież poprzedni rząd! – możemy spróbować tłumaczyć się w ten sposób potencjalnym terrorystom. Tylko nie dodawajmy przy tym, że i stary, i nowy tworzy ta sama partia… Prewencyjnie zamknijmy też usta wszystkim zdrajcom narodu, którzy gotowi są wymieniać kraje, w podboju których uczestniczyliśmy bezpośrednio (np. Afganistan, Irak), lub te, w których niezależne państwa były podbijane przez naszego najbliższego sojusznika (np. Libia i Syria). Nie dopuśćmy do tego, by ktoś przypominał, że nasz wielki brat, prócz irańskiego generała Kasima Sulejmaniego, zabił też przywódcę Al-Kaidy Osamę bin Ladena, przywódcę Libii Mu’aamara al-Kaddafiego i prezydenta Iraku Saddama Husajna. Bez sądu – z marszu tak jakoś.

Oczywiście „w razie czego” możemy liczyć na całkowitą jedność całej wspólnoty europejskiej, która stanie za nami murem. Przecież mamy w Unii niekwestionowaną pozycję lidera, solidnego, lojalnego, wielbiącego wolność i demokrację partnera. I nieważne jest tu, że wycofaliśmy się z programu budowy europejskich sił zbrojnych. Wiadomo, że nigdy nie graliśmy antyniemiecką albo antyfrancuską kartą i liderów Wspólnoty mamy bezwzględnie po swojej stronie.

Sam nie wiem, dlaczego na myśl przychodzą mi słowa Władimira Putina o polityce zagranicznej II RP. O podboju Zaolzia i częściowym wspieraniu (przynajmniej w sferze werbalnej) największego ówczesnego agresora. Mówił to jakoś między ugotowaniem swoich rodaków w samochodzie i utopieniem się Żydów w windzie.

Wychodzi na to, że nie mamy się czego obawiać. Ani śmierci w zalewanych wodą budynkach, ani lejów w ulicach, ani płomieni niszczących miasta i ich mieszkańców. Po co więc te tajne narady, po co stawianie w stan podwyższonej gotowości służb specjalnych, po co posiedzenie Rady Gabinetowej? Przecież to zwykła, nieuzasadniona histeria… Rządzący nami najnaturalniej wyglądają w orszakach trzech królów, tak jakoś między osłem i wielbłądem, kiedy biorą mikrofony i śmiejąc się głupio „cuda, cuda ogłaszają”.
Dariusz Cychol

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Dariusz Cychol

Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).