Między wódką i tatarem

Na cztery lata życie polskiej lewicy zostało określone tzw. równaniem Zandberga: 7,5 + 2,5 = 0. Czas już chyba na równanie Cychola: 3 x 0 = 14.

Wyjaśniając zagadkę powyższych obliczeń, od razu przejdę do clue. Clue zawiera się w decyzji, by w najbliższych wyborach głosować na Lewicę. Choć nie widzę powodu, jednak… zagłosuję. Zrobię to, choć na niektóre twarze z list tej formacji patrzę z obrzydzeniem. Choć jestem bardzo krytyczny wobec liderów SLD, Wiosny i Razem. Choć za cholerę nie wierzę w szczerość ich intencji. A jednak… Jednak ufam, że na zgliszczach tych trzech padłych formacji może zrodzić się coś nowego. O ile po elekcji nie pozagryzają się, nie stworzą trzech osobnych bytów, według mnie, mają szansę służyć za podłoże, na którym może wyrosnąć coś pożytecznego. Dlatego dam im szansę.

Czy mamy w Polsce lewicę? Moim zdaniem nie. Na razie mamy tylko kilka formacji, uważających się za lewicowe. Formacji, które do tej pory wzajemnie się zwalczały, opluwały i licytowały w imię miłości do „lewicowości”. Trudno nawet określić, czym jest owa „lewicowość” w ich rozumieniu, bo i one same nie potrafiły dotychczas wyraźnie jej zdefiniować. Z pustosłowia i jałowych dyskusji wychodziła im jakaś mętna masa o nieokreślonej konsystencji, kolorze i mało atrakcyjnym zapachu. Budulec z tego żaden, a i na podkład ogrodniczy się nie nada. Wierzę jednak, że pęd liderów SLD, Wiosny i Razem do władzy, do subwencji na prowadzenie działalności politycznej, apetyt na ciągle atrakcyjne zarobki w parlamencie, chęć posiadania ładnych biur, sekretarek, asystentów, „parcie na szło”, tęsknota za wódką, którą będą im stawiać i za śledziami, którymi będą ją zakąszać, zrobią swoje. Chcę wierzyć, że zmądrzeją.

Że dojdą do tego, że aby utrzymać te sekretarki, biura, ryczałty na samochody itd., trzeba działać, a nie tylko gadać po próżnicy. Że wyjdą poza frazesy i szukając pomysłu na polityczną oryginalność, dotrą do tego, co jest w rzeczy samej banalne w swej normalności – do określonej Konstytucją RP idei państwa świeckiego. Może i jestem naiwny, ale marzenie o normalności nie wydaje mi się abstrakcją.

Dziś trudno jest zdefiniować „lewicowość”. Wystarczy, że ktoś sprzeciwia się polityce energetycznej rządu i już jest komunistą. Ekolodzy to „zieloni”, zieloni to lewacy, lewacy to socjaliści, a każdy socjalista to komunista. Identycznie jest z krytykami kościelnej pedofilii, bo wiadomo, że jej wypominanie to „atak na Kościół Chrystusowy”, a winni są mu oczywiście ateiści – „czerwona zaraza”, dla niepoznaki kamuflująca się w barwach tęczy.

Jestem człowiekiem nie pierwszej świeżości i w sposób tradycyjny podchodzę do definiowania lewicowości. Dla mnie to przede wszystkim pragnienie budowania państwa wolnego światopoglądowo, bez uprzywilejowanych kast i jakiejkolwiek ideologicznej propagandy. To marzenie o państwie zapewniającym obywatelom sprawiedliwy dostęp do świadczeń zdrowotnych i socjalnych, wyrównującym szanse na dobrą edukację dzieciom i młodzieży z różnych warstw społecznych. To chęć zapewnienia wszystkim pracobiorcom przestrzegania ich praw i sprawiedliwe traktowanie wszystkich pracodawców.
Czy w ciągu minionych czterech lat dotarł do Was tak prosty przekaz ze strony Sojuszu Lewicy Demokratycznej? Do mnie nie. Patrzę na Sojusz przez pryzmat kompromitacji w wyborach samorządowych (Warszawa), przez pryzmat startu w wyborach do europarlamentu z list partii liberalnej, przez pryzmat bierności podczas zbierania podpisów pod projektem ustawy „Świeckie państwo”.
A ze strony Razem? Przecież przez cztery lata zajęci byli oczyszczaniem swych lewicowych szeregów z ludzi niegodnych lewicowości. Oczyszczaniem skutecznym – trzeba przyznać – na skutek tego szeregi sympatyków tej partii, zamiast rosnąć, topniały.

Trochę inaczej było z Biedroniem. Przed rokiem zaczął dużo mówić. Najpierw, że wystartuje w wyborach na prezydenta Słupska, następnie, że jednak nie wystartuje; to znów, że myśli o stołku prezydenta RP, a to, że jednak nie myśli; potem, że rusza w wyborach do europarlamentu, za moment, że jednak nie rusza; że odda mandat europosła, a następnie, że nie. Przy okazji obiecał mieszkańcom Łomży unieszczęśliwić ich koleją… W pewnym momencie zaczął się też posługiwać językiem Palikota. O swoim antyklerykalizmie mówi z wdziękiem i nawet przyjemnie się go słuchało… Posłuchać można, tylko po co, jeśli za tym nie idzie żadne realne działanie?

Gdzieś z boku tego wszystkiego, gdzieś między hipsterskimi knajpkami Warszawy, między czytelnikami „Krytyki Politycznej” i portalu Strajk.eu, wyrosła jeszcze inna lewica. I chociaż nie łatwo ją zdefiniować, da się ją opisać.

Po pierwsze, odrzuca lewicowość inną od własnej. Po drugie, własną traktuje w kategoriach mody. Przekształciła się w dość kreatywną sektę, która swoją ideologię buduje na forach internetowych. Czy jak mężczyzna poczuł się kobietą, ma prawo sikać w damskiej toalecie? A może raczej powinien wcześniej pozbyć się penisa? Czy amputacja tegoż jest koniecznością na drodze do zmiany płci? Nie wolno lewicowcom nazywać prostytutki prostytutką, tylko sex workerką, bo ponoć jak się nazwę jej zawodu wymienia z angielska, podczas sprzedawania swojego ciała cierpi mniej. Gdybym napisał, że B. Szydło jest tępa i paskudna jak noc listopadowa, dla owych „lewicowców” byłbym „seksistą”. I nie daj Boże (!), by któryś z nich wytropił mnie zakąszającego wódkę pysznym tatarem. Wódka jest w porzo, ale tatar? Mięso z biednego zwierzaczka, który cierpiał dorastając, a potem umierając, a rosnąc produkował tyle dwutlenku węgla, że wszyscy się teraz smażymy w słońcu. Nie daj Bóg, bym płacił za tego tatara czy golonkę pieniędzmi wyciągniętymi ze skórzanego portfela! Portfel to skóra, czyli ojciec zwierzaczka, którego pożarłem. (Do heteronienormatywności zwierzaczków jeszcze nie doszli; chyba).

Czy w Polsce rozdartej między dwie partie,wywodzące się z tego samego pnia, jest miejsce dla prawdziwej i nowoczesnej lewicy? Mimo powyższej krytyki, jakiej się dopuściłem, jestem głęboko przekonany, że tak. Wierzę, że tylko nowa formacja może podjąć walkę o świeckie państwo. Nie namawiam Was jednak, byście poszli moim śladem. Nie mam prawa po tym, co napisałem. Wystarczy, że zagłosujecie na jakąkolwiek formację, która nie będzie nas składać na gądecko-głódziowo-jędraszewsko-hoserowych ołtarzach. Na raziei to wystarczy…
Dariusz Cychol

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Dariusz Cychol

Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).