Nagły atak golasów

No i grozi nam wojna polsko-rosyjska.

Prawie wypowiedział ją pan marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski. W ostatnią niedzielę czerwca, w mieście Lublinie.
Był upał. Ale w tym czasie musiały się odbyć uroczyste obchody 450-lecia powstania unii lubelskiej. Aby uroczystą rocznicę uczcić uroczyściej, polskie najwyższe władze partyjne i państwowe ściągnęły do Lublina marszałka litewskiego Sejmu, litewskich parlamentarzystów oraz reprezentacje władz Łotwy i Estonii.

Nie było reprezentacji władz Ukrainy i Białorusi, krajów wówczas też objętych unią lubelską. Większych terytorialnie od Estonii i Łotwy. Nawet razem wziętych. Ale dzięki ich absencji impreza mogła odbyć się bez zakłóceń. W wąskim, katolickim gronie. Takim, jakie elity PiS lubią.

Program uroczystych obchodów nie odbiegał od innych, równie uroczystych obchodów, organizowanych przez prominentów PiS. Najważniejszymi punktami programu były dwa posiedzenia. Króciutkie Zgromadzenia Parlamentarnego Polski i Litwy. I dłuuuuuuga msza katolicka w lubelskiej katedrze.

Był upał, zatem nikomu z zebranych nie chciało się szybko wychodzić z przestronnej, chłodnej katedry. Zresztą gospodarze zadbali, aby zgromadzeni się nie nudzili. Były przemówienia, występy muzyczne, poczty sztandarowe, nawet pobrzękujące łańcuchami senaty lubelskich uczelni.

Co prawda raz po raz pojawiały się w katedrze grupki potencjalnych pedofilów, ale, jak mawiał wojak Szwejk: jest ryzyko, jest zabawa. Zresztą potencjalne ryzyko pedofilskiego ataku było małe, bo średnia wieku osób zgromadzonych w katedrze mogła bardziej zainteresować środowiska nekro niż pedofilów.

Był upał. Dlatego do minimum ograniczono uroczystość składania wieńców pod pomnikiem tamtej unii. Składano je w asyście umundurowanych żołnierzy (wyglądających jak polscy) i aktywu grup rekonstrukcyjnych przebranego za dawnych Polaków. W grube kontusze, pasy słuckie i futrzane kołpaki. Strój dobry na zsyłkę, nie na efekt cieplarniany. Ale Polak-rekonstruktor każde warunki klimatycznie zniesie.

Był upał. Pewnie dlatego pan marszałek Karczewski, zapytany na konferencji prasowej o niedawne przywrócenie Rosji prawa głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy, musiał zagrzmieć. Poinformował, czyli dał do zrozumienia, że Polska wraz z Litwą wspólnie przygotowują plan ponownego odebrania głosu Rosji. Niech zadrży Kreml przed znów zunifikowaną Polską i Litwą.

Co duży może

Kreml rzeczywiście kiedyś drżał przed państwem polsko-litewskim. Ale ostatni raz ponad trzysta lat temu. Już od czasów Iwana Groźnego rosyjska dyplomacja nauczyła się rozgrywać państwa Europy Zachodniej przeciwko prącej na wschód I Rzeczypospolitej. Wielką rolę odgrywała w tym dyplomacja watykańska. Wielokrotnie uwodzona przez rosyjską. Wielokrotnie zwodzona obietnicami wpuszczenia katolicyzmu na tereny Rosji i mirażami wielkiego sojuszu przeciwko muzułmańskiej Turcji.

Historia relacji polsko-rosyjskich dowiodła, że zdarzały się konfrontacje militarne, w których zwyciężało wojsko polskie. Jednak w konfrontacjach dyplomatycznych, wymagających finezyjnych gier i dużych środków finansowych, imperium rosyjskie zawsze biło państwo polskie. Na głowę.

I chociaż dalej panują upały, to przypomnijmy powody, które doprowadziły do prawie wojny Rosji z nową unią polsko-litewską.

W ubiegłym tygodniu Rosja ponownie otrzymała pełne prawo głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Decyzja o zawieszeniu prawa głosu delegacji rosyjskiej zapadła 10 kwietnia 2014 r., była reakcją na aneksję Krymu przez Rosję. Dodatkowo Rosjanie zostali pozbawieni wtedy prawa do pełnienia funkcji kierowniczych w Zgromadzeniu i do udziału w misjach monitoringowych RE.
Pomimo że upał nie ustępuje, chciałbym przypomnieć, że Rada Europy została powołana 5 maja 1949 r. w Londynie przez dziesięć państw: Belgię, Danię, Francję, Holandię, Irlandię, Luksemburg, Norwegię, Szwecję, Wielką Brytanię i Włochy.

Od chwili powstania zawsze koncentrowała się na kwestiach obrony i szerzenia praw człowieka oraz zasad demokracji parlamentarnej i rządów prawa. W czasach zimnej wojny krytykowała państwa bloku radzieckiego. Upadek Związku Radzieckiego ożywił i rozszerzył osiadłą w Strasburgu Radę Europy. Zasiliły ją państwa Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów. Polska dołączyła w listopadzie 1991 r.

Aktualnie należy do niej 47 państw. Kilka innych ma status obserwatora. Poza Radą Europy jest Białoruś, która miała od 1993 r. status gościa specjalnego, ale od 1998 r. tkwi w stanie ciągłego zawieszenia z powodu braku postępów w demokratyzacji.

Rosja została członkiem Rady Europy w 1996 r., i to od razu nie byle jakim. Ma w Zgromadzeniu Parlamentarnym jedną z największych reprezentacji. Bo liczba delegowanych tam parlamentarzystów z parlamentów państw członkowskich zależy od liczby ludności tych państw.

W Radzie Europy obowiązują dwa języki robocze. Angielski i francuski. Ale obrady branżowych komisji i Zgromadzenia Parlamentarnego są też tłumaczone na hiszpański i rosyjski. Czasem na niemiecki. Te trzy dodatkowe tłumaczenia opłacane są przez donatorów, czyli dobroczyńców Rady Europy.

Budżet Rady Europy opłacany jest ze składek państw członkowskich. Ale nie równomiernie. Połowę budżetu funduje piątka donatorów, czyli Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Hiszpania i Rosja. Na drugą połowę solidarnie zrzucają się pozostałe 42 państwa. Wśród nich lider Europy Środkowo-Wschodniej, przywódca państw Trójmorza, czyli IV Rzeczpospolita.

Rosja corocznie zasila budżet Rady Europy sumą ponad 20 mln euro. W porównaniu z tym składka płacona przez lidera Trójmorza jest tak niska, że wstyd ją upubliczniać.
W odwecie za odebranie jej głosu po aneksji Krymu Rosja przestała w 2016 r. uczestniczyć w posiedzeniach Zgromadzenia Parlamentarnego RE, a w 2017 r. przestała płacić składki członkowskie. Zagroziła również całkowitym wycofaniem się z Rady.
Co mały może
Brak rosyjskiego strumienia gotówki ostudził antyrosyjskie nastroje. Najpierw w Komitecie Ministrów Rady Europy, drugim obok Zgromadzenia Parlamentarnego organie statutowym tej organizacji. Komitet składa się z przedstawicieli rządów państw członkowskich. Rządy są bardziej czułe na brak gotówki niż parlamentarzyści ze Zgromadzenia.
Dlatego najpierw, w maju tego roku, ministrowie zagłosowali za przywróceniem Rosji głosu. Wśród głosujących za był też polski minister. Nie chwalił się tym, nie upubliczniał prorosyjskiego stanowiska Polski.
Następnie deklarację w sprawie Rosji rozpatrywano na forum Zgromadzenia Parlamentarnego RE. Za przywróceniem jej głosu, czyli za rosyjskimi pieniędzmi, głosowało 118 parlamentarzystów z krajów członkowskich, 62 było przeciw, a 10 wstrzymało się od głosu. Przynajmniej jeden z polskich posłów był za, ale ponoć przez pomyłkę. Wynik głosowania od początku był do przewidzenia, jak każdego ważnego głosowania w tym gremium.

Można było też przewidzieć gwałtowne protesty sporej liczebnie delegacji Ukrainy. Ale Ukraina nie zadeklarowała pokrycia strat budżetowych, wynikłych z rosyjskiej absencji. Solidarnie zaprotestowały też małe liczebnie delegacje Gruzji, Estonii, Łotwy i Litwy. Ale skoro więksi europejscy bracia uznali, że rosyjskie miliony piechotą nie chodzą, to warto skalkulować, kiedy te słuszne protesty trzeba zakończyć. A pan marszałek Karczewski, zamiast taktownie porażkę przemilczeć, do przegranej sprawy wraca. Po co?

Czy IV Rzeczpospolita albo pan marszałek składki za Rosję zapłaci?
Ech, co upał potrafi zrobić z człowiekiem!
Piotr Gadzinowski

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Piotr Gadzinowski

Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).