Nie jest spoko w PO-KO

Platforma Obywatelska hołduje dewizie Arystotelesa, że „Ruch jest życiem, a życie ruchem” i żeby utrzymać się przy życiu dokonuje wciąż nowych ruchów.
Po przejęciu dwóch różowawych przystawek, czyli Inicjatywy Polskiej i Nowoczesnej, dołożyła do nazwy Koalicję Obywatelską. PO-KO krótko było spoko, bo przewodniczący Schetyna na wybory europejskie zapragnął zdecydowanie szerszej koalicji. Takiej od prawa do lewa, która wiosną położy na łopatki antyeuropejski PiS, a jesienią odbierze mu władzę. Był to niewątpliwie najlepszy ruch opozycji po 2015 r. I jak wszystko co dobre skończyło się, zanim Koalicja Europejska w pełni rozwinęła skrzydła, co miało nastąpić podczas sejmowego starcia z kaczystami. Zdecydowanie niższy od spodziewanego wynik do PE spowodował w prawej części koalicji zamęt, rozczarowanie i pretensje. Największe mieli do Schetyny jego partyjni koledzy. Niezadowolone było też PSL, ale nie z liczby mandatów, a z towarzystwa SLD, które dotychczas nigdy mu nie przeszkadzało. Raczej przeciwnie. W konsekwencji ludowcy jako pierwsi porzucili antypisowską drużynę, a że samotnego startu bali się bardziej niż najgorszych podejrzeń, wstąpili w partnerski związek z Kukizem. Na początek musieli przełknąć szczerość nowego koalicjanta, który zaprzeczył jakiejkolwiek wspólnocie programowej i bez żenady ujawnił, że kieruje nim interes. Nawet niekoniecznie czysty. Po prostu nie jest w stanie samodzielnie zebrać podpisów i zarejestrować list, a poselskie życie i uposażenie podoba mu się bardziej niż wcześniejsze. Akurat to ludowcy świetnie rozumieją, więc zaiskrzyło. Jak ulał pasuje do Koalicji Polskiej powiedzenie, że pobrali się nie z miłości, a z nienawiści: ona nienawidziła samotności, a on braku pieniędzy.

PO z kolei, choć już była zdecydowana na samodzielny start, jeszcze miesiąc zwodziła lewicę i w końcu zerwała antypisowską umowę z SLD. Schetyna ogłosił szóstkę obietnic, które mało kto zna, ale wszyscy podziwiają, i zaczął układać listy do Sejmu. Dopełnił je garścią lewicowych działaczy, którzy zdecydowali się niedrogo zmienić klubowe barwy, byłymi prominentnymi członkami PiS oraz samorządowcami, bo miejsc na listach jest aż 920, a zaufanych Schetyny zdecydowanie mniej. Zamiast kierować się popularnością polityków i ich zdolnością zdobywania głosów w okręgach, zaczął mącić. Przede wszystkim pozbywał się wszystkich „ludzi Tuska”. Robił przedziwne roszady, niezrozumiałe nawet dla jego zaufanych.
Postawił na spadochroniarstwo i kandydatów spoza PO. W woj. Pomorskim na 52 kandydatów KO zaledwie 24 należy do Platformy. Posłów i działaczy zasiedziałych w swoich okręgach wyborczych rzucił na nowe, całkowicie dla nich obce. Niektórych w ogóle nie dał na listy, choć bardzo chcieli. Innych przeciwnie – wpisał wbrew ich woli. Siebie – jako przyszłego premiera – umieścił na jedynce w Warszawie, a liderką Wrocławia uczynił warszawiankę, wicemarszałkinię Małgorzatę Kidawę-Błońską. Tłumaczył, że to najlepsze rozwiązanie, a wszyscy udawali, że jest tak w istocie, bo przed rejestracją list bali się podskoczyć.

Do ostatniej chwili trwała zakulisowa walka o dobre, prestiżowe miejsca na listach. Po kilkutygodniowym zesłaniu z Torunia powrócił do Gdańska młody Wałęsa i to na wysokie, drugie miejsce, na trzecie zaś spadła posłanka Pomaska. Bojowniczka o prawa osób z niepełnosprawnościami, Iwona Hartwich, dopiero kiedy obrażona siódmym miejscem w ogóle zrezygnowała ze startu, dostała obiecane podczas protestów trzecie. Ale prawdziwa bomba wybuchła przed samym końcem rejestracji list w PKW. Rzutem na taśmę przewodniczący Schetyna zamienił się miejscami z wicemarszałkinią Kidawą-Błońską i na dodatek ogłosił, że to ona jest kandydatką na premiera. Zaskoczenie było totalne, zwłaszcza w szeregach Platformy, bo takiego numeru nikt się nie spodziewał. Zaczęły się spekulacje, dlaczego?

W każdej hipotezie jest ziarnko prawdy, ale rzeczywistą przyczynę zna tylko Schetyna i ewentualnie jego najbardziej zaufani doradcy. Można najwyżej spekulować, czy są to jego słabe notowania, strach przed przegraną z Kaczyńskim w Warszawie, czy raczej chęć zrzucenia odpowiedzialności za przewidywaną przegraną. To ostatnie jest najbardziej prawdopodobne. Schetyna od początku szefowania PO ma złą prasę, nie jest lubiany i nie cieszy się zaufaniem nawet zdeklarowanych wyborców swojej partii. Jednak dotychczas nie przeszkadzało mu to w snach o potędze, a zwłaszcza o premierowaniu. W ostatnich dniach nie wydarzyło się nic, co skutkowałoby pogorszeniem wyniku w stolicy czy koniecznością usunięcia się w cień szefa Platformy. Toteż powodów rezygnacji Schetyny z wyborczego przywództwa należy upatrywać w obawie przed utratą partyjnego przywództwa po przegranej z PiS, która po zniszczeniu, zamiast rozszerzeniu, Koalicji Europejskiej jest nieunikniona.
Połączona opozycja miała szansę pokonać kaczystów. Platforma z różowo-czarno-zielonymi przystawkami nie ma. Jednoznacznie wskazują na to sondaże, w których KO z coraz większym trudem ucieka przed Lewicą. Schetyna świetnie o tym wie i szykuje sobie miękkie lądowanie. Nigdy nie ogłosiłby Kidawy-Błońskiej kandydatką na premiera, gdyby miała choćby cień szansy, żeby faktycznie stanąć na czele rządu. Wicemarszałkini ma być jedynie kozłem ofiarnym po przegranej. Aż dziw, że tak łatwo się zgodziła.
prof. Joanna Senyszyn
senyszyn.eu

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Joanna Senyszyn

Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).