Polityka wedle Patryka

Prawica nienawidzi tego filmu. I ma za co.

Na filmy Patryka Vegi publika chodzi tłumnie, choć poważni krytycy filmowi jeżdżą po nich jak po przysłowiowej burej suce. Trochę przypomina on Stanisława Bareję. W czasach Polski Ludowej kręcił Bareja niezwykle popularne „komedie wygłupialne”, ale uznani krytycy filmowi dobrze pisali jedynie o „kinie moralnego niepokoju”. Popularnym jedynie wśród inteligencji. I aspirujących do tego miana.
Filmami Barei ówcześni krytycy gardzili. Uważali za puste i głupawe. Ukuto nawet termin „bareizm”, oznaczający puste myślowo komedyjki. Dzisiaj film „Miś” uważany jest za kinową metaforę obrazującą absurdy PRL. Nadal oglądają go komplety publiczności. A powiedzonka z „Misia” i innych filmów Barei na trwałe weszły do naszego języka.
„Kinem moralnego niepokoju” zaś zajmują się dzisiaj jedynie historycy polskiego filmu.
Wchodząca na ekrany „Polityka” to kolejny filmowy hit Patryka Vegi. W ursynowskim multipleksie wyświetlają go od rana do wieczora. W kilku salach, co pół godziny. Pełnej widowni na każdym seansie, jak niedawno „Kler”, ten film nie ma. Ale jesienny rekord frekwencyjny na pewno pobije. Pomimo negatywnych opinii wszystkich ważnych polskich mediów. Tych od prawa aż do liberalnego środka.

Goła prawda

Prawicowe media nienawidzą tego filmu. I mają za co. Wszak zrobiono go w konwencji znanych w latach 90. „powieści z kluczem”, pisanych przez kilku dziennikarzy i polityków pod zbiorowym pseudonimem Magda Cień. Tam Lech Wałęsa występował jako Ludwik Krok, Donald Tusk jako Roland Kieł, bracia Kaczyńscy jako bracia Kurkiewiczowie, a Leszek Miller był Młynarzem. Potem ekipa Kabaretu Moralnego Niepokoju zrealizowała w tej konwencji niezwykle popularny serial „Ucho Prezesa”. Tam artyści zagrali nie tylko anegdotami z życia czołowych polskich polityków. Radio, a potem telewizja pozwoliły na grę barwami głosów i podobieństwami występujących postaci do najwyższych władz partyjnych i państwowych.
Ale, jak słusznie zauważył Lenin – „Kino to najważniejsza ze sztuk”. Film wyświetlony na dużym ekranie budzi wielkie emocje. Czaruje, tworząc bardzo sugestywną rzeczywistość. Tworzy „prawdę ekranu”, jakże często braną za rzeczywistą prawdę.

Patryk Vega nigdy nie prześcigał się w subtelnościach. Półcieniach, niedopowiedzeniach, niuansach. Walił po oczach. Uprawiał filmowy rap.
Pewnie dlatego obraz polskiej polityki malowany przez Vegę jest zero-jedynkowy. A ściślej, polska polityka to ideowe zero. Bo w tej dziedzinie liczy się tylko gra i panowanie jednych nad drugimi. Polska polityka to jedna wielka hipokryzja.

Tu warto reżysera pochwalić. Bardzo celnie oddał panujące w polskiej klasie politycznej przekonanie, że polityka jest jak supermarket. Partie są jak firmy, każda ma swoją markę. Swoje logo. Pod takim logo partie sprzedają swoje produkty, czyli kandydatów na parlamentarzystów.

Mistrz sprzedaży

Kandydaci do parlamentu są jak produkty. Trzeba ich tak opakować i rozreklamować, żeby jak najwięcej klientów kupiło ów produkt. Vega celnie pokazuje bezideową wiarę polskich polityków w „public relations”, czyli – żargonowo mówiąc – w „pijar”. Wiarę w specjalistów od „pijaru”, którzy uczą przyszłych liderów, jak się mają ubierać, czesać, ruszać rękami. Jak mają wyglądać.
Bo według nich wyborcy, ten przysłowiowy „ciemny lud”, nie słuchają tego, co politycy mówią. Reagują, jak przysłowiowy pies Pawłowa, jedynie na bodźce wzrokowe. Jeśli polityk jest ładnie opakowany, czyli ubrany i wyfiokowany, i jeszcze opanował przekonującą „mowę ciała”, to ciemny lud go kupi.
Dowodem na to jest Pani Premier, bohaterka jednego z epizodów filmu. Działaczka partyjna ze wsi, która zostaje wybrana przez Prezesa do roli politycznego zderzaka. I „Polityka” według Vegi znakomicie pokazuje, jak można lokalną, zdolną działaczkę tak opakować, aby została „królową polskich serc”.

Hipokrytami są w Vegowskiej „Polityce” wszyscy politycy. Np. wzorowany na pośle PiS Stanisławie Pięcie poseł Skiba. Kreujący się na wzorowego narodowo-katolickiego parlamentarzystę Skiba zakochuje się jak sztubak w młodej chórzystce z kościelnego zespołu wokalnego. I potem, jak typowi polscy katolicy, cudzołożą aż do siódmej potęgi. Mogą sobie grzeszyć, bo poseł Skiba ma parasol ochronny służb specjalnych Prezesa. Aż do chwili, kiedy zaczyna knuć przeciwko Prezesowi. Wtedy partia Prezesa przypomina sobie o grzesznym żywocie posła. O jego kuśce, która stała się Piętą achillesową.

Totalnym hipokrytą i dodatkowo jeszcze świrem jest filmowy minister obrony narodowej. Patron Pupila, czyli bohatera wzorowanego na Bartłomieju Misiewiczu. Skoro znamy pierwowzór Pupila, to nietrudno domyślić się, że jego patron wzorowany jest na Antonim Macierewiczu. Patron Pupila jest nie tylko hipokrytą i świrem. Jest także gejem, który zapałał starczą miłością do przystojnego, przysłanego mu przez Ojca Dyrektora młodzianka.

Nie może być na tym najlepszym ze światów dwóch Prezesów. Dlatego w „Polityce” wedle Vegi, podobnie jak w Polsce, jest jeden Prezes i jeden Ojciec Dyrektor. Wzorowany, rzecz jasna, na toruńskim oryginale.

I gdybym miał wybrać najbardziej antyklerykalny film polski, to nie byłby nim „Drewniany różaniec”, „Sowizdrzał świętokrzyski” czy niedawny „Kler”. Najbardziej antyklerykalnym filmem polskiej produkcji jest „Polityka” wedle Patryka Vegi.

Bo tu filmowy Ojciec Dyrektor celnie syntetyzuje stan ducha i materii polskiego Kościoła katolickiego.
Tam miejsca dla Boga już nie ma. Bo nie może być dwóch prezesów w jednej korporacji. W korporacji zwanej „polski Kościół katolicki” prawdziwym prezesem jest Ojciec Dyrektor. Człowiek bardzo zdolny i wzorowy szef firmy nastawionej przecież jedynie na zarabianie pieniędzy.
Vega jednoznacznie i bez osłonek pokazał tych polskich kościelnych hipokrytów, dla których religia, Dekalog i cytaty z pism świętych służą jedynie do opakowania ich działalności biznesowej. Dla uzasadnienie każdego kurewstwa moralnego. Boga nie ma, bo Ojciec Dyrektor wyrzucił go z korporacji, a Prezes nawet nie wpisał na listę wyborczą.

Vega wyklęty

„Polityka” wedle Vegi jest filmem sowizdrzalskim. Sięgającym do tradycji Marchołta grubego a sprośnego. Stamtąd wywodzi się ta goła dupa wypięta w finale filmu przez Daniela Olbrychskiego. Vega zrobił film w sowizdrzalskiej stylistyce, obcej mieszczańskim gustom.

Andrzej Wajda, pytany, co gwarantuje sukces filmu, odpowiadał zawsze, że decyduje obsada aktorska. I „Polityka” wedle Vegi jest dowodem prawdziwości Wajdowskiego dogmatu. Bo Ewa Kasprzyk jako Beata Szydło, Janusz Chabior jako Antoni Macierewicz, Zbigniew Zamachowski jako Ojciec Dyrektor, Andrzej Grabowski jako prezes Kaczyński, Antoni Królikowski jako Bartłomiej Misiewicz, Tadeusz Chudecki jako mąż Pani Premier stworzyli role mistrzowskie.

Tak znakomite, że po latach następne pokolenia na hasło „Kaczyński, Macierewicz, Rydzyk” będą miały przed oczami te role. Tak jak dzisiaj wszyscy na hasło „szturm na Pałac Zimowy” mają przed oczami fragmenty filmu „Październik”, reżyserowanego przez Siergieja Eisensteina. Szturm filmowo wykreowany.
Piotr Gadzinowski

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Piotr Gadzinowski

Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).