Precz z macaniem!

Na podstawie naszych zachowań w internecie administratorzy danych tworzą nasz indywidualny profil. Ten zaś staje się potężnym narzędziem społecznej manipulacji, wykorzystywanym przez biznes i polityków.

Profilowanie, według rozporządzenia ogólnego UE 2016/679 w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, w skrócie: RODO), oznacza „dowolną formę zautomatyzowanego przetwarzania danych osobowych, które polega na wykorzystaniu danych osobowych do oceny niektórych czynników osobowych osoby fizycznej, w szczególności do analizy lub prognozy aspektów dotyczących efektów pracy tej osoby fizycznej, jej sytuacji ekonomicznej, zdrowia, osobistych preferencji, zainteresowań, wiarygodności, zachowania, lokalizacji lub przemieszczania się”. Ujmując rzecz prosto, profilowanie to automatyczne przetwarzanie naszych danych, które możemy świadomie podawać albo nie, a które pozwala na stworzenie profilu nas samych. Na podstawie naszych zachowań w internecie, które obejmują to, co oglądamy, co lajkujemy na Facebooku, czego szukamy, jak formułujemy myśli, co ujawniamy na swój temat, co umieszczamy na zdjęciach, co „linkujemy” itd., administratorzy danych (np. operatorzy wyszukiwarek internetowych) umieją narysować idealny portret każdego użytkownika sieci: jego zainteresowań, preferencji konsumpcyjnych, stanu zdrowia, stanu rodzinnego, orientacji i zainteresowań seksualnych, poglądów politycznych, religijnych czy jakichkolwiek innych. Wystarczy więc trochę „posiedzieć” w internecie i nawet nie ujawniając żadnych danych świadomie, lecz czyniąc to nieświadomie (poprzez wybieranie określonych stron czy szukanie określonych haseł w wyszukiwarce), jest się dokładnie „sprofilowanym”.

Profil na sprzedaż

Co oznacza „profilowanie” w wymiarze prawnym, a ściślej: ochrony praw człowieka? Po pierwsze, drastyczne naruszenie naszej prywatności, w tym w zakresie ochrony danych osobowych wrażliwych. Dajmy przykład: jeśli przeszukują państwo internet w poszukiwaniu informacji o lekach na haluksy, nietrzymanie moczu i bezsenność, to wyszukiwarka zaczyna kreślić państwa portret w ten sposób: kobieta, po 60. roku życia, z określonym zestawem chorób. Jeśli chodzi o opis państwa stanu zdrowia, mówimy tu o danych tzw. wrażliwych (do nich zalicza się m.in. dane o stanie zdrowia). Jeśli wejdą państwo ze dwa razy na stronę np. „Gazety Polskiej”, wówczas wyszukiwarka doda w tym opisie „poglądy prawicowe”. Jeśli poszukają państwo becików dla dziecka, w profilu znajdzie się informacja „ma wnuki”. Jeśli do tego przejrzą państwo promocje w popularnej sieci dyskontów, w wyszukiwarce znajdzie się informacja „ograniczone dochody”. I tak dalej. Już po tygodniu mamy pełny portret, uzupełniony o informację o tym, gdzie się państwo znajdują (np. określona wieś na Podlasiu).

Co można zrobić z takim profilem? Ano, oczywiście, sprzedawać go. Komu? To oczywiste: firmom farmaceutycznym (dane o zdrowiu), partiom politycznym (dane o poglądach), sieciom handlowym (nawyki konsumenckie) itd. Można też sprzedać te dane służbom specjalnym różnych państw, aby mogły specjalnie zasypywać państwa materiałami dezinformującymi (np. proponując określone „polubienia” na portalu społecznościowym czy wyświetlając określone „materiały sponsorowane” w okienku wyszukiwarki).

Bańka informacyjna

I tu przechodzimy do drugiego aspektu skutków internetowego profilowania, czyli do „bańki informacyjnej”. Zasypywani określonymi „podpowiedziami” internetu dotyczącymi tego, co „może państwa zainteresować”, zaczynamy zamykać się w bańce informacyjnej: docierają do nas stopniowo już tylko określone treści, zgodne z „wyobrażeniem” wyszukiwarki o naszych zainteresowaniach, poglądach czy uprzedzeniach. Na przykład, jeśli zainteresował nas, choćby i kuriozalny, materiał o migrantach, podmioty tym zainteresowane (np. służby specjalne „zaprzyjaźnionego” państwa na wschodzie), kupiwszy nasze dane, zaczną nam „podsuwać” spreparowane materiały o rzekomych zagrożeniach płynących ze strony imigrantów. W ten sposób służby specjalne są w stanie, poprzez zasypanie fake newsami, ulepić z użytkownika internetu o umiarkowanych poglądach prawicowego siepacza i wyborcę PiS.
Przypomnijmy, że „wolność wypowiedzi”, jako prawo człowieka, jest wieloaspektowa. Obejmuje zarówno prawo do wypowiadania się (tzw. aspekt czynny), jak i prawo do otrzymywania informacji (aspekt bierny) w sposób nieskrępowany. Nie jest trudno zauważyć, że profilowanie internetowe stanowi potężną agresję wobec wolności wypowiedzi w tym drugim aspekcie. Zamiast otrzymywać informacje takie, jaki jest rzeczywisty stan wiedzy i dyskusji o sprawach publicznych, zaczynamy otrzymywać propagandowy ściek, którego nie powstydziłby się Jacek Kurski i jego gadzinówka. Skoro tak, to powinniśmy głośno protestować przeciwko internetowemu profilowaniu jako rodzajowi cenzury, ale nałożonej nie na rozpowszechnianie informacji, lecz na ich otrzymywanie. Nawet najbardziej pluralistyczny internet staje się, dzięki profilowaniu, zbiorem sterowanych strumieni informacji, a jego użytkownik nie ma tak naprawdę większych szans, żeby zobaczyć świat poza granicami bańki informacyjnej, w której go osadzono.

Poza tymi dwoma aspektami jest też wiele innych. Na przykład, na podstawie naszego „profilu” możemy (i jesteśmy) oceniani przez banki czy towarzystwa ubezpieczeniowe. Jeśli z profilu wynika, że interesują nas sporty ekstremalne albo tuningowanie samochodów – nie liczmy na zniżki w ubezpieczeniach. Jeśli profil podpowiada, że uwielbiamy kupować rzeczy luksusowe – nie liczmy na kredyt hipoteczny (a w każdym razie nie liczmy na jego korzystne warunki). W ten sposób profilowanie uderza również w nasze prawo do równego traktowania i prawo do majątku.

RODO vs. profilowanie

W tym wszystkim absolutnie zastanawiające są dwie kwestie.
Po pierwsze, zastanawiające jest to, że RODO nie zabrania profilowania. RODO dostrzega fakt, że profilowanie ma miejsce, i nakazuje jedynie zapewnić poinformowanie profilowanej osoby o tym, że takiemu profilowaniu podlega (art. 13 i 14 RODO), zapewnienia osobie, której dane dotyczą, dostępu do informacji o profilowaniu (art. 15 RODO), a także do wnoszenia sprzeciwu, jeśli wiemy, że jesteśmy profilowani (art. 21 RODO). To wszystko.

Dlaczego więc RODO po prostu nie zakazuje profilowania, skoro jest ono tak groźne? Cóż, nie mam tu jasnej odpowiedzi. Mogę się tylko domyślać, że zakazanie profilowania uderzałoby zarówno w potężne interesy gospodarcze, jak i w potężne interesy polityczne, w tym służb specjalnych, które również są klientami profilowania.
Po drugie, zdziwienie musi budzić to, że chociaż całkiem głośno podejrzewa się (np. w USA czy Wielkiej Brytanii) pewne wielkie mocarstwo na wschodzie o korzystanie z profilowania w celu dezinformowania elektoratu i wpływania w ten sposób na wynik wyborów czy referendów (Rosja jest przeszczęśliwa z powody brexitu osłabiającego UE, wyboru Trumpa osłabiającego USA czy wreszcie wyboru PiS, totalnie marginalizującego i izolującego malutką Polskę na arenie międzynarodowej) – to jakoś pisowski bezzębny „pambuk” i jego zgraja nie podnoszą larum.
Tu odpowiedź wydaje się łatwiejsza. PiS ma ogromne pieniądze i stoją za nim potężne siły, kształtujące światową politykę, którym na rękę jest wybór partii o charakterze ekstremistycznym w Polsce. To wszystko powoduje, że PiS jest naturalnym klientem profilowania i za jego pomocą może sam manipulować wynikami wyborów w Polsce. Efekty stale zauważamy.
Dlatego uważam, że w polu zainteresowania opozycji demokratycznej w Polsce powinno być doprowadzenie do zmiany RODO w ten sposób, aby zakazać internetowego profilowania obywateli UE. Bez tego nigdy nie dojdzie do zmiany mentalnej i zrzucenia klapek, które mają na oczach wyborcy m.in. PiS. Przedkładam tę propozycję jako pierwsze zadanie dla eurodeputowanych wybranych z list Koalicji Europejskiej i Wiosny w nowej kadencji Parlamentu Europejskiego. Precz z profilowaniem! Żądamy wolności otrzymywania informacji i wolności od „macania” nas przez wyszukiwarki internetowe. To naprawdę poważna sprawa.
Jerzy Dolnicki

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity