Rodzina Gądeckiego, czyli kościelne dony

Kościół katolicki przejął mafijne zwyczaje, ale bardziej prawdopodobne, że jest odwrotnie i to mafia wzorowała się na klerze.

W watykańskiej instytucji i jej narodowych filiach obowiązuje omerta, czyli zmowa milczenia. Dotyczy księżych dzieci, afer obyczajowych i alkoholowych, wykorzystywania zakonnic, a przede wszystkim przestępstwa pedofilii. Sprawcy są ukrywani przez swoich biskupów przed wymiarem sprawiedliwości, choć już od dawna formalnie nie obowiązuje nakazująca takie bezprawne działania, tajna, papieska instrukcja „Crimen sollicitationis”.

Wyższe duchowieństwo posiada cechy, które według włoskiego psychiatry i pisarza Corrado De Rosy charakteryzują „perfekcyjnego” szefa mafii. Są to: narcyzm, paranoja, religijny fanatyzm, skłonność do stosowania przemocy. Czyż nie pasują do tego obrazu polscy hierarchowie: Depo, Dydycz, Głódź, Gulbinowicz, Hoser, Jędraszewski, Michalik, Nycz, Tyrawa, Wojda, by wymienić tylko bardziej znanych z nieprzyzwoitych ekscesów i bezczelnych wypowiedzi?

Powszechnie przyjęta definicja mafii także doskonale pasuje do Kościoła katolickiego: „zorganizowana grupa przestępcza o dużych wpływach i powiązaniach z osobami na różnych szczeblach władzy, policją, biznesem, prowadząca działalność finansowaną z przestępstw”. Pierwszy człon nie wymaga tłumaczenia. Bezsporny i bardzo silny, choć zazwyczaj pośredni, jest kościelny wpływ na stanowienie prawa, podział środków budżetowych, patriarchalny, przemocowy model rodziny, kształt szkolnej edukacji, państwowy ceremoniał z obowiązkowym nabożeństwem… można wymieniać jeszcze długo. Za sprawą Kościoła w 1993 r. wróciło aborcyjne „piekło kobiet”, nie ma ustawy o związkach partnerskich, utrudniona jest dostępność do skutecznej, nowoczesnej antykoncepcji, in vitro, badań prenatalnych, przepisy o ochronie uczuć religijnych ograniczają swobodę wypowiedzi i artystyczną twórczość.

Gołym okiem widać zblatowanie kleru z politykami. Od sołtysa, wójta, radnych i zarządów wszystkich szczebli poczynając, poprzez posłów, senatorów, ministrów, na premierze i prezydencie Rzeczypospolitej kończąc. W przypadku wiecznie klęczącego Andrzeja Dudy zaczadzenie kadzidłem przybiera wręcz groteskową postać. Prezydent łapie hostię w locie, całuje po rękach nie tylko biskupów, ale nawet Rydzyka, z dumą przypisuje się do Rodziny Radia Maryja, ostentacyjnie uczestniczy w religijnych uroczystościach. Zdecydowana większość polityków manifestuje podległość Kościołowi i gotowość wykonywania poleceń duchowieństwa już podczas ślubowania, bezmyślnie wygłaszając formułkę „Tak mi dopomóż Bóg”, choć nawet ci wierzący powinni z doświadczenia wiedzieć, że bóg w nic się nie angażuje. Za to jego samozwańczy, ziemscy namiestnicy – przeciwnie. Bardzo chętnie pomagają politykom, z zasady z ogromną szkodą dla państwa i obywateli.

Oficjalnie bezpośrednia ingerencja Episkopatu Polski w działanie rządu dokonuje się poprzez Komisję Wspólną Przedstawicieli Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski, a do jej likwidacji w 2011 r. także poprzez Komisję Majątkową. Nieoficjalnie zaś przez telefon. Tak było m.in. pewnego sierpniowego dnia 1990 r. Premier Mazowiecki aż podskoczył z radości, że telefonuje do niego sam prymas Glemp. Rozmowa była mniej radosna, bo zawierała kategoryczne żądanie natychmiastowego przeniesienia lekcji religii z salek katechetycznych do szkół. Mazowiecki oczywiście nie ośmielił się odmówić i bez szemrania nakazał swojej minister edukacji wydanie odpowiedniego, acz bezprawnego zarządzenia. Ten wychwalany dziś za rzekomą niezależność polityk Unii Wolności rażąco złamał prawo. Pewnie nigdy się nie dowiemy, czy zrobił to ze strachu przed ewentualną zemstą Episkopatu, bo przecież szykował się do startu w wyborach prezydenckich, czy raczej z mentalnego uzależnienia od Kościoła i wpojonego przekonania, że prymasowi się nie odmawia.

Po latach bez żenady przyznał się do tego haniebnego czynu, choć wcześniej, jak i inni PRL-owscy opozycjoniści, wyśmiewał załatwianie spraw na telefon. Sposób ten, jako prosty, a kiedyś także niepozostawiający śladów, stał się trwałym elementem rządów w III RP. Ile podobnych spraw było, stanowi najpilniej strzeżoną tajemnicę państwowo-kościelną. Można domniemywać, że tysiące. Zmienił się jedynie dzwoniący: z sekretarza PZPR na sekretarza Episkopatu. Za kaczyzmu doszedł jeszcze prezes PiS, którego „słowo droższe pieniędzy”. W dodatku jak najbardziej na kasę przeliczalne i dlatego tak cenne.

Jarosław Kaczyński decyduje o wszystkich intratnych funkcjach, stanowiskach i fuchach. Rozdaje miejsca na listach wyborczych, w rządzie, zarządach, radach nadzorczych. Dla skuteczniejszego, ręcznego sterowania przywrócił nieopatrznie przez siebie zlikwidowane w 2015 r. ministerstwo skarbu państwa, nazwane teraz dla niepoznaki Ministerstwem Aktywów Państwowych. Na jego czele postawił swojego zaufanego Jacka Sasina, który tym sposobem stał się najpotężniejszym z ministrów. Jego imperium jest warte jakieś 63 mld zł, licząc tylko firmy notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych. Obejmuje 329 firm, które w poprzedniej kadencji były podzielone między 11 ministerstw, i 27 znajdujących się wcześniej pod bezpośrednim nadzorem premiera. Do kompletu szczęścia Agencja Mienia Wojskowego zabrana z MON i Agencja Rozwoju Przemysłu od Morawieckiego. Niewykluczone, że imperium Sasina obejmie także największe państwowe banki i firmy ubezpieczeniowe. Byłoby wtedy warte 100 mld zł plus firmy, które nie są notowane na giełdzie. To jest dopiero plus, a nie jakieś tam pincet zdegradowane przez inflację do 300.

Do pełnej identyfikacji Kościoła katolickiego, jako instytucji mafijnej, trzeba jeszcze tylko stwierdzić, czy swoją działalność prowadzi za pieniądze pochodzące z przestępstw. Jedynie pozornie jest to pytanie obrazoburcze. Naprawdę jest retoryczne, a odpowiedź oczywista: tak, po trzykroć tak! Kościelny majątek w dużej mierze pochodzi z wyłudzeń od państwa, samorządów i wiernych. W ramach działalności osławionej przekrętami Komisji Majątkowej, Kościół katolicki występował o zwrot nieruchomości, które nigdy do niego nie należały ani tym bardziej nie zostały zabrane przez władze PRL. Księża masowo poświadczali nieprawdę, fałszowali dokumenty, byle tylko dorwać się do majątku. W indywidualnej skali wyłudzają darowizny lub zapisy testamentowe od starych, samotnych, schorowanych ludzi. Mamią wiernych fałszywą obietnicą życia wiecznego i żądają zapłaty żywą gotówką, tu i teraz. Podobnie jest z odpustami za grzechy.

Za sprzedaż nieistniejącego towaru świeccy oszuści odpowiadają z art. 286 § 1 kodeksu karnego („Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”). Sutannowi oszuści, nie dość, że unikają jakiejkolwiek kary, to jeszcze cieszą się powszechnym szacunkiem, poważaniem i miłością. Wierni żołnierze kościelnej mafii, cokolwiek zrobią, są chronieni. Przez swoich zwierzchników i podporządkowane im klerykalne państwo pislandzkie. Don Corleone zazdrości takiej rodziny.

prof. Joanna Senyszyn
senyszyn.eu

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Joanna Senyszyn

Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).