Smar polskiej demokracji

Władza nie jest wielbłądem, pić musi.

Z drżeniem rąk wgłębiłam się w ostatni numer tygodnika „Wprost”, zwabiony anonsowanym na pierwszej stronie demaskatorskim raportem o alkoholu w Sejmie RP. Czytałem i z biegiem lektury rozczarowywałem się. I jako współtwórca sejmologii, poseł trzech kadencji i autor „Reguły dwóch fundamentów parlamentu”, muszę teraz problem alkoholu w Sejmie zdecydowanie wam pogłębić.
Wspomniana „Reguła dwóch fundamentów parlamentu” brzmi:
„Każdy parlament, nawet w kraju nieortodoksyjnie demokratycznym, musi mieć dwa pomieszczenia: knajpę parlamentarną i Salę Plenarną. Sala Plenarna jest mniej ważna, bo zwykle powtarza się tam to, co się wcześniej ustaliło W kuluarach, czyli w knajpie”.

Lenin zaczął, Jurek ciągnął

Każda władza nie jest wielbłądem. Pić musi. Musi też czasem zakąsić. Zwłaszcza kiedy pracuje od rana do nocy. Pierwsze systemowe dożywianie przedstawicieli władzy wprowadził Włodzimierz Lenin, kiedy na Kremlu natknął się na mdlejących z głodu urzędujących tam bolszewików. Wtedy nakazał, aby wszyscy tam pracujący codziennie dostawali talerz solianki. Pożywnej zupy. Wraz z postępami w budowie komunizmu w Rosji kremlowskie menu reprezentantów światowego proletariatu wzbogacało się o bliny, kawior, jesiotra pierwszej świeżości i rzecz jasna wielogwiazdkowe koniaki.
Leninowskie wzorce znalazły uznanie także po drugiej stronie Europy. Tam, gdzie formalnie pierwszą władzą były i są parlamenty. Francuscy deputowani, też potomkowie Rewolucji, postanowili przestać szlajać się w przerwach obiadowych po knajpach i piwiarniach. Już od połowy XX w. mają na VII piętrze gmachu Zgromadzenia Narodowego skromnie udekorowany bufet. Serwujący ślimaki w majonezie, pulardy w galarecie, homary w sosie czosnkowym, zające po królewsku. Wszystko to zalewane winem przedniej jakości po cenach niezwykle pospolitych.
Zwyczaj ten szybko przyjął się w innych parlamentach. I w każdej tamtejszej knajpie serwuje się alkohole lekkie i ciężkie. Nawet w państwach uchodzących za religijnie abstynenckie. Jak w islamskim Maroku czy demokratycznej alkoholowo przedwojennej Syrii.

Alkohol jest bowiem darem i smarem demokracji. Najpierw ułatwia zawieranie politycznych znajomości. Potem, smarując nim, unika się w pracy politycznej ideowych zgrzytów. Tarć personalnych w koalicjach rządzących. Regularne smarowanie nim od wewnątrz łagodzi ideową oporność najbardziej zapiekłych ortodoksów.
Alkohol koi też cierpienia parlamentarzystów wysiadujących kolejne kadencje na twardych ławach opozycyjnych. Bez sejmowych bufetów nie byłoby zgodnego ucierania stanowisk i przegłosowanych kontrowersyjnych ustaw we wszystkich dotychczasowych Rzeczpospolitych.

Pamiętacie zapewne świetnie skręcony przez Andrzeja Wajdę spektakl telewizyjny „Bigda idzie!” wedle prozy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Znakomity obraz życia politycznego i parlamentaryzmu II RP. Pamiętacie zapewne, że wtedy też najważniejsze i najbardziej dramatyczne decyzje zapadały w sejmowym bufecie. I dopiero potem były ogłaszane na Sali Plenarnej.
W Polsce Ludowej ciężar władzy przesunął się z parlamentarnej Wiejskiej do gmachu KC PZPR. Zmarginalizowany Sejm zbierał się na sesjach dwa razy w roku. Ciała parlamentarne płci wszystkich mieszkały w Starym Domu Poselskim, dziś siedzibie biur komisji sejmowych, w pokojach wieloosobowych z łazienkami na korytarzach. W sejmowych stołówkach jadało się suto, acz niewyszukanie, jak to w gospodarce niedoboru rynkowego. Za to chlało się ostro. Ale ukradkiem, tylko w pokojach, bo towarzysze posłowie byli pruderyjni jak dzisiejsi proboszczowie.
Kiedy po 1989 r. odrodziła się demokracja parlamentarno-gabinetowa, raźnie ruszono też, aby odrobić parlamentarno-gastronomiczne zapóźnienia. Tym bardziej że do pracującego wtedy na okrągło Sejmu doszedł stuosobowy Senat.

Odrodzenie demokratycznej gastronomii zaczęło się od zmian w Starym Domu Poselskim. Urządzono tam restaurację na pierwszym piętrze i barek dolny na poziomie sutereny. Wraz z umacnianiem się demokracji barek dolny ewoluował w kierunku narodowego fast foodu, a restauracja przekształciła się w drink-bar z panią Moniką. Biust pani Moniki był obiektem fantazji erotycznych wielu parlamentarzystów i kilku parlamentarzystek. Serwowane dania – nigdy.

W Nowym Domu Poselskim, czyli dzisiejszym hotelu dla parlamentarzystów, urządzono kolejną knajpę, kultowy drink-bar „Za kratą” i stoisko cukiernicze. Bo każdy smakosz wie, że rurką z kremem też zakąsić można.

Na pierwszym piętrze hotelu poselskiego był jeszcze barek nocny, serwujący wódkę, zagrychę i napoje towarzyszące na użytek „nocnych Polaków rozmów”, urządzanych w hotelowych pokojach posłów. Najbardziej oszczędne ciała parlamentarne wódkę, i płyny do jej towarzystwa, kupowały w sejmowym sklepiku spożywczym.
Całość zaplecza gastronomicznego parlamentu polskiego uzupełnia bufecik w siedzibie Senatu RP, skromny jak zakres władztwa tej Izby Dumania, i „Rządówka”. Czyli specbufet, używany kiedyś przez przewodniczących komisji i prezydium Sejmu. Ale ten „full wypas” zawłaszczył potem tylko na swoje potrzeby bogobojny marszałek Marek Jurek.

Wódka wygrywa z kaplicą

Sejm RP jest jedynym miejscem w Polsce, w którym stale i jawnie łamie się ustawę o wychowaniu w trzeźwości. Zakazującą sprzedaży alkoholu w pobliżu obiektów sakralnych. W gmachu Sejmu sklep z wódką sąsiaduje z kaplicą sejmową. Jak się domyślacie, w przeciwieństwie do kaplicy, sklep stale jest pełen. W IV kadencji były zakusy, aby ten zgrzyt prawny usunąć, czyli zlikwidować sklep. Proponowali to posłowie z dawnego Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Szybko zostali przywołani do porządku przez lewicę, w tym niżej podpisanego, przypomnieniem, że sklep w Sejmie był pierwszy. Zatem rozwiązaniem konfliktu byłoby zamknięcie kaplicy.

Potem prawicowi radni warszawscy pod wodzą Karola Karskiego straszyli parlamentarzystów, że zabronią wyszynku w gmachu parlamentu, bo kodeks zabrania picia w miejscu pracy. Ale kiedy Karol Karski został prominentnym posłem PiS, to sejmowa prohibicja od razu wywietrzała mu z głowy. I sklep pozostał.
Gmach Sejmu przypomina akademik studencki albo koszary wojskowe – często słyszałem taką opinię. Nic dziwnego, że parlamentarzyści przyjeżdżający dwa razy w miesiącu do Warszawy na cztery–pięć dni sesji, czas wolny od pracy spędzają podobnie jak studenci i żołnierze. Widziałem parlamentarzystów bywających w kinie, teatrach, na koncertach nawet. Czytających książki. Spacerujących po Warszawie. Grających w karty i gry komputerowe. Ale wielu woli odpoczynek w hotelu sejmowym.

Już w 1929 r. sprawozdawca sejmowy Bernard Singer, brat Izaaka – naszego pisarza noblisty, opisywał najważniejszą instytucję ówczesnego parlamentu: Bufet. Opisywał, jak bufet godzi wszystkich polityków w II Rzeczypospolitej. Jak piją w nim i bratają się ze sobą wszyscy ci, którzy przed chwilą wściekle kłócili się podczas sejmowych debat. Dziś w Sejmie III RP takiego otwartego bufetu już nie ma. Parlamentarzyści boją się pić publicznie, żeby nie napiętnowały ich media. Dlatego parlamentarne imprezy w czasie posiedzeń odbywają się w hotelowych pokojach. Nic dziwnego, że ten Sejm jest tak skłócony.

Bo przecież to nie alkohol decyduje o tym, czy polski parlamentarzysta mówi trzeźwo, czy głupio. Przeciwnie, czasem pomaga on posłowi czy senatorowi mówić prawdę, czyli to, co myśli; być sobą.
Zresztą coraz częściej polscy parlamentarzyści, zamiast po kieliszek białej wódki, sięgają po usypane kreski białego proszku. I o tym też warto raport napisać.
Piotr Gadzinowski
PS. Kandyduję do Sejmu RP z listy Lewicy w Warszawie, z ostatniego miejsca na liście, bo byłem już posłem. I przez trzy kadencje zawsze przemawiałem trzeźwo.

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Piotr Gadzinowski

Poseł na Sejm RP w latach 1997–2007. Redaktor i felietonista w: „itd”, „Trybunie”, „NIE”, Lewica24. Publikował też w „Przeglądzie Tygodniowym”, „Sztandarze Młodych”, „Przeglądzie”, „Dziś”, Onecie, Strajku, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, mediach chińskich. Publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, scenarzysta, wykładowca akademicki. Autor i współautor ośmiu książek poświęconych kulturze i polityce. Odznaczony medalem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis” oraz „Tęczowym Laurem”, „Srebrnymi Ustami” i „Złotą Odznaką” Stowarzyszenia Filmowców Polskich. (Wielbiciel i znawca orientalnych potraw, w tym trunków – przyp. red).