Stracone złudzenia

Przez moment zdawało się, że coś w zapyziałej, klerykalnej Polsce drgnie. Nie drgnęło.

Gwoździe do trumny wyznaniowego państwa były trzy: raport Fundacji „Nie lękajcie się” o kościelnej pedofilii i jej interaktywna mapa w internecie, film Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” i wreszcie czerwcowa wizyta w Polsce kardynała Charlesa Scicluny, zwanego „młotem na pedofilów”. Dwa pierwsze nie zdołały przytrzymać wieka, a trzeci w ogóle nie został wbity. Kościół katolicki trzyma się równie mocno jak zblatowana z nim „dobra zmiana”. I przynajmniej do jesiennych wyborów nikt i nic nie zachwieje jego pozycją. Symbioza z kaczystami daje siłę obu stronom.
Wprawdzie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy ocena Kościoła pogorszyła się, ale wciąż pozytywnie ocenia go 48 proc. badanych przez CBOS, a negatywnie 40 proc. To niewątpliwie skutek, czy raczej efekt filmu „Tylko nie mów nikomu”, który obejrzało na YouTube 22,3 mln osób, a w TVN 2,2 mln. Proporcja ocen zmieniła się z 57:32 na 48:40.

Poprzednio tak złą opinię o działalności watykańskiego okupanta mieli Polacy w 1995 r., bo przez pierwszych pięć lat transformacji kler zdrowo zalazł obywatelom za skórę. Nie dość, że pełnymi garściami czerpał finansowe pożytki ze zmian ustrojowych, to jeszcze wymusił na rządzących religię w szkole, restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, konkordat.

W następnych latach klerykalizacja państwa coraz bardziej postępowała. W konstytucji, zamiast jednoznacznego zapisu o świeckości państwa i rozdziale od Kościoła, znalazło się mętne sformułowanie: „Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego” (art. 25 p. 3). W Sejmie, Senacie, urzędach, szkołach zawisły krzyże. Na uroczystościach państwowych, które obowiązkowo zaczynały się mszą, roiło się od kleru, zazwyczaj witanego w pierwszej kolejności. JP2 został santo subito, szalało Radio Maryja, coraz częstsze były procesy o obrazę uczuć religijnych. Niepostrzeżenie następowało przyzwyczajenie do nowej sytuacji. W dodatku wyrosło pokolenie wychowane przez katechetów i zafałszowaną historię. Zwłaszcza PRL, JP2, II wojny światowej, Kościoła katolickiego, band, nazwanych początkowo „żołnierzami wyklętymi”, a teraz coraz częściej niezłomnymi.

Współcześni Polacy uważają się za wierzących, choć niepraktykujących. Coraz rzadziej uczestniczą w mszach, ale wciąż chrzczą dzieci, wysyłają je do pierwszej komunii, biorą kościelny ślub, urządzają pogrzeb z księdzem. Ponoć dla tradycji, żeby nie drażnić rodziny i znajomych, a naprawdę na wszelki wypadek, bo jeśli Boga nie ma, to nic nie szkodzi, a jeśli jest, takie obrzędy mogą się przydać. Ich szafarze są niejako automatycznie uprzywilejowaną kastą, bo odpuszczając grzechy i dając ostatnie namaszczenie, otwierają wrota do królestwa niebieskiego. Toteż ujawnienie masowych kościelnych przestępstw pedofilskich było szokiem, aczkolwiek w Polsce nieporównanie mniejszym niż w innych krajach. Najbardziej bagatelizowali problem biskupi. Był to sposób samoobrony, bo przecież właśnie oni, ukrywając księży pedofilów, przyczynili się do nieprawdopodobnego rozprzestrzenienia tej zarazy.

W marcu 2019 r., w odpowiedzi na „Raport o kościelnej pedofilii w Polsce”, przekazany papieżowi Franciszkowi, miała miejsce skandaliczna konferencja prasowa, podczas której episkopat podał, że „od 1 stycznia 1990 r. do 30 czerwca 2018 r. zgłoszenia wykorzystywania seksualnego małoletnich dotyczyły 382 duchownych, a ich ofiarą padło łącznie 625 dzieci”, ale równocześnie abp Jędraszewski podkreślił, że „Kościół musi okazywać miłosierdzie sprawcom”, a „zero tolerancji ma charakter totalitarny”. Przewodniczący KEP abp Gądecki przyczyn pedofilii szukał w „programach seksualizacji dzieci”, w pornografii, w „ciemnym internecie”. Przede wszystkim zaś wskazywał, że „nie jest to problem samego Kościoła, to jest problem całego świata, bo jeśli w Europie dotyczy on 18 mln wykorzystywanych dzieci, to nie znaczy, że te wszystkie 18 mln jest w Kościele”. I zamartwiał się: „Co z tego wszystkiego będzie, jeśli my zlikwidujemy problem pedofilii w Kościele, a on będzie w takim wymiarze w społeczeństwie?”.

Przełomem był dopiero film Sekielskiego. Po kilku pierwszych, negatywnych, bezczelnych reakcjach, między innymi abp. Głódzia, rozlała się fala w większości fałszywych, wymuszonych okolicznościami przeprosin. Biskupi ścigali się ze sobą, który urządzi bardziej wzruszający spektakl pod publiczkę. Oczywiście w dalszym ciągu nie mówili o jakiejkolwiek, a zwłaszcza finansowej, odpowiedzialności Kościoła. Niemniej był to postęp.

Ofiary księży pedofilów i postępowa część społeczeństwa wiązały ogromne nadzieje zarówno z działalnością Fundacji „Nie lękajcie się”, jak i z przyjazdem do Polski abp. Scicluny, zwanego terminatorem papieża, po którego wizycie w Chile podał się do dymisji cały tamtejszy episkopat. Zawód jest podwójny. Prezes Lisiński, który złożył już rezygnację z funkcji, jest oskarżany o wyłudzenie kilkudziesięciu tysięcy złotych od jednej z ofiar, a wcześniej także od księdza, którego następnie oskarżył o molestowanie seksualne. Nawet jeśli okaże się to nieprawdą, atmosfera wokół Fundacji zrobiła się nieprzyjemna.

Jednak największym rozczarowaniem jest postawa abp. Scicluny, który już na wstępie oświadczył, że nie ma żadnej specjalnej misji, a tym bardziej nie został wysłany przez papieża Franciszka, jak do Chile, żeby zrobić porządek z biskupami ukrywającymi kościelną pedofilię. Przeciwnie! Przyjechał z przyjacielską wizytą na ubiegłoroczne zaproszenie Konferencji Episkopatu Polski, aby zapoznać polskich biskupów z wykorzystywaniem nieletnich przez niektórych duchownych i przeprowadzić „dzień studyjny”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Wręcz zachwycił się wytycznymi KEP w sprawie ochrony dzieci i młodzieży, a zwłaszcza tym, że dostał je po angielsku, dzięki czemu w ogóle ma okazję poznać ten wytwór myśli polskich biskupów. Bardzo wytyczne pochwalił, ale równocześnie podkreślił, że „dokumenty to za mało” i teraz „musimy przejść od bardzo dobrych dokumentów do najlepszych praktyk”. Nawet trudno ocenić, co miał na myśli, bo dotychczasowe praktyki polskich hierarchów ograniczają się do ukrywania kościelnej pedofilii i utrudniania pracy wymiarowi świeckiej sprawiedliwości.

Ku zdumieniu przedstawicieli Fundacji „Nie lękajcie się” oświadczył, że jej raportu nie tylko nie czytał, ale nawet nie widział i nie zna też planów papieża Franciszka w stosunku do Polski. Na osłodę zachwycił się filmem Sekielskiego, który ponoć zrobił na nim wstrząsające wrażenie. Na zakończenie, jak na ironię, przytoczył słowa przyjaciela i obrońcy pedofilów Jana Pawła II, że „nie ma miejsca w kapłaństwie i życiu zakonnym dla tych, którzy krzywdzą dzieci”. Od siebie dodał, że „sprawa ochrony dzieci w Kościele ma naczelne znaczenie, absolutnie podstawowe”. Na takie dictum można powiedzieć tylko jedno: amen.
prof. Joanna Senyszyn

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Joanna Senyszyn

Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).