Szpetna atrapa

Mało kto pamięta, że w Warszawie przy al. Szucha 12a nadal rezyduje organ podający się za Trybunał Konstytucyjny.
Sam adres jest interesujący. Siedziba organu podającego się za TK to dawna szkoła kadetów im. Suworowa. Duch pierwszego patrona tego budynku zdaje się nadal tam unosić. Suworow, rosyjski generał, był odpowiedzialny za wymordowanie w 1794 r. około 20 tys. mieszkańców warszawskiej Pragi. Współcześnie ten akt ocenilibyśmy pewnie jako przykład ludobójstwa i zbrodni wojennej, podlegający ściganiu przez – tak nielubiane przez PiS – organy międzynarodowe, np. Międzynarodowy Trybunał Karny. Jednak w XVIII w. caryca Katarzyna II uznała haniebne zachowanie Suworowa za godne nagrody, co wyraziła zresztą ustanowieniem specjalnego orderu (Krzyż za Zdobycie Pragi). Ludobójstwo Suworowa spowodowało upadek Warszawy i koniec insurekcji kościuszkowskiej, a w konsekwencji również upadek I Rzeczypospolitej. Muszę wyznać, że uznaję Suworowa za adekwatnego patrona dla budynku, w którym pensje pobierają ludzie pokroju Przyłębskiej i Muszyńskiego. Zgodnie z duchem Suworowa, w al. Szucha 12a rządzi obecnie doktryna bezwzględnej siły i władzy, która nie musi się liczyć z nikim i z niczym. Wartości konstytucyjne wyrzucono oknem, w ślad za odchodzącymi z Trybunału prawdziwymi jego sędziami, takimi jak prof. Ewa Łętowska, prof. Mirosław Wyrzykowski czy prof. Stanisław Biernat. Na ich miejsca wprowadzili się (a raczej zostali wprowadzeni przez PiS) ludzie bez kwalifikacji i etyki właściwej sędziom, która powinna się sprowadzać do bezwzględnego podporządkowania sędziowskiej posługi naczelnym wartościom konstytucyjnym. Z tronu polskiego sądownictwa uczyniono sedes, że tak ujmę rzecz obrazowo.

Pierwszy krok w przepaść

W ciągu czterech długich lat swoich rządów PiS dopuściło się wszelkich możliwych podłości. Okradziono miliony ludzi z ich oszczędności w OFE, oszukano frankowiczów, odebrano kobietom resztki praw reprodukcyjnych, przeprowadzono kampanię propagandy antymniejszościowej, zniszczono międzynarodowy autorytet Polski i odizolowano ją od Europy, poniżono lekarzy i nauczycieli, zniszczono życie polskim dzieciom (które obecnie zapisują się w szkołach w kolejkach do kibli), zlikwidowano autonomię uczelni, wyeliminowano resztki przyzwoitego dziennikarstwa z publicznych mediów, ukradziono i przetransferowano na konta spółeczek, kościółków lub fundacyjek miliardy złotych, stworzono mafijny aparat spotwarzania sędziów, sparaliżowano wymiar sprawiedliwości, z prokuratury zrobiono partyjną esbecję, uprawiano korupcję w centrum polskiej bankowości… Można by długo wymieniać. Więc zapewne likwidacja sądu konstytucyjnego nie była najobrzydliwszym z czynów tej gangsterskiej formacji politycznej.

Ale zamach na TK był pierwszym aktem pisowskiego bezprawia. I może dlatego tak nam zapadł w pamięć.
Oczywiście TK, przed zamienieniem go w partyjną maszynkę do klepania umorzeń i oddaleń skarg, nie był idealnym sądem konstytucyjnym. Na tych łamach kilka lat temu jednoznacznie krytykowałem niewytłumaczalny permisywizm Trybunału wobec ekscesów władzy ustawodawczej (chodziło np. o wyrok, sprawozdawany przez prof. Rzeplińskiego, dotyczący kwotowej waloryzacji emerytur w 2012 r.). Jednak wtedy był to tylko źle działający, niedoskonały Trybunał Konstytucyjny. Obecnie zaś mamy do czynienia z atrapą, która udaje sąd konstytucyjny i nie jest w ogóle uznawana przez społeczeństwo za obrońcę zasad konstytucyjnych. Jest też nadzwyczajnie wprost leniwa, bowiem statystyki tzw. TK pokazują, że właściwie nie wiadomo, co robią zatrudnieni w tej instytucji ludzie – taki jest poziom zapaści (młodzież powiedziałaby „padaki”) w realizacji obowiązków orzeczniczych. Pragmatyzm nakazywałby tę dziwaczną i zbędną instytucję w ogóle zlikwidować, bo ma ona tyle sensu, co kran, z którego nie płynie woda. Instytucja ta w ogóle nie poczuwa się też do obrony konstytucyjnych praw obywateli, co jest sensem jej istnienia – że tak nieśmiało przypomnę.
Żeby udowodnić tę tezę, posłużę się przykładem.

Wyrok na zamówienie

Dwa miesiące temu, 10 lipca 2019 r., tzw. TK wydał wyrok w sprawie K 3/16. Sprawa zaczęła się od tego, że rzecznik praw obywatelskich (ostatni obrońca konstytucyjnych praw i wolności Polaków) domagał się stwierdzenia niekonstytucyjności dwóch przepisów kodeksu postępowania karnego dotyczących stosowania aresztu tymczasowego. Jak powszechnie wiadomo, instytucja ta jest w Polsce nadużywana, bo sądy zdają się nie rozumieć, że areszt tymczasowy to instytucja nadzwyczajna, którą można stosować tylko w ostateczności. W rezultacie Polska na masową skalę łamie prawa obywateli do wolności osobistej, sypiąc aresztami, kretyńsko i notorycznie przegrywając sprawy w Strasburgu (o ile oczywiście p. Wojtyczek, wyhodowany przez Gowina polski sędzia w ETPC, nie zablokuje rozpoznania skargi).

Pierwszy z zaskarżonych przepisów to art. 258 par. 2 kpk: „Jeżeli oskarżonemu zarzuca się popełnienie zbrodni lub występku zagrożonego karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi co najmniej osiem lat, albo gdy sąd pierwszej instancji skazał go na karę pozbawienia wolności nie niższą niż trzy lata, potrzeba zastosowania tymczasowego aresztowania w celu zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania może być uzasadniona grożącą oskarżonemu surową karą”. Przekładając to na ludzki język: jeśli pisowskiemu prokuratorowi przyjdzie do głowy postawić zarzut wyssany z palca, ale za to taki, z którym związana jest wysoka kara (a po idiotycznych ziobrowych nowelizacjach kodeksu karnego bodaj już nawet za głośne pierdnięcie grozi 10 lat odsiadki), to sąd nie musi udowadniać, że puszczenie wolno oskarżonego (podejrzanego) zagrozi normalnemu tokowi postępowania. Może walnąć areszt, nie wysilając się na argumentację.
Drugi przepis to art. 263 par. 7 kpk: „Jeżeli zachodzi potrzeba stosowania tymczasowego aresztowania po wydaniu pierwszego wyroku przez sąd pierwszej instancji, każdorazowe jego przedłużenie może następować na okres nie dłuższy niż sześć miesięcy”. Innymi słowy – jeśli sąd pierwszej instancji (w osobie np. ziobrowego asesora ze szkoły Piebiaka) skazał już kogoś nieprawomocnie, a zarazem błędnie i głupio, na jakąkolwiek karę, to można stosować areszt niezależnie od tego, czy ma to jakiekolwiek logiczne przesłanki, czy też nie. Ot po prostu – jest nieprawomocny (!) wyrok, to niech delikwent na wszelki wypadek sobie posiedzi w areszcie.

Tak zwany Trybunał – nie uwierzą państwo – drugi z przepisów uznał za zgodny z Konstytucją, a w pozostałym zakresie postępowanie umorzył. Cóż za niespodzianka. Składowi przewodniczył oczywiście pan Muszyński. Szkoda czasu na przytaczanie obszernej argumentacji. Co jest jednak uderzające? Otóż TK (ten prawdziwy) jeszcze w 2012 r. badał konstytucyjność art. 263 par. 7 kpk i w uzasadnieniu wyroku (SK 3/12) wskazał, że nakłada na ustawodawcę „obowiązek dokonania takich zmian w prawie, które będą uwzględniać zarówno złożone przyczyny przedłużającego się postępowania karnego i w jego konsekwencji tymczasowego aresztowania, jak i realną potrzebę zapewnienia ochrony dóbr wskazanych w art. 31 ust. 3 Konstytucji”. Minęło niemal siedem lat i ustawodawca, pochłonięty obecnie tak doniosłymi sprawami, jak umożliwienie marszałkowi Sejmu „legalnego” obwożenia rodziny i znajomków samolotem za państwowe pieniądze, nie znalazł niestety czasu na zmianę tego przepisu. Innymi słowy, PiS olało wyrok TK z 2012 r. W normalnym kraju sąd konstytucyjny, który ma odrobinę szacunku dla samego siebie i obywateli, skosiłby taki przepis równo przy ziemi, nadmieniając, że skoro ustawodawca nie udźwignął zaufania pokładanego weń przez Trybunał, to niestety nie ma wyjścia i trzeba przepis uwalić.
Ale tak byłoby w kraju, w którym jest normalny sąd konstytucyjny. My zaś żyjemy w Polsce, w której kierownictwu państwa wszystko wolno, a powołany do ochrony obywateli przed nadużyciami władzy sąd konstytucyjny zamieniono w imitację oryginału, na dodatek z czymś nieopisanym w roli prezesa. Sąd ten rezyduje w budynku im. Suworowa, i słusznie.
Do wyborów został miesiąc. Albo ruszymy tyłki i sami w końcu zadbamy o swoje prawa, albo pozwolimy na to, żeby po wyborach zwycięskie PiS utytłało nas jeszcze bardziej w swoim bagnie. Apeluję: każdy czytelnik „FiM” musi przekonać pięć osób do głosowania przeciwko PiS. Ludzie, Polska jest w naszych rękach!
Jerzy Dolnicki

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity