Wiwat Pierwsze Tysiącnumerze!

Fakty i Mity” to był numer wykręcony w 2000 r. przez byłego księdza coraz bardziej klerykalnej Rzeczypospolitej. Dziś, Drodzy Czytelnicy, macie w rękach numer tysięczny.

Ile jeszcze trzeba ich wydać, by runęły chore stosunki państwo – Kościół? Ile przedstawić faktów i obalić mitów, by Polska stała się świecka? Jak długo księża mają bezkarnie gwałcić dzieci, biskupi ukrywać przestępców, Jasna Góra hołubić nazistów, paetzopodobni molestować podwładnych kleryków, Jędraszewski pleść androny, a Rydzyk przepuszczać wdowi grosz, żeby Polak-katolik przestał być potulną owieczką? Przed nami wciąż długa droga, ale przetarta tysiącami naszych felietonów, artykułów, komentarzy. Mamy niezaprzeczalny udział w tym, że Polska 2019 nie jest już taka kruchtowa i klechobojna jak w początkach ustrojowej transformacji.
Po zlikwidowaniu w 1989 r. Polski Ludowej i jej dorobku, etosu klasy robotniczej, PGR, sprawiedliwości społecznej i jeszcze paru rzeczy, nastąpiło gwałtowne wyzwolenie Polaków od pracy i pieniędzy. Balcerowicz zafundował obywatelom bezrobocie i niewiarygodną inflację. Kto pod koniec 1989 r. miał oszczędności pozwalające na zakup samochodu, pół roku później, w czerwcu 1990 r., mógł kupić najwyżej hulajnogę. I jeździć po ulicach, które wciąż były jego, ale stojące przy nich kamienice – za sprawą złodziejskiej prywatyzacji – już tylko garstki beneficjentów nowego ustroju.

Marzeniem ówczesnej władzy było unicestwienie PRL, wymazanie jej z historii i ludzkiej pamięci oraz restauracja II Rzeczypospolitej. Nie było to trudne, bo chętne do odkupienia win satelity PZPR – ZSL i SD – sprzedały się solidaruchom i bez szemrania przegłosowały nazwanie nowego tworu państwowego III RP, przywrócenie korony orłu, przedwojennej nędzy połowie społeczeństwa i uprzywilejowanej pozycji klerowi katolickiemu. Oczywiście nie za darmo. Rekompensatą było załapanie się do klasy kapitalistów, tworzonej w pośpiechu poprzez uwłaszczanie na państwowym majątku. Kościół błogosławił złodziejskiemu procederowi, bo sam najbardziej skorzystał na zmianach ustrojowych.

Obniżenie poziomu życia i wymuszone przez Balcerowicza zaciskanie pasa skutecznie odwracały uwagę obywateli od rozprzestrzeniającego się klerykalizmu. Polacy byli nauczeni, że jak trwoga, to do Boga, więc niejako automatycznie siermiężność bytu na nowo określiła im klerykalną świadomość. Po latach PRL-owskiej detronizacji, duchowieństwo ponownie zostało wyniesione na ołtarze. Było to mentalnie tym łatwiejsze, że zasiadający na piotrowym stolcu Wojtyła mile łechtał ego Polaków i coraz skuteczniej zastępował Boga. Obrazu pełzającej klerykalizacji dopełniał prezydent Wałęsa, obnoszący się z Matką Boską w klapie swoich przyciasnych, plastikowych garniturków.

Zaczęło się jeszcze przed czerwcowymi wyborami, których 30. rocznicę będziemy za chwilę mniej lub bardziej uroczyście obchodzić. 17 maja 1989 r., w podzięce za Okrągły Stół, Kościół katolicki dostał w prezencie od rządu Rakowskiego katastrofalną w skutkach ustawę o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Z czasem, w procesie ujednolicania tego aktu, PRL wyparował z tytułu i został zastąpiony Rzecząpospolitą Polską, aby ślad po starym całkiem zaginął. Szkoda, że nie został w tekście, bo pozwala udawać, że wszystkiemu winne solidaruchy, skoro to komuchy zapewniły materialne podstawy dobrobytu i panoszenia się kleru: nadania ziemi nowym parafiom, zwolnienia podatkowe kościelnych osób prawnych, osławioną przekrętami, złodziejską Komisję Majątkową. Potem poszło z górki. Lekcje religii przeniesiono bezprawnie z salek katechetycznych do szkół, bo premier Mazowiecki nie potrafił się oprzeć telefonowi z episkopatu. Posłowie bali się odmówić biskupom, więc zlikwidowali legalną aborcję, a parafianka Suchocka zafundowała Polsce feudalną umowę konkordatową z Watykanem, którą prezydent Kwaśniewski bezpodstawnie ratyfikował. Uchwalona 2 kwietnia 1997 r. konstytucja słowem nie wspomina, że Polska jest państwem świeckim. W celu uwidocznienia, że jest wyznaniowym, pod osłoną nocy, z 19 na 20 października 1997 r., posłowie AWS Wójcik i Krutul powiesili krucyfiks w sali posiedzeń Sejmu. Poseł Wójcik użył jako drabiny fotela marszałkowskiego, a spadając z niego po wykonanej misji, oderwał i zniszczył framugę drzwi sejmowych, której się rozpaczliwie złapał. Nie dość, że się mocno poturbował, to już nigdy więcej nie został wybrany do żadnych władz. Dla wierzących powinno być to ostrzeżeniem, ale nie było. Dalej pchali Polskę w objęcia Kościoła.

Pod koniec XX w. upstrzona krzyżami Polska jest już w pełnym znaczeniu tego słowa watykańską kolonią. Na uroczystościach państwowych aż czarno od sutann. Mnożą się katolickie szkoły, od podstawowych po wyższe. Biskupi decydują o treści ustaw, nie dopuszczają do prawnego usankcjonowania edukacji seksualnej, aborcji, in vitro, związków partnerskich. Coraz głośniejszy jest ojdyr Rydzyk i szerzące nienawiść Radio Maryja. Trybunał jest nie Konstytucyjny, a Klerykalny. Wielu Polaków ma tego dość. Nastaje dobry czas na antyklerykalną gazetę. Z przykrością przyznaję, że przegapiłam początki tygodnika „Fakty i Mity”. Byłam drugą kadencję dziekanem Wydziału Zarządzania na Uniwersytecie Ggańskim, kiedy rektor wymarzył sobie wydział teologiczny. Nie całkiem bezinteresownie, bo w nagrodę miał zostać posłem z lisy AWS. Dogadał się z abp. Gocłowskim, czyli przyszłym Wielkim Kanclerzem. Przeprowadziłam dziesiątki merytorycznych rozmów z członkami Senatu UG i na koniec usłyszałam: „Doprowadź do głosowania tajnego, bo w jawnym będziemy za”. Doprowadziłam i uchroniliśmy uczelnię przed klerykalizacją. Następnego dnia, podczas mszy z okazji Bożego Ciała 2001, abp Gocłowski grzmiał z ambony, że na uniwersytecie doszło do manipulacji: „Zarządzono tajne głosowanie, a przecież wiadomo, że w tajnym nie można wyrazić swojego prawdziwego zdania”. Walka z teologią kosztowała mnie stanowisko rektora UG, ale nie żałuję. Weszłam do polityki, gdzie jako posłanka, a później europosłanka, zajmowałam się wręcz organiczną pracą na rzecz świeckiego państwa. Było to niczym orka na ugorze, bo nawet w SLD rzadko znajdowałam wsparcie. Cóż, najtrudniej być prorokiem we własnej partii.

Moja współpraca z „FiM” zaczęła się pod koniec 2004 r. Redaktorom Kotlińskiemu i Szenbornowi bardzo przypadło do gustu i profilu gazety moje wystąpienie na konferencji zorganizowanej przez Senat RP, gdzie powiedziałam, że „Kościół jest 5xbe – bezduszny, bezideowy, bezczelny, bogaty i bezkarny”. Zaproponowali mi współpracę, która trwa już szesnasty rok. Początkowo miałam „Katedrę prof. Joanny S.”, od ponad trzech lat jestem „Joanną w krainie kaczystów”. Napisałam dla Was prawie 750 felietonów. Razem wykończyliśmy pierwszy kaczyzm, odeślemy do narożnika i drugi.

Za tydzień wejdziemy uroczyście w Drugie Tysiącnumerze „Faktów i Mitów”. Przed nami epokowe zadanie: uświadomić Polakom zło państwa wyznaniowego. Nasza społeczna inicjatywa ustawodawcza „Świeckie państwo” to program „Kościół minus”: państwowa kasa, przywileje, bezkarność. W tym dziele trudno pokładać nadzieję w klasie politycznej, bo jest zblatowana z watykańskim okupantem. Jedynym sojusznikiem jest bezdenna głupota coraz bardziej rozbestwionego kleru. Wystarczy pokazywać prawdziwe życie i czyny degeneratów, mieniących się pasterzami polskiego ludu. Prawda ich wyzwoli od wiernych i kasy. Oby nie dopiero za kolejny tysiąc numerów.
prof. Joanna Senyszyn

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Joanna Senyszyn

Kobieta, która się Kościołowi nie kłania, ateistka, feministka, profesorka, rektorka, dziekanka, promotorka, posłanka, europosłanka, działaczka społeczna, obrończyni uciśnionych, felietonistka, blogerka, autorka aforyzmów i limeryków, matka terminów: „kaczyzm”, „Rzeczpospolita Obojga Kaczorów”, „katole”, „kaczoprawica”, „PiSokrzyżowcy”, stara komuszyca i wczesna solidaruszyca. Dwukrotna laureatka „Lustra Szkła Kontaktowego” (TVN24) dla najbardziej lubianego polityka. W „Faktach i Mitach” pisze felietony ku pokrzepieniu serc w czasach kaczystowskiej zarazy. (Szanowana przez współpracowników za inteligencję, poczucie humoru oraz celną ripostę – przyp. red.).