Wódka na jajkach

Lubię w święta stuknąć się jajkiem z Przyjacielem. No to na zdrowie, Tadziu!

Od zawsze powtarzam, że zazdroszczę ludziom wierzącym. Piszę to bez ironii – zazdroszczę im i już. Cudnie mieć świadomość, że czuwa nade mną jakaś siła wyższa. Że mogę pić, chamić, kraść, bluźnić i po kilku minutach rozmowy z takim samym grzesznikiem dobry Bóg odpuści mi winy. Jeśli ktoś żyje ze świadomością, że po spowiedzi może każdy dzień zaczynać z czystym kontem – bez wątpliwości musi być szczęśliwy. Wierząc, że księża w Polsce reprezentują Najwyższego, łatwiej byłoby mi zgadzać się z tym, co mówią i żyć według ich nakazów. Cieszyłbym się z kasy płynącej do Rydzyka, wsłuchiwał w nauki Jędraszewskiego, oddawał cześć Jankowskiemu, modlił o zdrowie Hosera, całował buty Dziwisza, pisał wiersze o JP2. Ale cóż, Sprawiedliwy poskąpił mi łaski wiary. Widać nie jestem jej godzien. No to cyk, Tadziu!

Szukałem Boga wiele lat. Znalazłem miejsca, które mógł (gdyby istniał) stworzyć; miejsca magiczne. Samego jednak Stwórcy nie spotkałem. Pozostanie niewiernym jest mi chyba pisane, bo im dłużej i mocniej Go szukam, tym więcej znajduję argumentów na Jego nieistnienie. Ale, Boże broń, nie bierzcie ze mnie przykładu! Jeśli jest w Was wiara – dbajcie o nią. Pasjonowały mnie hinduizm i buddyzm, ale na fascynacji się skończyło. Poznałem doktryny judaizmu i islamu, ale dalej nic… Oczywiście szukałem siebie w chrześcijaństwie, które wyssałem z mlekiem Mamy, a Ona z mlekiem swojej. Tu zaliczyłem największą porażkę. Owszem – znam doktrynę Kościoła katolickiego, znam nie najgorzej jego historię, ale wykładam się w swojej wierze już na jej fundamentach. Nie mogę zrozumieć istoty Trójcy. Składać ma się z Ojca, Syna i Ducha. Choć słyszę o trzech postaciach, to mam Je traktować jako Jedną. Na dodatek Syn Ojca zrodził się za sprawą Ducha, który nie jest ojcem Syna, bo ojcem Syna jest Ojciec. Duch nie jest też synem Ojca ani ojcem Ojca, bo Ojciec nie ma ojca. I wszystko to w ramach jednej osoby, choć trzech postaci. Nie, Tadziu, nie kpię sobie. Nie muszę mieć dowodów (dowody wykluczałyby wiarę), ale żeby w coś uwierzyć – muszę to zrozumieć, a nie daję rady. Dlatego poleję…

Jeden z moich Przyjaciół, bardzo znany w Izraelu rabin, twierdzi, że samo poszukiwanie Boga świadczy o tym, że jest on we mnie, a co za tym idzie jestem wierzący, tylko nie potrafię Go odnaleźć. W znalezieniu Go pomogłaby mi religia (jakakolwiek), ale stronię od niej ze strachu. „Powinieneś przełożyć swą wiarę na religię” – napisał mi kiedyś. Brzmi to fajnie, tyle tylko, że jest obłudne. Idąc tym tokiem rozumowania, powinienem zaakceptować jakąś doktrynę religijną bez odnalezienia w sobie krzty wiary. Toż to hipokryzja… Można tę myśl interpretować jeszcze inaczej: oddaj mi się, a ja już tobą pokieruję i uwierzysz we wszystko, w co zechcę. Tylko ja nie mam ochoty, by ktoś narzucał mi swoje przekonania i zmuszał do deklarowania wiary, której we mnie nie ma. Tak, oczywiście, stuknijmy się, Tadziu, jajkami…

Przed laty, na studiach Kolega, człowiek bardzo religijny (dziś „wysoki rangą” duchowny muzułmański) powiedział, że aby odnaleźć Boga, trzeba zacząć nie od doktryny, lecz idei. Namawiał więc mnie na spojrzenie na Boga w sposób abstrakcyjny i filozoficzny. Przekonywał, żeby na początku nie szukać Boga, lecz potraktować Go jako ideę. Ideę – szczęścia. Kolejną jej odsłoną miało być przejście z poziomu idei do ideału. Od tego momentu miała się rozpocząć wiara w Ideał. Dalej miała być łatwizna – wybranie sobie drogi dojścia do Ideału, czyli wybór religii. Mówił to, kiedy już studiował Koran, ale podczas rozmowy tęgo łoiliśmy wódę. Jak zwróciłem mu uwagę na niekonsekwencję, a wręcz sprzeczność w jego wywodzie, z rozbrajającą szczerością stwierdził: bo ja ciągle jeszcze szukam. No i udało mu się określić cel i swoją drogę, a ja zrezygnowałem z poszukiwań. Nie, Tadziu, aluzja do wódki była przypadkowa; odpuszczam kolejkę, bo ci obok coś krzywo na mnie patrzą…

Trochę podobnie mówił o wierze nasz wspólny Przyjaciel, nieżyjący już misjonarz. Zresztą, Tadziu, przecież to Ty nas ze sobą poznałeś. Znacznie bliżej było mu do Ideału niż do Kościoła (katolickiego), któremu służył. Porównywał podążanie w stronę Ideału do drogi, którą się idzie w jasno określonym celu. Pozostawał wierny nauce Kościoła, ale im był bliżej Ideału, tym od Kościoła dalej. Uczył, że najważniejszy jest Ideał, sama wiara ma zaś być do niego ścieżką. „To nieważne, jaką drogę obierzesz i nieważne, że będziesz z niej zbaczał. Ważne, że będziesz szedł we właściwą stronę” – tłumaczył. No, co z tego, że wódka ciepła? Za Czesława nie wypijemy? No, to chlup…

Ludzie, którzy zmierzają w stronę Ideału, idą zazwyczaj kilkoma największymi i najpopularniejszymi drogami (chrześcijaństwo, islam, buddyzm, hinduizm, judaizm). Często są przymuszani do ich wyboru lub decyzje za nich podejmują inni. Odkąd na drogach tych pojawiły się wystraszone tłumy, pojawili się też ludzie uzurpujący sobie prawo do kierowania na nich ruchem. Liczyć ich trzeba w milionach; stawiają na trasach coraz to nowe bezsensowne znaki nakazu i zakazu. Wszystkie mają wspólną cechę – ograniczać nas, tak jakby nikt nie wierzył w dobrą wolę tych którzy do Ideału podążają. Każą modlić się za swoich poprzedników, oddawać sobie cześć i płacić za każdy przebyty odcinek. Ludzie, działając w absolutnie dobrej wierze, godzą się na to w myśl celu, który mają osiągnąć – zespolenia się z Ideałem. Pozwalają więc kontrolerom zaglądać do swoich domów, decydować o swej seksualności, potrzebach swych najbliższych, przyszłości swoich dzieci. Godzą się na uczestniczenie w bzdurnych ceremoniach i z zapartym tchem słuchają, co dostaną zbliżając się do finiszu swojej drogi. Paradoksem jest, że obiecuje się im po śmierci to, czego zakazywano im w życiu: za ziemską wstrzemięźliwość muzułmanie mają dostać po 72 dziewice, chrześcijanie za pracę w znoju zasłużyć na lenistwo, a buddyści obietnicę świętego spokoju. Zazdroszczę wierzącym, ale jakieś to takie… zbyt dla mnie odjechane.

Nie, nie – nie odmawiaj Stary! Umówmy się, że będzie to ostatni kieliszek, ale dziabnąć trzeba.

Znowu mamy Wielkanoc. Dobra, nie będę Ci pieprzył o świętach – obaj traktujemy je tylko w kategoriach rodzinnych. Coraz lepiej rozumiem, dlaczego zrzuciłeś sutannę. Coraz lepiej rozumiem późniejsze Twoje wybory na drodze do stania się lepszym. Staram się zrozumieć, o czym myślałeś, opowiadając o „kosmicznym bólu Ziemi”, jaki czułeś. Ale nie zmuszaj mnie, bym zrozumiał i pochwalił to co zrobiłeś… Neutralny toast? OK, wypijmy więc za tych, którzy znaleźli już swoją drogę i za tych, którzy jej szukają. Zostawię Ci tu nalany kieliszek. Postawię między krzyżem i wazonem, żeby wiatr go nie przewrócił.
Wesołych Świąt!

Darek Cychol

zaprasza do stałej lektury „Faktów i Mitów”. Artykuł z najnowszego, 16 w tym roku numeru pisma (str. 4). Jeszcze więcej jeszcze lepszych tekstów na efaktyimity.eu . Czytacie nas bo to i pożyteczne, i mądre i modne 😉 Zachęcam!

Artykuł pochodzi z numeru tygodnika Fakty i Mity

Dariusz Cychol

Młody, zdolny, dobrze zapowiadający się. Od 35 lat w dziennikarstwie. Dziennikarz agencyjny (PA INTERPRESS, PAP), prasowy (m.in. tygodnik „NIE” – zastępca redaktora naczelnego), telewizyjny (TVP INFO, TVP Regionalna), internetowy (tvp.info, regionalna.tvp.pl, tvpparlament.pl), krótko wykładowca akademicki (socjologia mediów). Wielbiciel nietypowych podróży, zakręconych ludzi i piesków wszelkiej maści. Wróg chamstwa, głupoty i nietolerancji. Bardziej ceni polską wódkę czystą (pod boczek lub słoninkę) niż whisky (pod orzeszki), a jeszcze bardziej niż wódkę lubi wytrawne, zrównoważone wina czerwone; w sporej ilości. (Jak ojciec: wymagający, ale wyrozumiały – przyp. red.).