PiS nie ma szczęścia do kobiet.
Przypadek Emilewicz

Dziennik „Fakt” ujawnił, że mąż minister przedsiębiorczości pani Emilewicz (przedstawicielka satelickiej wobec PiS partii pana Gowina, który budzi moje wyjątkowe obrzydzenie, po tym jak spektakularnie „odciął się” od PO, mimo że był przez lata jej działaczem i wyjątkowo nieudanym ministrem) korzysta z „użyczenia” mercedesa zakupionego przez ministerstwo z naszych podatków. Ministerstwo „wyjaśniło”, że „kwestia użytkowania samochodu służbowego przez ministra przedsiębiorczości i technologii jest uregulowana umową użyczenia samochodu służbowego. Zgodnie z umową, osoba biorąca w użyczenie samochód może wykorzystywać samochód w celach prywatnych, ponosząc koszty korzystania z samochodu”. Otóż jest to wyjątkowy tupet w rozkradaniu naszych pieniędzy. Niezorientowanym wyjaśniam, że użyczenie to uregulowana kodeksem cywilnym umowa, polegająca na nieodpłatnym oddaniu rzeczy w używanie. Oznacza to, że pani Emilewicz zadysponowała państwowym samochodem, zakupionym i utrzymywanym z naszych podatków, jakby był jej prywatną własnością. Jednostka sektora finansów publicznych nie ma prawa oddać samochodu w użyczenie, bo osoba za to odpowiedzialna popełnia przestępstwo z art. 296 kodeksu karnego (niegospodarność). Pani Emilewicz powinna wylecieć na zbity ryjek z rządu, a także mieć postawione zarzuty prokuratorskie.
„Fakt” ustalił, że dzienna stawka za wypożyczenie takiej limuzyny wynosi 700 złotych. Miesięcznie jest to ponad 20 tysięcy, a rocznie ćwierć miliona. Taki „dodatek” do pensyjki pani minister. Dodajmy, że nieodpłatne korzystanie z samochodu to tzw. nieodpłatne świadczenie, od równowartości rynkowej takiego świadczenia należy zatem zapłacić 19 proc. podatku PIT. Ciekawe, czy państwo ministrostwo zapłacili taki podatek? Jak państwo Czytelnicy sądzą? A pani Emilewicz, zamiast podać się do dymisji, występuje jeszcze publicznie i ogłasza na konwencji swojej przystawki, że „wojna polsko-polska jest uciążliwością”. Wyjaśniam pani Emilewicz, że dla mnie uciążliwością są stada pisowskich złodziei, którzy żerują na państwowym majątku, a partyjna prokuratura, wykonująca polecenia PiS, udaje, że nie widzi tej grabieży. W normalnym kraju (czyli np. w Polsce rządzonej przez lewicę albo PO-PSL) takie przypadki kończyły się natychmiastową dymisją i zarzutami karnymi. Za PiS zaś sprawcy nadal pozostają na stanowiskach i chodzą wolno. Takie rzeczy tylko w Polsce rządzonej przez pisowskie „koryto+”.

Przypadek Szydło

Inna ogromnie zadowolona z siebie osoba to niejaka Szydło. Ona również nie ma prokuratorskich zarzutów, po tym jak ujawniono, że państwową limuzyną i w obstawie państwowej ochrony, z „dyskoteką” na dachu, woziła mamusię do lekarza na badania. Tymczasem takie zachowanie to przekroczenie uprawnień i okradanie podatnika z jego pieniędzy.
Ostatnio okazało się, że ABW zatrzymała pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Chin faceta, który – jak podały media – był konsultantem Beaty Szydło w rządzie. Pani Szydło, która ostatnio zajmuje się wyłącznie lansowaniem swojej żenującej osoby po wiochach (gdzie bywa niekiedy i nie wiadomo dlaczego szanowana), natychmiast „wyjaśniła”, że podejrzany o szpiegostwo „nie pracował” dla niej, tylko dla Urzędu Komunikacji Elektronicznej, a także był „przedstawicielem UKE w zespole przygotowującym wizytę papieża na Światowych Dniach Młodzieży”. Zarzuciła też mediom manipulację. Znów trzeba wyjaśnić niezorientowanym, że to pani Szydło manipuluje, zatajając przed opinią publiczną kilka prostych faktów. Otóż prezesa UKE powołuje Sejm na wniosek premiera, a jego zastępców powołuje minister ds. informatyzacji. Zatem rząd, a na jego czele stała w 2016 r. (tj. kiedy podejrzany o szpiegostwo pracował dla UKE) pani Szydło, miał ogromny wpływ personalny na tę instytucję. Udawanie zatem, że pani Szydło nie jest za tę sytuację odpowiedzialna, to jest dopiero manipulacja.
Manipulacją jest też udawanie, że pani Szydło nie miała nic wspólnego z człowiekiem podejrzanym o szpiegostwo, skoro „jedynie” pracował on w zespole przygotowującym ŚDM. Otóż zespół ten był powołany przez premier zarządzeniem. Pierwsze takie zarządzenie wydano jeszcze w 2015 r. za czasów premier Kopacz, ale to pani Szydło w styczniu 2016 r. zmieniła skład zespołu, na czele stawiając niejaką Kempę. Co ciekawe, weszli doń przedstawiciele 11 ministerstw, skazany (i dwuznacznie ułaskawiony) Mariusz Kamiński, szef ABW, wojewoda małopolski, a także wiceprzewodniczący i sekretarz – obaj powołani również przez premiera. W składzie zespołu nie było żadnego „przedstawiciela UKE”. Stawiam zatem pytanie: czy podejrzany o szpiegostwo człowiek został powołany przez panią Szydło do tego zespołu? A jeżeli tak, z jakich powodów powołała ona człowieka, który był chińskim szpiegiem, jak twierdzi obecnie ABW? Nie stawiam oczywiście pani Szydło zarzutu szpiegostwa na rzecz Chin (choćby oceniając wizualnie, Mata Hari to ona nie jest, o intelekcie nie wspominając), ale już rzut oka na garderobę pani Szydło pokazuje, że ma ścisłe związki z Chinami… A tak poważnie: dlaczego wicepremierem w obecnym pisowskim rządzie jest istota, która – jak sama wyjaśniła – powołała do zespołu przygotowującego wizytę papieża, a więc zespołu omawiającego najdalej idące tajemnice związane z bezpieczeństwem państwa, człowieka, który ma zarzuty szpiegowskie? Jak bardzo trzeba być tępym i nienadającym się na żadne stanowisko publiczne, żeby zasłużyć na pisowską nominację? Przecież wszyscy ci ludzie osiągają szczyty nieudolności.

Dziewoje z NBP

Skoro o szczytowaniu mowa… Państwowy bank centralny, czyli NBP, zatrudniający za pensje rzędu 60 tysięcy złotych do noszenia teczek i innych usług na rzecz swojego prezesa dziewoje o nienachalnej urodzie, odmówił ustami kadrowej nazwiskiem Raczko podania wysokości wynagrodzeń pracowników, tłumacząc to ochroną danych osobowych. Wyznam, że dawno nie słyszałem tak durnowatych tłumaczeń.
Otóż sądy administracyjne dawno wyjaśniły, że udostępnieniu jako informacja publiczna podlega kwota wynagrodzenia otrzymywanego przez prywatnego adwokata czy radcę prawnego (niebędącego pracownikiem instytucji) za sporządzanie opinii prawnych na rzecz urzędów publicznych. Skoro tak, to do cholery pensyjki licznych panienek z PiS chyba również nie są żadną tajemnicą? Czy pani Raczkowa, produkująca się (dość zresztą prymitywnie, rzucając co chwilę prostackie „i to tyle”) na konferencji prasowej w sprawie pisowskich panienek zatrudnianych za gigantyczne pensje w NBP i opowiadająca, jak to nie może, choćby chciała, ujawnić ich pensji, robi sobie jaja? Pani Raczkowa zresztą to była współpracownica „świętej pamięci” Lecha Kaczyńskiego z czasów jego prezydentury w Warszawie. Lekceważący stosunek do obowiązków organów publicznych musi więc mieć we krwi, bo przecież to za czasów jej pracy w warszawskim samorządzie ratusz odmówił, z naruszeniem prawa, zgody na Paradę Równości. Wyjaśniam więc: te pensje są płacone z publicznych pieniędzy, a „dyrektorki” zatrudnione w NBP na kierowniczych stanowiskach to funkcjonariuszki, których dochody finansowane z naszej kasy muszą być jawne, bo tak stanowi prawo.
Jak widać, PiS nie ma szczęścia do kobiet. Wybiera bowiem osobniczki, które uważają, że społeczeństwo jest stadem kretynów. Niedocenianie przeciwnika to objaw braku inteligencji. Brak szczęścia PiS do kobiet nie dziwi, skoro na czele tej organizacji stoi ktoś taki, jak Jarosław Kaczyński, który przez całe życie otaczał się istotami w rodzaju Janiny Goss czy Krystyny Pawłowicz. Najwyraźniej prezesa nie pociąga prawdziwa kobiecość, której istotą jest przecież
inteligencja i wdzięk.

Facebook Comments