Jak na wybory, które faktycznie mogą zmienić ustrój Polski, kampania była dość nijaka.

Jarosław Kaczyński idzie po władzę. Więcej władzy. Od momentu, kiedy „dobra zmiana” zabuksowała przy próbach podporządkowania sobie sądownictwa, stało się jasne, że w mijającej kadencji nie uda się wprowadzić cichcem tzw. czwartej RP. Posłuszne sądy były potrzebne, by wsadzać do więzień oponentów. Tymczasem sędziowie pokazali Kaczyńskiemu gest Kozakiewicza. Na dodatek zaczęli realizować koncepcję rozproszonej kontroli konstytucyjności praw uchwalanych przez pisowską większość, kierowali się oczywistym rozumieniem ustawy zasadniczej, a nie sfalandyzowanymi przepisami. I poszło się bujać znaczenie przejęcia siłą Trybunału Konstytucyjnego; cóż z tego, że od tej pory Prezes miał sto procent gwarancji, że TK orzeknie wszystko, czego sobie zażyczy, skoro nikt pani Przyłębskiej i jej sędziów-nie-sędziów o zdanie nie pytał?
Gdzieś w połowie kadencji starszy pan z Żoliborza jakby machnął ręką i czasowo zmienił taktykę. Nie miał wyboru, bo sprawom polskiego wymiaru sprawiedliwości z uwagą zaczęła się przyglądać Unia Europejska. A z wewnętrznych sondaży, które PiS zamawia na okrągło, wyszło, że nawet wiernemu elektoratowi nie podoba się igranie polexitem. Nowa taktyka polegała na wyciszeniu tego sporu i jeszcze hojniejszym sypnięciu groszem. Co tam „groszem” – grubymi miliardami! Koniunktura na świecie zaskakująco cały czas się utrzymywała, polskie firmy produkowały i płaciły podatki. Sądzę, że cztery lata temu Kaczyński zakładał, że bez użycia twardych narzędzi sprawowania władzy kolejnych wyborów nie wygra. Ale skoro nagle taki scenariusz stał się prawdopodobny, to czemu nie skorzystać z okazji?
Wiosenne wybory do Parlamentu Europejskiego potwierdziły słuszność tego podejścia. Zapowiedź rozciągnięcia 500+ także na pierwsze dziecko, wprowadzenia zerowego PIT-u dla młodych, obniżenia podatku wszystkimi pozostałym oraz wypłacenie 888 złotych każdemu emerytowi dało partii narodowo-katolickiej siedmiopunktową przewagę nad Koalicją Europejską (choć razem z Wiosną zdobyła ona niemal tyle samo głosów, co PiS). Morale zwycięzców zostało znakomicie umocnione, w odróżnieniu od pokonanych. PiS i jego wyborcy uwierzyli, że już wtedy wygrali wybory krajowe. Wystarczyło tylko trwać na tym kursie.

PiS rulez

I tak zrobili. W kampanii ogłaszali co rusz kolejne programy o wartości nie niższej niż miliard złotych. Dwa miliardy na remonty szpitali, dwa – na szkoły, jeden – na centrum onkologiczne, 10–11 na stałą, co roku, „trzynastkę” dla emerytów, niewiele mniej – na „czternastkę” (ma trafić tylko do tych mniej zamożnych). Przeciętny wyborca szybko zaczął się w tym gubić – nic dziwnego, sami pisowcy zapominali, co zdążyli naobiecywać, ale wrażenie, że państwo jest szczodre, pozostało.
Do tego głównym tematem kampanii Kaczyński uczynił skokowy wzrost płacy minimalnej. Postawił konkurencję pod ścianą: część zaczęła tłumaczyć, że firmy zaczną zatrudniać na czarno albo zwalniać pracowników; niektóre mogą zbankrutować, a na pewno przerzucą wzrost kosztów na klientów (nakręcając przy okazji inflację). To prawda, tylko – jeśli już – to trzeba by mówić o tym odważnie i konsekwentnie. Ktoś się jednak wystraszył, że w tym karnawale beztroskich obietnic głos rozsądku jest głosem wołającego na puszczy i ten wątek wyciszono. Lewica dla odmiany przystąpiła do licytacji tempa podnoszenia płacy minimalnej. Propozycje miała nawet sensowne, ale bez szans w starciu z PR-owcami PiS.
Zamiast wciągnąć hufce obozu rządzącego na grząski dla nich grunt, a sporo jest takich miejsc, opozycja postanowiła się ścigać na populizm. Z mistrzami w tej dziedzinie? Ludźmi, którzy to mają we krwi? PiS-owi wystarczyło powtarzać: „My to realnie zrobiliśmy, a oni przecież są niewiarygodni”.
Różne opozycyjne komitety obiecywały a to dopłatę po magiczne 500 złotych netto dla prawie każdego zatrudnionego, a to skrócenie kolejek do lekarzy specjalistów do 30 (albo i 21) dni i czasu oczekiwania na SOR-ach do 60 minut, a to leki za 5 złotych albo bezpłatne, wypłacanie po 20 tysięcy pracownikom w wieku emerytalnym, którzy pozostaną na rynku albo po 50 tysięcy rodzinom na „własny kąt” itd., itp.
Tymczasem lepiej byłoby ostrzec przed polexitem; to dla PiS drażliwy temat. Przypomnieć o zagrożeniu dla demokracji; ostatecznie jeszcze niedawno dziesiątki tysięcy osób spontanicznie wychodziło na ulice, by protestować w tej sprawie. Mówić o braku uczciwości i rozpasaniu pisowskiego państwa. I przede wszystkim nie odpuszczać w kwestii dwóch wielkich porażek ostatniego czterolecia: bałaganu w szkołach oraz zapaści służby zdrowia.
No, przynajmniej ten ostatni temat pojawił się w debacie publicznej. Rząd w tej sprawie ma bardzo słabe karty, jednak konkurentom nie udało się go wymłotkować do końca, na płasko.
Poza tym narodowo-katoliccy populiści odwołali się do sprawdzonych metod. Trochę znów straszyli gejami, lesbijkami i „seksualizacją dzieci”; nic nowego, ale tradycjonalny, religijny elektorat – najtwardszy trzon poparcia tej partii – jest na tym punkcie wyczulony. W ostatniej chwili, kiedy można jeszcze wpłynąć na przekonania wyborców, pojawiła się taśma łudząco przypominająca nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele”: były już szef Klubu Parlamentarnego PO, bluzgając niczym szewc, dzielił się z lokalnymi działaczami z Tczewa swoimi mądrościami o polityce.

Nowości

Ta kampania nie miała swojego punktu zwrotnego. Jak ją Kaczyński wymyślił i zaprogramował na początku, wczesną wiosną, tak toczyła się do 11 października.
Trochę fermentu wniosło połączenie trzech zwalczających się wcześniej ugrupowań lewicowych. Wspólnego komitetu wyborczego, choć pod nazwą Sojuszu Lewicy Demokratycznej (proszę nie zdziwić się, gdy Państwo wezmą do ręki kartę do głosowania!), nie stać było na kampanię bogatą, ale sympatycy tych ugrupowań oraz, co ważne, młodzi wyborcy chyba „kupili” ten pomysł. Mimo że programowo była to raczej mglista oferta niż zestaw konkretów. Ci, którzy postanowili zagłosować na tę opcję, uczynili tak w oparciu o intuicję, bo wydaje im się, że wiedzą, co lewica zrobi w Sejmie, niż dlatego, że usłyszeli coś, co ich porwało.
Pojawił się jednak nowy temat, który przeorał polską politykę: niedopuszczenie do zmiany klimatu i ochrona środowiska. Przez lata mówiła o tym tylko garstka aktywistów organizacji ekologicznych, a zdecydowana większość uważała ich za nawiedzonych wariatów. Partia Zielonych w Polsce przez półtorej dekady nie mogła wznieść się do poziomu zauważalnego przez ośrodki badania opinii publicznej. Zawsze słyszeliśmy o Śląsku, górnikach, kopalniach, narodowym bogactwie węglu, że tego się nie da zrobić, bo bezpieczeństwo energetyczne, bo drastyczne podwyżki cen prądu. I oto nagle, deus ex machina, temat stał się ważny. Unia Europejska przestała być tym złym, który zmusza nas do rezygnacji z energożernych żarówek (halo, halo, panie prezydencie Duda!), instalowania filtrów na kominach elektrowni i inwestowania w odnawialne źródła.
Było też trochę przebieranek. Platforma Obywatelska przyjęła uśmiechniętą twarz wicemarszałek Sejmu Kidawy-Błońskiej, a nie lidera Grzegorza Schetyny. PSL przedstawiał się jako konserwatywna centroprawica, polska chadecja, stronnictwo aspirujące do miana ogólnonarodowego, a nie siermiężna partia polskiej wsi. Choć słabo do tego wizerunku pasuje nowy nabytek, ogólnie antysystemowy Paweł Kukiz (który zresztą też, przy okazji, stracił swój pazur). Zazwyczaj wyborcy wyczuwają fałsz takich maskarad.
W finale PiS zastosowało niespotykany od dziewięciu lat chwyt kampanijny. Śmierć i superpaństwowy pogrzeb Kornela Morawieckiego pozwoliły mediom publicznym uczynić z niego męża niemal świętego, wzór prawości, współczesną wersję żołnierza wyklętego. Jego syn mógł zaniechać spotkań z wyborcami na Śląsku. Współczucie ociepliło jego wizerunek technokraty. Stał się kandydatem ludzkim, bliskim.

Facebook Comments