Mniej więcej pół metra od wejścia do naszego bloku pojawiła się kupa. Spora i dziwnie buraczkowa. Zebraliśmy się przed klatką. Pierwsze podejrzenie padło na pana Waldemara z siódmego i jego dalmatyńczyka. Oburzony Waldemar paroma dosadnymi zdaniami wyjaśnił, co sądzi o nas i naszych matkach, pogrzebał w pojemniku na odchody i z czarnej, foliowej torebki ciapnął nową kupę obok pierwszej.

– TO jest kupa mojego psa! Ja zawsze po nim sprzątam – rzucił i dumnie opuścił nasze zgromadzenie, złorzecząc pod wąsem.
Fakt. Druga kupa miała bardziej zwierzęcy bukiet i była brunatna raczej. Pierwsza przypominała wyglądem przyczajonego żółwia.
Parkingowy Mietek, zionąc oparami nalewki porzeczkowej, wysnuł teorię, że to jest prawdziwy żółw i chcąc dziabnąć w pijanym widzie rzekomego gada w „skorupę”, zachwiał się i oparł całą dłonią o pachnący inaczej pomnik natury. To nie był żółw. Parkingowy również to skonstatował i zieleniejąc nagle, uwolnił treść żołądka obok dwóch wcześniejszych obiektów. Jak na niego, był to nad wyraz przytomny komentarz do otaczającej nas rzeczywistości.

Nagle zawiało, grzmotnęło i gęsty deszcz przepędził nas spod bramy, spłukując jednocześnie wspomniane obiekty do studzienki kanalizacyjnej i nadając nowy sens słowu „gównoburza”. Po chwili deszcz ustał i ukazało się piękne, niebieskie niebo, rozświetlone promieniami letniego słońca. Spojrzeliśmy po sobie znacząco. Tak. W sytuacjach pozornie kłopotliwych należy zachować nadzieję i wiarę. Druga tura już wkrótce.

Facebook Comments