fot. Adobe Stock
Po upadku komuny w naszym kraju studiowało 400 tys. studentów, a wyższe wykształcenie miało 7 proc. Polaków. Dziś w Polsce studiuje około miliona osób, a blisko 22 proc. chwali się wykształceniem wyższym. Mądrości od tego nam jednak nie przybywa.

Sześćset lat temu, żeby „wysoko” kształcić Polaków wystarczyła Akademia Krakowska. Teraz w naszym kraju funkcjonuje 387 uczelni. Statystycznie daje to jedną uczelnię na powiat. 148 szkół wyższych jest uczelniami publicznymi, a 239 prywatnymi. Dla cywilizowanego Europejczyka to proporcja dziwna. W większości europejskich krajów bowiem prywatne szkoły wyższe są w mniejszości. Na przykład niemieckie szkolnictwo wyższe ma 350 uczelni publicznych i 80 prywatnych bądź wyznaniowych.
Tak czy inaczej ilość nijak ma się do jakości. Liczba uczelni i rosnące wykształcenie Polaków marnie przekładają się na poziom naszych narodowych zasobów intelektualnych. Mimo że studiuje u nas dwa razy tyle ludzi co w Wielkiej Brytanii czy Szwecji, nasze najlepsze uczelnie, według rankingów, nie dorastają tamtym do pięt. Polska ze wskaźnikiem innowacyjności też drepcze w ogonie Europy. Wygląda więc na to, że nasze wyższe wykształcenie nie przekłada się na skok mentalnościowy, cywilizacyjny czy technologiczny.

Magister bolognese

Kształcenie wyższe i kryteria nadawania stopni naukowych w Europie są regulowane w Deklaracji bolońskiej z 1999 r. Kształcenie takie ma się odbywać trzystopniowo. Tytuł bakałarza (licencjata lub inżyniera) dostaje się po 3 latach nauki, magistra po kolejnych 2 latach, a doktorem zostaje się za następne 4. Na studia idzie ten, kto ma maturę. Ministerstwo edukacji dba, żeby poziom egzaminu nie był przesadnie wysoki i zapewnił promocję co najmniej 80 proc. maturzystów. Ze świadectwem dojrzałości biegnie się do uczelni i czeka na informację, czy średnia ocen wystarczy do zakwalifikowania się na studia dzienne na nieodpłatnej uczelni publicznej. Ostatnio, z powodów demograficznych, na ogół wystarcza. Są jednak tacy, którzy od razu biegną do szkoły prywatnej. Ona bowiem, choć płatna, na większości kierunków już za trzy–pięć stów miesięcznie pozwala, niewiele robiąc, przyzwyczajać się do myślenia o sobie jako o osobie „wysoko wykształconej”.

Dyplom za złotówki

Dla wszystkich uczelni najważniejsze jest zarabianie pieniędzy. Na studiach prywatnych wystarczy zatem regularnie płacić czesne, by z „sukcesem” je ukończyć. Na uczelniach publicznych płacić nie trzeba, za to czasem wypada się trochę pouczyć, bo egzaminy poprawkowe mogą już być płatne. Ale na końcu i tak każdy je zda. Publiczne uczelnie bowiem też dostają pieniądze za liczbę „wyprodukowanych” absolwentów. Co prawda pieniądze idą z budżetu za każdym studentem i kończą się, kiedy ktoś studentem być przestaje, więc może się wydawać, że oblewanie studentów pozwala dłużej wyciągać kasę od państwa, ale przy mnogości szkół na rynku student, któremu uczelnia utrudnia życie, bez zwłoki pójdzie gdzie indziej. A nowym uczniakiem się go nie zastąpi, bo… kryzys demograficzny. Lepiej więc przepychać studenta, skoro już jest jaki jest, niż go stracić. Dlatego dziś skończyć studia w Polsce nie jest żadnym wyczynem.
By zostać licencjatem, wystarczy 2–2,5 tys. zł. Ci, którzy zawodowo parają się pisaniem prac licencjackich, twierdzą, że z ich usług korzysta 80 proc. Polaków kończących pierwszy etap studiów. No i trzeba tylko pamiętać, żeby kupioną pracę przed obroną przeczytać, najlepiej ze zrozumieniem. Pracę magisterską, napisaną przez specjalistów, kupi się za tysiąc złotych drożej, ale również bez problemu.
Pracownicy naukowi doskonale zdają sobie sprawę z fikcyjności tych prac, bronionych później przez studentów jako własne. Parę lat temu dziekan wydziału lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu wykoncypował, że w ogóle zrezygnuje z prac licencjackich ze względu na ich znikomą wartość naukową, odtwórczość i zapychanie cennego miejsca w dziekanacie. Zamiast tego zaproponował studentom uzupełnianie Wikipedii o hasła z dziedziny biochemii i medycyny. Wyliczył, że uczelni da to same oszczędności: wykładowcy nie musieliby prowadzić seminariów i sprawdzać prac, a uczelnia nie płaciłaby za korzystanie z programów antyplagiatowych. Byłoby tak, jak za granicą. Niestety, nic z tego nie wyszło. Zwyciężył interes promotorów, mających za licencjaty dodatkową kasę, oraz fabrykujących prace dyplomowe.

Licencjaci po studium

Skoro już wiemy, dlaczego mimo milionów magistrów jako naród nie jesteśmy mądrzejsi, warto przyjrzeć się zjawisku polskiej edukacji wyższej od strony zafałszowanej statystyki. Otóż te niegdysiejsze 7 proc. wykształciuchów za komuny to byli magistrowie. Dziś do wyższego wykształcenia zalicza się również licencjat. Na nim zaś poprzestaje 60 proc. podejmujących studia, po tym jak zorientują się, że żaden dyplom w niczym im nie pomoże.
W PRL była taka kategoria wykształcenia, jak niepełne wyższe. Do tej grupy zaliczano tych, którzy po maturze nie szli na studia, tylko w swojej miejscowości kontynuowali naukę w jakimś studium pomaturalnym. Żeby taką szkołę skończyć, musieli liznąć filozofii, logiki, socjologii i innych przedmiotów, będących trzonem edukacji akademickiej. Studium pomaturalne trwało 2 lata. Teraz po takim czasie plus sześciu miesiącach na napisanie pracy licencjackiej jest się już człowiekiem z wyższym wykształceniem.
Natomiast zasada edukowania się po maturze w tej samej miejscowości pozostała. Stąd ośrodki akademickie w takich metropoliach, jak Nysa, Racibórz, Sanok czy Głogów. I to nie jakieś oddziały większych uczelni, ale samodzielne placówki z nazwą i rektorem. A w dodatku państwowe, czyli podlegające ministrowi Gowinowi. Prywatne są ostatnio passé. Otwarcie prywatnej uczelni było w latach 90. kopalnią złota. Propagowany przez media mit, że wyższe wykształcenie daje pracę i pieniądze, spowodował, że do zawodówek i techników brakowało chętnych. Wszyscy walili do ogólniaków, a potem na studia.
W 1995 r. bezpłatnie uczyło się 60 proc. studentów, a w 2000 r. – mniej niż 40 proc.; reszta – na kierunkach zaocznych, z tego mniej niż połowa na uczelniach prywatnych. Ale od 2005 r. proporcje się zmieniły, 6 lat temu było już pół na pół. Dziś de facto na uczelniach publicznych jest tyle miejsc, że wystarczyłoby dla wszystkich chcących studiować. Dlaczego zatem wciąż mamy tyle płatnych uczelni? Tego nikt nie rozumie. Kilka lat temu wieszczono, że około 2020 r. zostanie ledwie 50 prywatnych szkół wyższych. Miały zostać tylko najlepsze, choć niczego nieuczące i wydające dyplomy za czesne. Prognoza ilościowo się nie sprawdziła, bo do 2020 r. właśnie dobijamy, a jakościowo? Czy te setki prywatnych szkół, które nadal istnieją, to właśnie owe wytwórnie dyplomów za kasę?

Zapomniane obiecanki

Niemal 4 lata temu Jarosław Gowin, awansowany na ministra nauki i szkolnictwa wyższego, zapowiadał, że zrobi rewolucję, doprowadzając do upadku 300 najgorszych uczelni w kraju. Zarówno publicznych, jak i prywatnych. Od roku obowiązuje wymyślona przezeń „Konstytucja dla nauki”, a jak na razie żadnych masowych upadków nie odnotowano. Publiczne szkoły wyższe w Płocku, Gorzowie czy Jarosławiu jak istniały, tak istnieją.
Zapowiadane przez Gowina podwyżki uposażeń kadry naukowej do 150 proc. średniej krajowej dla osób z tytułem doktora skończyły się na kosmetycznej podwyżce dla niektórych. Profesorowie, którym Gowin obiecywał trzykrotność średniej krajowej co miesiąc, musieli się zadowolić podwyżką o 800 zł, co daje miesięczne wynagrodzenie w wysokości 6 400 zł brutto, czyli mniej niż zarabia hydraulik reperujący kran w ich domu.
Gowin zmarnował czas, ale nie on jeden. Dewaluacja wyższego wykształcenia trwa od lat. I o ile kiedyś dyplom w dużym stopniu chronił przed bezrobociem i zapewniał dobre zarobki, to dziś nie daje nic. Po studiach pracuje się z reguły w branży innej niż wystudiowana. I nawet to minimum wiedzy, jakie można było liznąć na uczelni, też nikomu się do niczego nie przydaje. Dyplomowany spawacz czy mechanik już na wejściu do zawodu ma uposażenie o połowę wyższe niż gryzipiór po studiach, który po kilku miesiącach szukania zatrudnienia w końcu godzi się na jakiekolwiek, byle było.
Gdy brzmi „Gaudeamus”, nikt o tym jednak nie myśli, wszak najważniejsza jest statystyka.

Facebook Comments